Dolina Krzemowa jest jak jedna wielka, bez przerwy trwająca olimpiada, na którą przyjeżdżają sportowcy z całego świata. Reprezentują czołówkę przedsiębiorczości swoich społeczności. I każdy chce zdobyć złoty medal.

Oczywiście olimpijczyk z Cambridge może mieć większe szanse, niż olimpijczyk z uniwersytetu „czwartej klasy”. Ale uniwersytet „czwartej klasy” powiedział swojemu olimpijczykowi: jesteś fantastyczny, jedź i spróbuj! Dlatego, przyjechał i próbuje i być może w niedługim czasie pokona swojego konkurenta, nawet jeśli szanse statystycznie większe szanse ma olimpijczyk z Cambridge.

Dwa podstawowe elementy dzisiejszej Doliny Krzemowej to ogromna konkurencyjność i lawina nowych pomysłów, o których stale się rozmawia. Nie sposób uczestniczyć w olimpiadzie i startować przy wyłączonych światłach. Dlatego, gdy ktoś nowy zjawia się w Dolinie, jupitery natychmiast zostają skierowane na niego. Niektórzy w tych światłach pozostają tylko krótką chwilę, a niektórzy - na przykład „taki” Jobs, czy Wozniak - przez całe lata.

Ten spektakl rozgrywa się na żywo. Latami obserwujemy ich pomysły, techniki, zarządzanie, sposób, w jaki finansują działalność swych firm. Tych ludzi spotyka się na ulicy, na sympozjach, seminariach, można im zadać pytania, porozmawiać. Wydaje mi się, że dzisiejszą Dolinę Krzemową można by porównać do włoskich uniwersytetów europejskiego renesansu, na które przybywali tacy ludzie jak Kopernik, czy Galileusz, aby wspólnie tworzyć nowy świat.

Szkoła stanfordzka: zrozumieć lepiej to, o czym się już wie

Uniwersytety Stanforda i Berkeley odegrały kluczową rolę w powstaniu i rozwoju Doliny Krzemowej. Ponieważ jestem absolwentem Uniwersytetu Stanforda, będę twierdzić, że to przede wszystkim Stanford zasłużył się dla Doliny Krzemowej. Ale w rzeczywistości oba uniwersytety uzupełniały się.

Najważniejszym elementem szkoły stanfordzkiej jest nacisk na jakość kształcenia i innowacyjność. W tym roku zostało przyjętych zaledwie pięć procent kandydatów, czyli jedna osoba na dwadzieścia zgłoszeń. A trzeba pamiętać, że nasi kandydaci są w swoich ośrodkach absolutnie wybitnymi jednostkami. Oznacza to, że „narybek” w Stanfordzie jest zupełnie wyjątkowy. Od samego początku zaczynamy więc pracować z „materiałem szlachetnym”, a wiadomo, że w materiale szlachetnym pracuje się łatwiej niż w żeliwie. Z drugiej jednak strony wysoki poziom studentów sprawia, że ciało pedagogiczne (faculty) także ma wysoko zawieszoną poprzeczkę. Studenci, którzy zaczynają naukę na Stanfordzie, nie przychodzą bowiem na wykład, aby dowiedzieć się czegoś, o czym nigdy wcześniej nie słyszeli. Przychodzą na wykład po to, aby lepiej zrozumieć to, o czym już dużo wiedzą. To stanowi ważny element szkoły stanfordzkiej.

Drugim elementem jest wielostronne podejście do rozwiązywanych problemów. Gdy rozwiązujemy problem, mówimy, dlaczego go rozwiązujemy. Przykładowo równanie różniczkowe rozwiązujemy nie dlatego, że z punktu widzenia matematycznego rozwiązanie tego równania jest eleganckie. Rozwiązujemy je, ponieważ ma ono znaczenie w fizyce, a w konsekwencji w materiałoznawstwie, a to z kolei ma znaczenie w urządzeniach medycznych. Tego procesu nie da się rozdzielić. Stanford jest uniwersytetem multidyscyplinarnym. Różnorodne kierunki studiów - medycyna, materiałoznawstwo, filologia - są nie tylko na jednym kampusie, ale ściśle ze sobą współpracują.

Mamy zajęcia, na których studenci z wydziału mechanicznego, elektronicznego, medycyny czy prawa wspólnie zajmują się rozwiązywaniem konkretnego problemu w naszym szpitalu akademickim. Następnie razem proponują rozwiązanie, które jest rozpatrywane nie tylko z punktu widzenia merytorycznego, ale również z punktu widzenia ekonomii, prawa, etyki. W następstwie tej współpracy prawie połowa tych pomysłów jest patentowana.

Wielu profesorów Stanforda nie posiada pełnoetatowych stanowisk na uczelni. Są to ludzie, którzy zakwalifikowali się do tytułu profesorskiego (na przykład consulting professor), ale pracują przede wszystkim w przemyśle. Ja moją wiedzę zdobywam przy rozwiązywaniu bardzo konkretnych problemów poza uniwersytetem. Moje wykłady i zajęcia ze studentami są więc oparte na praktycznej wiedzy. Taki układ również tworzy bardzo silny związek pomiędzy uniwersytetem a światem biznesu. Kampus żyje życiem Doliny Krzemowej, a Dolina jest ciągle zaangażowana w życie kampusu. Wielu absolwentów Stanforda tworzy własne firmy, które rozwijają się dzięki istniejącym w Dolinie venture capital. A udziałowcy VC na bieżąco, czujnie przyglądają się temu, co dzieje się na Stanfordzie.

Coraz więcej polskich firm

Mieszkając tutaj przez ponad czterdzieści lat, wraz z wieloma osobami wspieramy wchodzenie polskich specjalistów do Doliny Krzemowej. Stworzyliśmy różne struktury, między innymi USPTC (US-Polish Trade Council), w ramach której zrodził się z kolei program US-Poland Innovation Hub.

Ma on na celu ułatwienie polskim firmom odnalezienia się na rynku światowym – przy wykorzystaniu Doliny Krzemowej. Program nie służy przyciągnięciu polskiego talentu do Stanów Zjednoczonych, wręcz przeciwnie. Stwarza warunki do działania na rynku globalnym ludziom, którym w Polsce jest „za ciasno”.

Z USPTC współpracują ludzie rozrzuceni po całej Dolinie Krzemowej. Naszym ważnym partnerem jest Klub Inżynierów Polskich. Wielu z nas wywodzi się ze środowiska inżynierskiego. Utrzymujemy kontakty z kolegami, którzy pracują w firmach, takich jak Cisco, HP, Google, czy Facebook. USPTC jest ośrodkiem utworzonym ze środków własnych jego założycieli (grassroot). Działamy wciąż jeszcze bez pomocy środków społecznych, których dziś w Polsce jest więcej niż kiedykolwiek w historii naszego kraju, a przecież robimy to dla Polski.

-

Fragment rozmowy z prof. Piotrem Moncarzem z Uniwersytetu Stanforda pochodzi z książki „Igrzyska talentów w Dolinie Krzemowej. Rozmowy z mistrzami start-upów” autorstwa Marty Zucker i Magdaleny Bryzek, PWN, 2015.

 

Igrzyska talentów w Dolinie Krzemowej

Rozmowy z mistrzami start-upów

Marta Zucker

Wydawnictwo Naukowe PWN, 2015

Liczba stron: 172

 

 

 

 

Zdjęcie prof. Piotra Moncarza wykonał Marek Wiśniewski

Komentarze (0)