- Każdy chce współpracować ze stabilną, dynamicznie rozwijającą się organizacją - mówi Grzegorz Błażewicz, CEO SALESmanago. Dlatego od początku upublicznia dane finansowe na jej temat. Okazuje się, że coraz więcej polskich firm też to robi. Wszystkim przyświeca jeden cel: transparentność.

W 2013 r. firma Błażewicza, byłego prezesa Interii i byłego szefa marketingu Comarchu, miała trzy miliony złotych przychodu. Rok później SALESmanago miał sześć milionów złotych przychodu, a pod koniec 2015 aż 17 mln zł. Ma czym się pochwalić, może dlatego w firmie tworzącej narzędzie do identyfikacji odwiedzających stronę www i monitorowania ich zachowania w Internecie tak otwarcie mówi się o kondycji finansowej. - Mamy inwestorów, tysiące partnerów na całym świecie oraz bardzo liczne grono kluczowych klientów jak również potencjalnych klientów. Komunikacja o stanie finansów firmy jest kluczowa do pozytywnego rozwijania relacji z tymi klientami - mówi Grzegorz Błażewicz.

Na zdjęciu Grzegorz Błażewicz, CEO SALESmanago, prezes zarządu Benhauer

To po prostu napędza

Choć zna doskonale prosperujące prywatne przedsiębiorstwa, które nie dzielą się takimi informacjami, uważa że warto mówić głośno o sukcesach. To napędza innych przedsiębiorców. Sam jest bardzo zadowolony z wyników osiąganych przez jego firmę, ale przyznaje że gdyby było inaczej, niełatwo byłoby mówić “jak biznes (nie) idzie”. Jednak publikowanie np. na firmowym fanpageu informacji o zarobkach kryje w sobie coś więcej, niż chęć zebrania lajków. W SALESmanago takie dane są co miesiąc aktualizowane i kadra kierownicza ma do nich dostęp, bo to ona za nie odpowiada. O kondycji finansowej firmy wiedzą też wszyscy pracownicy.

- Wyniki poznają na regularnych większych firmowych spotkaniach, które odbywają się raz na kwartał/raz na pół roku - mówi. Dlaczego to takie ważne? - Każdy ma prawo wiedzieć jaka jest kondycja firmy. Poza tym, w takiej firmie jak nasza, gdzie każde stanowisko jest bezpośrednio powiązane z wynikami, po prostu to nakręca - dodaje. Z SALESmanago korzysta prawie 5 tys. klientów, z czego 1,5 tys. płaci regularnie abonament. Ta polska spółka zatrudnia ponad 120 osób, a blisko 40 proc. jej przychodów pochodzi z zagranicy. Co ciekawe, polski klient przynosi firmie średni przychód 800 zł, a zagraniczny 400 euro.

Edukować społeczeństwo

Bartłomiej Rak, wiceprezes Socjomanii, spółki konsultingowo-szkoleniowej, również pochwalił się na Facebooku wynikami jakie osiągnęła jego firma. Stworzył infografikę obrazującą, co przez ostatnie lata działo się w Socjomanii. Od 2012 roku z dwóch pracowników, zespół firmy powiększył się do dziesięciu osób. Roczne przychody w 2012 roku wynosiły 150 tysięcy złotych, a ubiegły rok zamknął się w 1,6 miliona złotych. Oprócz tych danych, Bartłomiej Rak pochwalił się najważniejszymi wydarzeniami w firmie oraz tym, który miesiąc okazał się najbardziej dochodowy.

Kliknij tutaj, aby zobaczyć obrazek w powiększeniu

Skąd w Socjomanii podejście do transparentności, kiedyś wydawałoby się, ”wrażliwych danych”? - Pierwszy raz z takim działaniem spotkaliśmy się u Michała Sadowskiego z Brand24. Pomyśleliśmy, że to bardzo fajnie buduje wiarygodność firmy i społeczność wokół niej - mówi Bartłomiej Rak w rozmowie z nami. Dodaje: Osobiście chciałbym, aby nasza firma nie miała nic do ukrycia. Ciężko na to pracujemy. Zapytany o to, dlaczego ujawnił dane finansowe odpowiada, że na pewno żeby się trochę pochwalić, choć jego zdaniem trzeba zdawać sobie sprawę ze swojego miejsca “w szeregu”.

Skończyć z wizerunkiem przedsiębiorcy-wyzyskiwacza

- Wiele osób myśli, że prowadzenie własnej firmy to prosta sprawa, a wcale tak nie jest. Ludzie myślą, że większość zarobionej kasy trafia do kieszeń zarządu. Trzeba edukować społeczeństwo w tym zakresie. Trzeba skończyć z wizerunkiem przedsiębiorcy jako wyzyskiwacza, który pierwszy milion ukradł albo dorobił się na stażystach - mówi wiceprezes Socjomanii. Zna jednak umiar i na pewno nie podzieliłby się publicznie prywatnymi sprawami pracowników czy informacjami o klientach, którzy sobie nie życzą takiego działania.

Na zdjęciu: Bartłomiej Rak, wiceprezes Socjomania

Co sądzi o tych, którzy nie dzielą się informacjami o kondycji finansowej firmy? Mówi, że każdy ma wybór. - Najbardziej mnie smucą te podmioty, które przedstawiają swój wizerunek bez skazy, a każda osoba pracująca „w branży” wie co mają na sumieniu. To gorsze od braku kultury otwartości - mówi Bartłomiej Rak. W jego firmie panuje jednak przekonanie, że o wynikach się mówi. Dlatego stara się, aby każdy wiedział jak firmie idzie. - To nie jest nasza (zarządu) firma. Chcemy żeby każdy pracownik traktował ją jak swoją. Dlatego też kluczowi członkowie zespołu dostają od nas udziały w firmie. W zeszłym roku była to jedna osoba. Mam nadzieję, że w tym będą kolejne - dodaje.

Przedsiębiorca przedsiębiorcę doceni

Jednym z powodów dlaczego zespół edrone, tworzący CRM dla branży e-commerce, publikuje dane o wynikach firmy są aspiracje. - Wierzymy, że edrone będzie dużą spółką, z inwestorami, może notowaną na giełdzie, dlatego już teraz narzucamy sobie pewien styl, związany np. z publikowaniem wyników - mówi Rahim Blak, współzałożyciel edrone. Narzędzie dla właścicieli e-sklepów dopiero od listopada ubiegłego roku miało komercyjną wersję, z której skorzystało blisko 31 e-sklepów. Te, korzystając z edrone, wysłało do klientów ponad 4,6 miliona e-maili. Sprzedały też swoje produkty za kwotę 9 miliony złotych, z czego milion złotych przychodu pomógł im pozyskać właśnie edrone.

Ze względu na to, że komercyjna wersja edrone działa dopiero od trzech miesięcy, jeszcze nie znamy wyników finansowych jakie osiągnęła. Zapowiada się jednak co najmniej dobrze. Rahim Blak doszedł też ostatnio do wniosku, że otwartość przynosi same korzyści. - Jeżeli prowadzisz spójną komunikację, a posty opisują małe sukcesy w budowaniu wielkiej firmy, to klienci zaczynają ci ufać, pracownicy doceniać, a potencjalni pracownicy interesować firmą - mówi. Przyznaje jednak, że inaczej zapewne wygląda transparentność danych w firmach z branży B2C, gdzie klienta końcowego rzadko interesują "informacje od kuchni". - My działamy w sektorze B2B, gdzie naszym klientem jest przedsiębiorca, którego takie informacje interesują i mogą mu zaimponować - dodaje.

Na zdjęciu: Rahim Blak, współtwórca edrone

Nie zawsze się opłaca

Skąd pomysł na otwarte mówienie o tym, co się dzieje w firmie? Rahim Blak mówi, że sam jest osobą ekstrawertyczną, a źródłem takiego temperamentu jest jego pochodzenie (urodził się na Bałkanach). Wpływ na tę cechę osobowości miały też studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. - A artyści nie uznają kompromisów, nie kalkulują, czy coś się opłaca, stawiają na szczerość i otwartość - mówi współtwórca edrone. Nie uważa jednak, że to co robi jest pomysłem na transparentność, ale pracą w zgodzie ze swoją naturą. Przyznaje też, że nie zawsze się ona opłaca.

- Byliśmy ekstrawertyczni, kiedy było w firmie ciężko, co tylko pogarszało sytuację. Teraz jest dobrze i umiemy się tym dzielić, sprawiając, że jest jeszcze lepiej - dodaje Rahim Blak. Odczuwają to też pracownicy, którzy co miesiąc otrzymują raporty, na których widać wyniki finansowe osiągnięte w danym miesiącu. Od ich wysokości zależą również prowizje i podwyżki. - Mamy jasno wytyczone cele, nie zrealizuję ich bez pracowników, dlatego nie wyobrażam sobie, aby nie byli informowani o postępach, czyli właśnie kondycji finansowej firmy - mówi.

O mnie wiecie już wszystko

Małym sukcesem można nazwać samo podejście pracodawców do dzielenia się danymi finansowymi na temat firmy. Daleko nam jeszcze do kilku przedsiębiorców zza Oceanu, którzy poszli o krok dalej i nie mają problemu nawet z ujawnieniem tego, ile zarabiają. Joel Gascoigne, CEO aplikacji Buffer, już dwa lata temu ujawnił, że jego roczne zarobki wynoszą dokładnie 158,8 tysięcy dolarów, z czego połowa pochodzi z "podstawy wynagrodzenia", a reszta to premie za wyniki. Pokazał też listę zarobków swoich pracowników, w każdej chwili możemy też zajrzeć do wykresu miesięcznego dochodu firmy.

Na zdjęciu: Dan Price, CEO Gravity Payments | kadr z YouTube

Pod koniec minionego roku udostępnił "Buffer's Transparency Salary Calculator", który pozwala prosto wyliczyć potencjalną pensję, jeśli zostalibyśmy zatrudnieni w firmie. Nieco innym podejściem do transparentności zarobków w firmie podzielił się Dan Price, CEO Gravity Payments, amerykańskiej spółki oferującej narzędzia do zarządzania płatnościami elektronicznymi. Postanowił on wyrównać wszystkim pracownikom płacę minimalną do 70 tysięcy dolarów rocznie. Żeby móc to spełnić, zrezygnował z większej części swojej pensji. Z 1,1 miliona dolarów rocznej pensji obniżył ją do... 70 tysięcy dolarów.

Zła sława

Pracownicy, wbrew pozorom, nie byli zachwyceni takim podejściem. Na początku cieszyli się, ale później zespół coraz bardziej się zmniejszał. Z Gravity Payments odeszli kluczowi członkowie, a brat Dana Price'a, współwłaściciel firmy, pozwał go do sądu. Całe zamieszanie wokół zarobków przyniosło jednak ogromne zainteresowanie wokół firmy świadczącej usługę zarządzania płatnościami elektronicznymi. Jak pisze inc.com, posty dotyczące firmy, po ogłoszeniu wyrównania pensji wszystkim pracownikom, zebrały ponad pięćset milionów interakcji. Mimo zamieszania i późniejszych problemów z pracownikami, to chyba niezły wynik jak na... darmową reklamę. Może to właśnie o nią chodzi w transparentności kondycji firmy?

Komentarze (0)