Są takie tematy, które wydawać by się mogło, że powiedziane zostały już tysiące razy. A powiedziane zostały po to, żeby dać do myślenia, ale okazuje się, że wcale nie dały i żadnej lekcji z nich niektórzy nie wyciągają.

Pełna treść artykułu dostępna dla naszych stałych czytelników

Dołącz do naszego newslettera lub podaj swój adres, jeśli już jesteś naszym subskrybentem

Partner technologiczny

Nie jestem zwolennikiem brutalnego sprowadzania na ziemię. Raczej „poklepywania” i liczenia na to, że ktoś ze swoich działań wyciąga wnioski. Co więcej, że ktoś z cudzych działań umie wyciągać wnioski przygotowując swoje kolejne działania. Dla mnie wydaje się to logiczne, może nie proste, ale logiczne.

Do dzisiaj pamiętam, jeden z wywiadów z Rafałem Agnieszczakiem, który powiedział, że w jego przekonaniu podstawą teamu startupowego są programista plus marketingowiec. Wywiad ten przeczytałem jakoś w okresie krystalizacji pomysłu na „Manu”. Jako twórcy rozumieliśmy produkt, znaliśmy miejsce, ja mniej lub bardziej ogarniałem promocję – i musieliśmy tylko jeszcze uporać się z ceną. Jednak trzy „P” z czterech mieliśmy obcykane. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że chcemy iść w dobrym kierunku i wizja teamu programer i promotor to faktycznie dobry układ.

Tymczasem na licznych spotkaniach, konferencjach, weekendach i innych takich, stale odnotowuje ciekawą rzecz. Ludzi z pomysłem. Różnie bywa u niech z wiedzą o tym co chcą robić (o tym za chwilkę), mają jednak przekonanie, że mogą zawojować rynek krajowy, a z czasem i światowy, tylko potrzebują inwestora, żeby cokolwiek stworzyć.

Zazwyczaj rozmowę z takimi osobami zaczynałem od pytań o to, czy wiedzą jak wygląda w ogóle ich podwórko. Czy znają konkurencję, czy sami są użytkownikami takich aplikacji lub rynku, który chcą udoskonalić, czy znają koszty, itp. Jednak ostatnio zaczęło mnie uderzać, a tym samym zastanawiać coś innego. Co dana osoba z pomysłem wnosi do projektu?

Początkujący e-przedsiębiorcy stawiają siebie w roli prezesa, który ma wizje, a jednocześnie zbyt często jest tylko kosztem. Bo skoro nie programuje, to nie może stworzyć produktu i go ulepszać. Nie zna się też na promocji, więc nie określi pozycjonowania tego produktu i sposobu dotarcia do klientów. Bez wiedzy prawniczej nie zajmie się kwestiami zgodności i legalności. Zostają jeszcze kwestie rachunkowe i prowadzenia dokumentów, ale od tego jest przecież inFakt. To jeśli to wszystko jest poza kręgiem ich umiejętności i zainteresowań, to może warto przemyśleć, co chce się wnieść do projektu poza obciążeniem go comiesięczna pensją?

Mi do głowy przychodzi jeszcze tylko jedna opcja – prezes (sorry CEO) z charyzmą, która przekona ludzi, że chcą z nim pracować i stworzyć produkt, a później poparty już MVP przekona inwestorów do współpracy zanim zacznie wykazywać obrót czy zyski.

I jeśli nie masz wiedzy o danym rynku i nie jesteś obdarzony umiejętnością łatwego formułowania myśli, to Twój pomysł zawsze będzie warty dolara. I faktycznie, lepiej bez NDA nikomu o nim nie opowiadaj. Bo ktoś go zrealizuje bez Ciebie – zbędnego obciążenia.

Konrad ‘ksy’ Latkowski

Z internetem związany od 10 lat, za to zaledwie 1,5 roku z branżą startup. Od 2010 współtwórca systemu Manubia.pl. Fan social media i Scuderii Ferrari. Niedoszły kucharz i dziennikarz. Współtworzył serwis DVA.pl, obsługiwał i wprowadzał do Polski m.in. marki iriver, Cowon, MPstore, VEDIA. Miłośnik networkingu czego efektem jest serwis EventCookie.

Komentarze (0)