Kilka lat temu pracowali w mediach tradycyjnych. Teraz postanowili sprawdzić się w sieci. Już nie świecą nad nimi jupitery, nie muszą ukrywać niedoskonałości twarzy pod makijażem i praca już ich nie nudzi.

fot. Fotolia

Trzy znane nazwiska w branży dziennikarskiej: Janke, Machała i Hołownia porzucają duże redakcje mediów tradycyjnych, w których dobrze się nie czują. Każdy z nich pragnie stać się częścią internetu i swoje doświadczenie sprawdzić w świecie trolli, Facebooka i memów. Igor Janke opuścił Uważam Rze i Rzeczpospolitą, Tomasz Machała już nie pracuje dla Polsatu i Wprostu, a Szymon Hołownia po zamknięciu kanału Religia.tv dzieli się dobrą nowiną w magazynie Stacja7.pl. Teraz tworzą internet.

Blogi to potęga

Igor Janke swoją przygodę z internetem rozpoczął od założenia bloga igorjankepost.blog.onet.pl (dzięki archiwum internetu, wpisy możemy przeczytać nawet i dziś). Jak sam mówi stronę odwiedziło 800 tys. użytkowników. Skala obecnie niewyobrażalna dla polskiego blogera i sukces nie do powtórzenia. Dla porównania, dziś w ciągu miesiąca całą platformę Salon24 odwiedza ponad 500 tys. realnych użytkowników. Janke czując potencjał kryjący się w internecie, pragnie czegoś więcej.

Pisałem regularnie, ale po jakimś czasie stwierdziłem, że skoro to tak dobrze idzie, to może sam spróbuję coś zrobić, namówię kilku czy kilkunastu kolegów dziennikarzy takich jak ja i założymy wspólnie taką platformę [blogową - przyp red.] - mówi Janke w wywiadzie dla MamStartup.

Tak też się staje. W połowie października 2006 roku powstaje Niezależne Forum Publicystyczne Salon24.pl, serwis dziś warty ponad 5 milionów złotych. Janke jednak nie porzucił mediów tradycyjnych od razu. Nadal pisał dla “Rzeczpospolitej” i “Uważam Rze”, a serwis tworzył wraz z żoną, która pomagała w administrowaniu strony.

Początki były trudne, oboje na rozwój startupu poświęcają większą część dnia. Nie ma mowy o wolnych weekendach czy wyjazdach wypoczynkowych bez laptopa i dostępu do internetu. Salon24 staje się dla nich wszystkim, dlatego pokładają w nim duże nadzieje. O tej platformie mówi się, że jest rewolucją w świecie polskich mediów. Dlaczego? Ponieważ od początku otwarta była na dyskusję i na kontakt z użytkownikiem. Nie tylko dziennikarze mogą pisać o polityce w Salonie. Każdy z nas może to zrobić.

Płacę - wymagam

Wiele cech łączy serwis internetowy ze starymi mediami. Jedną z nich jest reklama. I mediom tradycyjnym, i tym internetowym bez reklamodawców trudno funkcjonować. Nowe media wygrywają jednak o kilka długości, biorąc pod uwagę mierzalność efektywności reklamy. Ich twórcy przekonują reklamodawców udostępniając statystyki swojego serwisu, np. dotyczące przedziału wiekowego czytelników, co znacznie ułatwi rozpoczęcie odpowiedniej kampanii. Co ciekawe mierzalność ma się nijak do cen jakie są w stanie zapłacić reklamodawcy za promocję w internecie. Mimo podobnej, bądź większej liczby czytelników, nadal przewagę finansową mają przedstawiciele starych mediów, którzy na tych samych produktach zarabiają znacznie więcej. Wyrównanie tego pułapu zajmie jeszcze sporo czasu.

W sieci popularne ostatnio są trzy modele reklamy: rich media, mailing oraz tzw. niestandardy. Pierwszy model cechuje połączenie różnych technologii internetowych. Jego zadaniem jest interakcja z odbiorcą, dlatego często występuje w postaci animacji lub gry. Dzięki drugiemu modelowi za pomocą zebranych adresów e-mail możemy prezentować naszym czytelnikom produkty reklamodawców. Ten rodzaj reklamy możemy spersonalizować dokładnie pod odbiorcę. Niestandardy natomiast cechują się całkowitym wyprofilowaniem kampanii według potrzeb klienta. Wszystkie te modele łączy efektywność, którą da się bardzo dokładnie zmierzyć, czego nie można powiedzieć o reklamach w telewizji czy w prasie.

Janke wspomina również o lobbingu społecznościowym, który sprzedaje na swojej platformie. Polega on na możliwości odpłatnego wywołania dyskusji na dany temat. Są też blogi sponsorowane, w których nie znajdziemy zdań typu “firma X jest najlepsza na rynku, ponieważ...” W internecie nie wpycha się produktów na siłę. Działa to całkiem inaczej. Należy pokazać potencjalnemu klientowi, że dana marka zna się na rzeczy. Posty często pisane są w stylu poradnikowym, bądź są swoistym początkiem dyskusji otwierającym debatę na temat wskazany przez autora.

Czy na darmowej treści da się zarobić? Zdecydowanie tak. Potwierdza to chociażby przypadek Salonu24, którego redaktor naczelny wraz z pierwszymi zarobionymi pieniędzmi inwestuje w zespół. Po dwóch latach od powstania Niezależnego Forum Publicystycznego zostają zatrudnieni pierwsi pracownicy. Rozwijane są kolejne sekcje, powstają nowe serwisy grupy i przybywają nowi użytkownicy. Janke wyników finansowych Salonu24 nie podaje, ale jak sam mówi koszty prowadzenia działalności pokrywają się z zyskami. Wynika to również z tego, że internetowe redakcje są po prostu tańsze. Nie ma wielkich sal konferencyjnych, sprzętu wartego kilka milionów złotych i wysokich pensji dla współpracowników. Salon24 w 2012 roku znajduje inwestora, a Janke na tyle dobrze czuje potencjał platformy, że planuje wejść z nią na giełdę. Plany zostają jednak odłożone z powodu panującego kryzysu gospodarczego.


Kilka lat temu pracowali w mediach tradycyjnych. Teraz postanowili sprawdzić się w sieci. Już nie świecą nad nimi jupitery, nie muszą ukrywać niedoskonałości twarzy pod makijażem i praca już ich nie nudzi.

KampaniaNaŻywo

Tomasz Machała jeszcze podczas pracy dla mediów tradycyjnych szerzył ideę trzymania polityków za... słowo, pisząc o ich poczynaniach na blogu kampanianazywo.pl. Sam blog, pomysł na niego i jego rozwój to ciekawe zjawisko w polskim internecie. Jego główny autor, pomysłodawca i redaktor naczelny Tomasz Machała od początku stawia na interakcję z czytelnikami. Serwis blogowy był otwarty na wszystkich, dlatego też wiele osób zgłosiło się do relacjonowania politycznych wydarzeń z każdego zakątka Polski. Bez nich Machała nie dałby sobie rady, dlatego odwdzięcza się później zapraszając ich do współpracy w naTemat.pl. Z czasem w serwisie pojawiało się coraz więcej tekstów i komentarzy użytkowników. Była interakcja z czytelnikiem oraz dyskusje na tematy polityczne na dobrym poziomie. Na blogu jednak Machała nie zarabia i nie daje zarobić innym.

Chyba jako jedynemu dziennikarzowi w Polsce udało mi się zorganizować prywatne przedsiębiorstwo medialne działające na zasadach non profit. Nie płacę bowiem współpracującym ze mną korespondentom i też nic na tym nie zarabiam. - mówił Machała w wywiadzie dla wirtualnemedia.pl.

Reklamy w serwisie jednak pojawiają się, ale chyba wpływy z nich nie pozwalają na utrzymanie redakcji, nawet tej okrojonej do granic możliwości. Serwis blogowy rozwija się dobrze i wówczas odwiedza go miesięcznie 70 tys. unikalnych użytkowników. Machała ma jednak większe oczekiwania i planuje zmienić świat mediów internetowych pokazując, że prawdziwe dziennikarstwo nie umiera. Z bloga, który powstaje w 2009 roku w okresie wyborów prezydenckich, po trzech latach rodzi się coś więcej. Potencjał internetu wyczuwa również redakcyjny kolega Machały, Tomasz Lis, który zainteresowany nowymi mediami postanawia stworzyć swój serwis. Wszystko rozpoczyna się od tajemniczej rozmowy telefonicznej.

Ktoś, coś, kiedyś

Pomysł na serwis informacyjny naTemat.pl pojawił się w głowie Tomasza Lisa prawdopodobnie w 2011 roku. W lutym dzwoni do Machały, z którym wtedy współpracuje m.in. dla Wprostu. Zadaje jedno krótkie pytanie: czy jakby coś, kiedyś robił w internecie, to czy ten byłby zainteresowany. Obecnemu szefowi naTemat.pl pomysł stworzenia opiniotwórczego serwisu bardzo się spodobał. Zgodził się na propozycję, chociaż do końca nie wiedział na co. Dlaczego chce “przenieść się” do internetu? Ponieważ jak sam mówi jest zmęczony wyczerpującą pracą dla mediów tradycyjnych. Przytłaczała go nuda i masowość przedsięwzięć, które współtworzył. Machała żali się, że w telewizji trzeba robić średnio 21 materiałów w miesiącu, w których naprawdę niewiele się zmienia i często zestaw rozmówców jest taki sam. I Lis, i Machała widocznie nudzić się nie lubią, a swój czas chcą spędzać tworząc coś zupełnie nowego. Temat stworzenia serwisu jednak ucicha, ale powraca na języki pomysłodawców w maju tego samego roku.

Po kilku miesiącach rozmów obaj Panowie znajdują inwestorów, dużą grupę wydawniczą NextWeb Media i tworzą pierwszy taki w Polsce serwis informacyjny. W mediach w tym czasie jest głośno o upadku dobrego, rzetelnego dziennikarstwa. Odchodzi wiele osób z Wprostu i z innych dużych redakcji. Panowie rozpoczynają kampanię zapowiadającą rewolucję w polskim internecie. Tych rewolucji było tyle, że mało kto wierzył, że ta będzie tą właściwą. Była.

Rozpoczyna się od zapowiedzi, że w najbliższym czasie powstanie coś nowego. Lis występuje na różnych forach dyskusyjnych, publikuje oświadczenia i prowadzi rozmowy z czołowymi przedstawicielami polskiej blogosfery. Prace nad serwisem ruszają na zlecenie spółki Glob360 o kapitale zakładowym w wysokości 900 000 złotych, której twórcą jest Lis. W skład zarządu naTemat.pl wchodzą: Tomasz Lis, grupa NextWeb Media, która posiada 40% udziałów w spółce oraz prywatny hinduski inwestor Nipun Gupta. Udział w rozwoju spółki ma również radca prawny Robert Jędrzejczyk. Machała obejmuje stanowisko dyrektora zarządzającego projektem i redaktora naczelnego.

8 miesięcy prac nad programistyczną i graficzną częścią serwisu, setki rozmów z przyszłymi blogerami i spotkania z polską blogosferą przynoszą oczekiwany efekt. NaTemat.pl w lutym 2012 roku, czyli rok od startu, odwiedza ponad 770 tys. unikalnych użytkowników. Teraz jest już ich prawie 2 miliony. Na promocję serwisu nie zostaje wydana ani jedna złotówka, a cały ruch Machała i Lis zawdzięczają szumowi jaki się stworzył wokół cosnowego.pl. Cel został spełniony, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chcą więcej.

Milionowej publiczności nie spodziewa się za to Szymon Hołownia, który rewolucjonizuje polskie media na swój sposób. Wraz ze współpracownikami porusza tematy około religijne w swojej Stacji7.


Kilka lat temu pracowali w mediach tradycyjnych. Teraz postanowili sprawdzić się w sieci. Już nie świecą nad nimi jupitery, nie muszą ukrywać niedoskonałości twarzy pod makijażem i praca już ich nie nudzi.

Niby stacja, ale nie telewizyjna

Pierwotny tytuł tego artykułu brzmiał: Dziennikarze robią startupy. Stacja7.pl nie jest jednak startupem, ponieważ nie spełnia głównego, podstawowego elementu definicji tego słowa: nie ma w zamiarze zarabiać. Tak przynajmniej mówi wydawca (Wydawnictwo ZNAK) oraz sam zainteresowany. Do redakcji nie udało nam się dodzwonić, na maile także trudno otrzymać odpowiedź. Stacja7 jest magazynem internetowym dla każdego z nas. W dobie wszędobylskiej erotyki w reklamach, wulgarnych wpisów i komentarzy chcą pouczać, przypominać i szerzyć wierność dobrym ideom.

Stacja7 wyróżnia się oryginalną, animowaną, interaktywną szatą graficzną przypominającą okładki magazynów. Redakcja w pocie czoła pracuje, aby co dwa tygodnie w pełni zaktualizować stronę i przekazać za darmo dawkę wiedzy i opinii na temat aktualnych spraw dotyczących religii. Twarzą magazynu i redaktorem naczelnym jest Szymon Hołownia, były dyrektor prowadzący stacji Religia.tv, która po 5 latach działalności niedawno została zdjęta z anteny. Jak sam mówi

My nigdy nie będziemy super portalem informacyjnym (...), ale chcielibyśmy bardzo być portalem drugiego wyboru, do którego każdy będzie zaglądał po tym jak już nasyci się wszystkimi możliwymi rozrywkowymi i informacyjnymi historiami z dnia.

Nie ma pięknej historii dotyczącej powstania magazynu, nie ma też inwestora i planów na przyszły kasowy sukces. Zgodnie z zasadą daj, a będzie Ci dane Stacja7 po prostu robi swoje i nie nastawia się na znaczną poczytność artykułów. Czy niebawem śladem pierwszych dziennikarzy, którzy postawili na swoje projekty, stare media zaczną masowo przenosić się do internetu? Pewnie tak. Pytanie tylko kiedy to nastąpi.

Skontaktuj się z autorem wpisu. Odezwij się na
adam.lopusiewicz(at)mamstartup.pl

Komentarze (0)