Pierwsze kroki Facebooka i Twittera mogą być inspiracją przy tworzeniu własnego startupu. Są też bezcenną lekcją, pokazującą, że rozpoczynanie biznesu pod niewłaściwą domeną internetową może sporo kosztować.

Pełna treść artykułu dostępna dla naszych stałych czytelników

Dołącz do naszego newslettera lub podaj swój adres, jeśli już jesteś naszym subskrybentem

Partner technologiczny

fot. Fotolia

Zwykle jednym z pierwszych kroków dla większości startupów jest zarejestrowanie domeny internetowej. Znalezienie dobrej nazwy może być frustrujące i czasochłonne. Klikanie po raz setny przycisku „sprawdź” na stronie rejestratora czy przeglądanie ofert na giełdzie domen nie należą do najprzyjemniejszych zajęć. Mogą się jednak opłacić.

Atrakcyjna i łatwa do zapamiętania domena pomaga w budowaniu świadomości marki wśród internautów. To pewne. Rozpoczęcie działalności pod dobrym adresem ma jednak nie tylko walor wizerunkowy. W przypadku sukcesu pozwala zaoszczędzić realne pieniądze, co pokazują przykłady znanych serwisów.

Zacznijmy od Twittera. Pierwotnie serwis działał pod domeną Twttr.com, która podkreślała zwięzłość komunikatów, jakimi posługują się jego użytkownicy. Taki zapis, pozbawiony samogłosek, został zapożyczony z języka smsów, w których szybkość pisania i oszczędność znaków jest ważniejsza niż poprawność językowa. Pod tym względem adres Twttr.com był dobrym adresem, ale istniał lepszy – Twitter.com.

Niestety, domena była zajęta i działał pod nią serwis poświęcony ornitologii. Twórcy Twittera zdecydowali się jednak na odkupienie adresu, wycenionego na 7,5 tys. dolarów. Znacznie więcej musiał zapłacić Mark Zuckerberg za adres, pod którym dziś działa Facebook.

Uważni widzowie filmu „The Social Network” pamiętają pewnie scenę, w której Sean Parker, grany przez Justina Timberlake’a, doradza kolegom, aby z wymyślonej nazwy wyrzucili „the”. W ten sposób ówczesny The Facebook, debiutuje pod adresem facebook.com. Podobnie jak w przypadku Twittera, poprzednia domena nie była zła, ale też nie najlepsza. Tą właściwą udaje się kupić w 2005 r. za 200 tys. dolarów. Drogo? Wyobraźmy sobie ile dziś kosztowałby adres Facebook.com.

Historie tych dwóch znanych serwisów pokazują, że w przypadku domeny internetowej nie warto iść na kompromisy. Nawet jeśli konieczne będą zakupy na rynku wtórnym, cena i tak będzie niższa niż w chwili, gdy serwis odniesie sukces i stanie się rozpoznawalny. Działanie od samego początku pod domeną, która jest naprawdę dobra, a nie tylko „niezła”, przekłada się również na statystyki ruchu na stronie.

Przekonali się o tym twórcy popularnej usługi Dropbox. Sieciowy dysk oficjalnie wystartował jesienią 2008 r. pod adresem GetDropbox.com. Domena Dropbox.com była wówczas zarejestrowana, ale jedyne, co można było pod nią znaleźć to linki reklamowe. Oglądali je internauci, którzy usłyszeli o nowej usłudze w chmurze i chcieli się dowiedzieć czegoś więcej. Według szacunków serwisu TechCrunch, zanim twórcy serwisu kupili krótszą domenę, co miesiąc nawet kilkadziesiąt tysięcy z nich trafiało pod zły adres.

Przysłowie mówi, że „lepsze jest wrogiem dobrego”. Historie Facebooka, Dropboxa i Twittera pokazują, że nie zawsze jest to prawda. Zdobycie możliwie najlepszej domeny na samym początku działalności to swoiste ubezpieczenie na wypadek sukcesu. A przecież o sukces właśnie chodzi każdemu, kto zakłada startup.

Maciej Kurek

Specjalista ds. Public Relations, absolwent socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od trzech lat związany z Grupą Adweb, gdzie pracuje dla marki 2BE.PL, zajmującej się rejestracją domen internetowych oraz świadczeniem usług hostingowych. Prywatnie rowerzysta i działacz stowarzyszenia Kraków Miastem Rowerów.

Komentarze (0)