Czy Polacy chcą mieć udziały w startupach? Takie pytanie zadałem sobie tydzień temu przygotowując artykuł, który zaczynał się od cytowanych słów Rafała Agnieszczaka. Okazuje się, że nie wszyscy odrzucają propozycję pracy na takich warunkach. W Harimacie współtwórcy są też udziałowcami. 

W jednym z komentarzy pod poprzednim artykułem przeczytałem, że obawy współpracowników wiążą się z tym, że udziały w polskich spółkach zazwyczaj oferowane są zamiast pieniędzy i na zasadzie: jak osiągniemy sukces, to później pieniężnie Cię nagrodzimy. Faktem jest, że startup na początku swojej drogi dysponuje małymi zasobami finansowymi i z taką sytuacją twórcy i współpracownicy muszą sobie poradzić. Jak? Na przykład przyjmując propozycję pracy "na udziałach". Takie rozwiązanie przynosi przecież obopólne korzyści. 

Zdjęcie royalty free z Fotolia

Dobry motywator

- Dzielenie się udziałami jest sposobem na zrekompensowanie często niższej pensji oraz ryzyka jakie ponoszą osoby, które dołączają do projektu na tym etapie - mówi Paweł Jarmołkowicz, CEO Harimata. Uważa, że dzięki temu można przyciągnąć prawdziwych fachowców, nie mając możliwości zatrudnienia ich za rynkową stawkę. Jest to też dobry motywator, bo posiadanie udziałów w spółce zwiększa identyfikację z firmą i zaangażowanie w jej tworzenie. - Zaczynamy wszyscy razem tworzyć coś dla siebie - dodaje.

Harimata, zajmująca się rozpoznaniem i analizą wzorców zachowań u dzieci, to jeden z polskich projektów gdzie pracownicy traktowani są jak partnerzy. Takie podejście, zdaniem Pawła Jarmołkowicza, przynosi obopólne korzyści, dlatego postanowił wdrożyć je do swojej firmy. Kiedy postanowił podzielić się z pracownikami udziałami w spółce? Wtedy, gdy zebrał core [tłum. rdzeń, kluczowych członków] zespołu. Chciał, aby wiedzieli i czuli, że traktuje ich jak partnerów, razem tworzących Harimatę.

Trudny wybór

Musiał też podjąć decyzję ile komu ich zaproponować. - Był to długotrwały proces, podczas którego konsultowałem się z bardziej doświadczonymi osobami, szukałem przykładów wśród innych startupów - mówi Paweł Jarmołkowicz. W końcu musiał sam wymyślić sposób oceny każdego członka zespołu z perspektywy projektu, odpowiadając na pytania: czy jest on kluczową osobą, co wnosi do projektu, jakie ryzyko ponosi itp. - Wynikiem tego równania jest ilość udziałów - dodaje.

Swoich współpracowników Jarmołkowicz nie musiał przekonywać do tego, aby przystali na propozycję. Tłumaczy, że sercem i zaangażowaniem byli już "po uszy w projekcie". - (...) był to dla nich mocny argument za tym, aby dołączyć do zespołu - dodaje. Zapytany o to, czy wszyscy pracownicy woleli udziały niż podwyżkę odpowiada, że nie dał im takiego wyboru. Nie ma też zastrzeżeń co do obecnego systemu dzielenia się udziałami. Może dlatego, że współpracuje z kancelarią, która pomogła przygotować odpowiednie umowy.

Komentarze (0)