Wielu rodziców ma opory przed publikowaniem zdjęć dzieci w internecie. Chcą pochwalić się pociechami, ale jednocześnie obawiają się małej kontroli nad nimi, jakiej nie doświadczają np. na Facebooku. Dla dbających o bezpieczeństwo zdjęć powstało Kidla.

Z drugiej strony, wielu rodziców nie ma oporów przed publikacją fotek swoich potomków. - Każdy z nas ma ich wśród znajomych. To osoby, które kilka razy dziennie uszczęśliwiają nas zdjęciami swoich pociech - mówi Radek Dobrołęcki, jeden z twórców Kidla. Podczas takich właśnie rozważań powstał pomysł na stworzenie platformy, dzięki której rodzice mogliby bezpiecznie i z zachowaniem pełnej kontroli dzielić się swoim szczęściem. Pomysłodawcy mają doświadczenie w rozwijaniu tego typu przedsięwzięć, bo po studiach pracowali w startupach w Anglii i w Stanach Zjednoczonych.

Na zdjęciu: Radek Dobrołęcki, jeden z pomysłodawców Kidla 

Projekt po godzinach

Trójka przyjaciół: Radosław Dobrołęcki, Michał Malewski i Marcin Urbańczyk na pomysł wpadli podczas pracy na różnych stanowiskach w Grupie Allegro. - Wszyscy poznaliśmy się studiując w Poznaniu na Uniwersytecie Ekonomicznym. Gdy pojawił się pomysł na Kidlę jeden z nas był już przyszłym tatą - opowiada Dobrołęcki. Kidlą, serwisem i aplikacją do dzielenia się zdjęciami pociech i tworzenia fotoalbumów, zajmowali się po godzinach, często zarywając weekendy. Etap przygotowań od stworzenia koncepcji biznesu i produktu, do oficjalnego startu wspartego małą kampanią PRową zajął im siedem miesięcy.

Start przyśpieszyłoby to, gdyby twórcy nie pracowali na etacie, ale skądś musieli brać środki na rozwój swojego pomysłu na biznes. Kolejnym powodem tego, że do premiery produktu doszło po przeszło pół roku było też to, że zespół od razu chciał wystartować z serwisem www i aplikacjami mobilnymi. - Może to było trochę niezgodnie z zasadą wypuszczania produktu w fazie MVP, ale byliśmy przekonani, że Kidla od początku powinna być dopracowana i przyciągać rodziców wizualnie - dodaje nasz rozmówca. Nie zdradza dokładnych kosztów stworzenia startupu, ale mówi, że za te pieniądze mogliby kupić “naprawdę dobry samochód - niekoniecznie rodzinny”.

108 tysięcy zdjęć dzieci

Swój produkt zespół kieruje do rodziców, którzy chętnie robią zdjęcia swoim pociechom. Trzy czwarte ankietowanych przez Kidla fotografuje lub nagrywa dzieciaki nawet kilka razy w tygodniu. - Kidla daje możliwość przechowywania ich w uporządkowanej formie, w jednym, bezpiecznym miejscu - mówi Radek Dobrołęcki. Dodaje, że dzięki Kidli zarówno rodzice, jak i ich bliscy mają stały i łatwy dostęp do fotopamiętnika dziecka. Na wskazywanie tego jako jednego z najważniejszych cech tego rozwiązania firma kładzie największy nacisk. Dodaje też, że Kidla łączy zarówno cechy sieci społecznościowej jak Facebook, jak i miejsca w chmurze jak Dropbox.

Niedawno wdrożono nową opcję w aplikacjach Kidla. Rodzice, których w serwisie jest 20 tysięcy, mogą łatwo i odpłatnie przenieść cyfrowe zdjęcia do drukowanego fotoabumu. A jest spośród jakich zdjęć wybierać, bo dotychczas zamieszczono ich 108 tysięcy. Na tę chwilę w bazie jest też 19 tysięcy profili dzieci. - Wciąż skupiamy się na wzroście bazy użytkowników i do końca roku chcielibyśmy potroić tą liczbę - zapowiada Dobrołęcki. Zespół pracuje też nad kolejnymi sposobami zarabiania na serwisie, czyli płatnymi usługami i produktami, które mają zostać wprowadzone już wkrótce. W rozwoju firmy pomógł inwestor, a właściwie duże wydawnictwo Edipresse Polska.

Idealny inwestor

Zanim podpisano umowę inwestycyjną, wyniki serwisu nie były powalające. Oprócz małej kampanii PRowej zespół nie inwestował w promocję, właśnie ze względu na mały zasób środków. Wierzył, że lepiej wydać je na doskonalenie produktu, bo ich zdaniem dobry produkt zawsze się obroni. Niestety, przy praktycznie zerowej promocji, zdołano zainteresować tylko kilka tysięcy użytkowników. Warto też zaznaczyć, że na tym etapie nie monetyzowano jeszcze Kidli. Mimo jeszcze niezadowalających wyników, coraz częściej do twórców projektu zgłaszali się inwestorzy. Poznaniacy nie skorzystali jednak z ich oferty, bo nie byli oni wystarczająco blisko branży, co nie pomogłoby w rozwoju Kidli.

Wydawnictwo rozglądało się po rynku, bo chciało stworzyć albo zainwestować w analogiczny produkt. Szukało też partnera do przedsięwzięcia poza Polską. O projekcie Kidla dowiedzieli się od Marcina Kurka, współzałożyciela niania.pl - startupu sprzedanego Edipresse Polska, a dziś partnera Protos VC. Zaaranżował on pierwsze spotkanie z przedstawicielami wydawnictwa i twórcami Kidla. Młodzi przedsiębiorcy byli zainteresowani współpracą, bo wydawnictwo jest liderem w Polsce w segmencie prasy kobiecej i parentingowej. - Tak więc był to idealny inwestor dla naszego projektu, dający nam olbrzymie możliwości promocji wśród naszej grupy docelowej - mówi Radek Dobrołęcki, jeden z pomysłodawców Kidla.

Kreatywne przerabianie zdjęć

Zespół przekonało też to, że widział wiarę inwestora w tego typu biznes. Doszło więc do sprzedaży udziałów, inwestycji w projekt i zawiązania nowej spółki Edipresse Mobile. Od tego czasu firma jeszcze szybciej rozwija się. W przyszłości planuje rozszerzyć ofertę o inne produkty, które wykorzystują zdjęcia dzieci. Podobno rodzice chętnie zamawiają prezenty z wizerunkami swoich pociech dla siebie czy dla bliskich. - Fakt, że zdjęcia dzieci są już u nas, daje nam bardzo duże możliwości w budowaniu oferty - mówi Radek Dobrołęcki. Przekonuje też, że teraz mocny nacisk postawi na promocję aplikacji mobilnych.

- Chcemy więc, aby aplikacja mobilna Kidla stała się dla rodziców inspiracją do robienia zdjęć i filmów dzieciom. I aby dawała możliwość kreatywnego przerabiania zebranych materiałów - dodaje. Na wrzesień planuje wydanie dodatkowych funkcji, ale jeszcze za wcześniej by o tym mówić. W dalszych planach na przyszłość, spółka chce wyjść na rynki zagraniczne. Nastąpi to gdy tylko poczuje, że to odpowiedni moment.

Komentarze (0)