– W Niemczech osiągnąłem już wszystko i teraz chcę pomóc polskim startupom – mówił poznański przedsiębiorca. Choć miał pomagać innym w budowaniu biznesu, sam nie płacił pracownikom wynagrodzeń. Waldemar G. usłyszał wyrok, ale w mediach nadal uważany jest za króla startupów.

W trzy miesiące stworzył startup wart kilkadziesiąt milionów złotych. Tak branżowe media piszą w ostatnich dniach o Waldemarze G.. Teksty zbierają lajki, a byli pracownicy tracą nadzieję na odzyskanie pieniędzy. Nie tylko oni czują się poszkodowani.

I. Zlecenia małe

Popołudnie w Poznaniu. Konferencja dla młodych przedsiębiorców, którzy chcą posłuchać o porażkach i wyciągnąć z nich wnioski. Do Marcina, jednego z uczestników spotkania, G. podchodzi tuż po wystąpieniach i dziękuje za udział. Zaprasza go później do znajomych na Facebooku, pisze wiadomość: – Twoja firma zajmuje się mobajlem? Pewnie szukasz zleceń. Nie zapłacę dużo, ale jak zrobicie to dobrze, to będziemy dalej współpracować. Uwiniecie się w tydzień?

Marcin kilkanaście minut idzie spacerem przez Stary Rynek na spotkanie z G.. Wnętrze jego biura wygląda nowocześnie. Jasne ściany, biurka z komputerami ustawione na przeciwko siebie. Jest też miejsce na wypoczynek: palety zbite w kanapę i duża żółta poducha. G. jest konkretny, zachowuje się profesjonalnie, choć nie do końca radzi sobie z językiem polskim. Narzeka na poprzednią firmę, która nie wywiązała się z obowiązków.

– Dostarczyli zły kod, nieprzetestowany, niedziałający. Zrobicie to lepiej? – pyta Marcina.

– Pewnie, mamy czas i ludzi, żeby to zrobić w tydzień, nawet szybciej – odpowiada i uśmiecha się, bo przyniesie zlecenie firmie, w której pracuje od kilku miesięcy.

Dogadują warunki współpracy, G. przesyła umowę, Marcin dokonuje kilku poprawek. Obaj je akceptują. Zespół za kilka tys. złotych netto ma wykonać “panel administracyjny dla serwisu do zamawiania usług sprzątania”. Zacznie pracę, gdy dostanie zaliczkę, a zakończy, gdy właściciel niemieckiej spółki odbierze zlecenie i wypłaci wynagrodzenie.

Marcin wraca do biura i planuje zadania zespołowi. Bierze się za realizację, choć nadal nie widzi zaliczki. Mimo to po kilku dniach przedstawia zleceniodawcy część efektów pracy. Przy okazji zaznacza:

– Waldek, nie otrzymałem jeszcze pieniędzy – pisze.

– Tak chyba nie powinieneś się do mnie odzywać. Przesłać Ci potwierdzenie przelewu? – odpowiada G..

Po trzech godzinach wysyła zrzut ekranu z potwierdzeniem przelewu, który w opinii Marcina wygląda jakby został stworzony w programie graficznym. Dodaje: Masz i się wypchaj. Rozmowa toczy się w środę, a przelew podobno wychodzi w poniedziałek.

– Cofnąłem go, nie będę współpracować z takimi ludźmi – pisze później G.. Zarzuca Marcinowi, że dodał do umowy ukryte zapisy, by go oszukać. Zapomina, że zlecenie wyszło od niego. Za ten błąd płaci później asystentka.

Zanim ją zwolni, zdąży jeszcze zlecić zapakowanie do koperty i wysłanie do Marcina zawiadomień napisanych w j. niemieckim, w którym domaga się wypełnienia kontraktu. G. grozi w nim, że jeśli do tego nie dojdzie, pójdzie do sądu i zniszczy reputację firmy kontaktując się z mediami, ale kończy się na straszeniu.

G. nic nie zyskuje na sprawie, bo firma nie pracuje na jego serwerze i szybko odcina zleceniobiorcy dostęp do kodu. Marcin traci tylko swój czas. Ma więcej szczęścia niż inni.

II. Biznes

G. urodził się w Polsce, ale w wieku trzech lat wyjechał z rodzicami do Niemiec. Jako nastolatek zabiera się za sprzedaż artykułów biurowych. Później tworzy oprogramowanie, które pozwala sprzedawcom aktywować umowy z klientami i pakiety na internet bezpośrednio w salonach sieci komórkowych. Wcześniej załatwienie tych formalności zajmowało 2-3 dni.

Ten biznes osiąga podobno ponad 1,2 miliona euro obrotu. Sprzedaje go, a później zakłada agencję reklamową, która zajmuje się organizowaniem kampanii promocyjnych na Facebooku i przy wykorzystaniu AdWords, ale też projektowaniem stron www i mobilnych. G. wyjedzie z Berlina, gdy coraz więcej firm zacznie skarżyć się na niewywiązywanie się z umów.

W Polsce prowadzi kilka spółek na raz. Jedna z nich jest inkubatorem przedsiębiorczości mającym pomóc młodym przedsiębiorcom otworzyć swój pierwszy biznes. Poznań określa jako centrum Europy, do współpracy zaprasza ambitnych i pracowitych studentów. Oferta dla nich okazuje się atrakcyjna.

– Proponował dużo, jak dla świeżych absolwentów uczelni. Nie wymagał doświadczenia, liczyły się chęci. Junior programiście płacił nawet 5 tys. złotych brutto miesięcznie – mówi jedna z byłych pracownic, która rozstała się z firmą w przyjaznej atmosferze. Jej zdaniem G. był dobrym pracodawcą, robi wrażenie młodego, otwartego i przedsiębiorczego faceta.

Pracownikom chwali się sukcesami w Niemczech, tym że współpracował z dużymi firmami. – Często opowiadał, że w Berlinie osiągnął już wszystko, że jest królem startupów i z miłości do Poznania działa teraz w Polsce – mówi mi inny były pracownik.

Berliński przedsiębiorca pracowników i zleceniobiorców szuka na Facebooku. Odzywa się do kilku osób znanych w poznańskim światku nowych technologii i prosi o pomoc. Pyta w jakich grupach jest dużo młodych przedsiębiorców chętnych do zrobienia czegoś ciekawego. Zaprasza na otwarcie biura, które mieści się wtedy na ul. Dominikańskiej w Poznaniu.

Po prawie pół roku odzywa się ponownie, tym razem pisze w j. angielskim i zaprasza na niedzielne wydarzenie, w którym prelegenci opowiedzą o swoich porażkach. Odbywa się ono w miejscu kojarzonym z wyśmienitym designem. Pierwszym 50-ciu osobom, które pojawią się na wydarzeniu oferuje darmowe piwo.

Na spotkaniu poznaje przyszłych pracowników, ale i zleceniobiorców, m.in. Marcina, o którym wspominaliśmy wcześniej. Część z nich po roku pracy dla kilku spółek G. zgłosi się do Państwowej Inspekcji Pracy i pozwie go m.in. o niepłacenie wynagrodzenia.

III. Wyrok

W mojej firmie nie ma ani jednego pracownika, który nie otrzymałby pieniędzy – zapewnia G. po publikacji artykułu w Głosie Wielkopolskim, w którym występują oskarżyciele posiłkowi. Nie kłamie, bo tekst dotyczy innej spółki G., ale czytelnicy bloga tego nie wiedzą, bo w lokalnej prasie nie pojawia się nazwa firmy.

Artykuł szturmem podbija portale społecznościowe, przez co jeszcze więcej osób dowiaduje się o zachowaniach G., o które jest wtedy oskarżany. Nie może więc pozostawić tego bez komentarza. Pisze post na blogu i miasto Poznań nazywa “nieistotną wsią”.

Pracownicy G. też czytają artykuł o pozwie. Szef zwołuje więc spotkanie i tłumaczy im, że to przez zazdrość, że Polacy zazdroszczą mu sukcesu i dlatego nagabują media. Zapewnia, że bohater artykułu “znał kogoś w Głosie i stąd cała afera”.

Przekonuje, że nigdy nie robi problemów z wypłatami. Pracownicy wierzą mu, choć sami mejlowo ubiegają się o pieniądze, które przychodzą z tygodniowym, dwutygodniowym opóźnieniem albo wcale. Po czasie część odejdzie z firmy G. z takich samych powodów jak ci, którzy pozwali go o łamanie kodeksu pracy.

G. nie pojawia się na rozprawach. Sąd prowadzi sprawę mimo braku obecności obwinionego. Anna Wabich z ramienia Państwowej Inspekcji Pracy przedstawia wyniki kontroli spółki G., którą zamknął kilka dni po ostatniej wizycie.

Sąd uznaje Waldemara G. za winnego zarzucanym czynom m.in. niepłacenia wynagrodzeń, nieopłacania składek na ZUS i niewypłacania ekwiwalentu za niewykorzystany urlop (łącznie 33 tys. złotych) i skazuje go na karę grzywny w wysokości 6 tys. zł oraz pokrycie kosztów sądowych.

W uzasadnieniu pisze, że pod uwagę wziął także poprzednie wyroki, które usłyszał G.. Za podobne czyny został skazany na karę grzywny w 2011 r., w Niemczech. Rok później skazano go za umyślne oszustwa finansowe.

Mimo wyroku, do dziś byli pracownicy nie otrzymali należności. O to muszą ubiegać się sami, w cywilnych pozwach przeciw przedsiębiorcy. To jednak nie jedyne osoby, które miały problem z odzyskaniem należności od poznańskiego przedsiębiorcy.

IV. Partnerzy

Kamil sam zgłasza się do inkubatora przedsiębiorczości prowadzonego przez G., bo chce zrealizować swój pomysł na startup. Ma plan jak zaprojektować platformę łączącą przedsiębiorców z pomysłami na biznes i inwestorów gotowych w niego zainwestować. Na ten cel zakłada razem z G. spółkę.

Potrzebny jest kapitał zakładowy w wysokości 40 tys. zł.. Spółkę ma powołać G., dlatego Kamil przesyła mu przelewem połowę potrzebnej sumy. W grudniu 2014 roku wpływa wniosek o rejestrację spółki, ale po kilku miesiącach Kamil dostaje pismo od notariuszki z zawiadomieniem, że nadal czeka na wpłatę kapitału zakładowego.

Notariuszka domaga się wypłaty ponad tysiąca złotych na poczet swoich czynności wykonanych przy zakładaniu spółki. Wezwanie trafia do siedziby firmy G., ale i do domu Kamila, choć w umowie spółki zawarta jest informacja, że to G. ma pokryć koszty notarialne.

– Opłaciłem swoją część, a on w ogóle jej nie przelał dalej, przez co spółka nie mogła zostać założona – mówi mi poszkodowany.

Sprawa trafia na wokandę. Notariuszka we wrześniu 2015 r. pozywa G. i Kamila o niezapłacenie kosztów notarialnych. Pozew dotyczy obojga członków zarządu spółki, ze względu na Prawo o notariacie. Z akt sprawy wynika, że G. kilkukrotnie za pomocą wiadomości e-mail zapewniał notariuszkę, że zapłaci należność, choć nigdy ona nie wpłynęła.

Kamil czuje się oszukany. Stracił 20 tys. zł i wytoczono przeciw niemu proces. Zbiera materiały, by pozwać G.. Kontaktuje się z prawnikami, ale cały czas ma w głowie, że może mu się nie udać. Dobijają go teksty w mediach z informacjami o G., który pokazany jest jako człowiek sukcesu.

Gdy pół roku od ostatniej rozmowy pytam go, jak dalej potoczyła się sprawa, odpowiada krótko. – Dałem sobie z tym spokój, szkoda czasu. Jak zobaczyłem ostatnie informacje o G. w dużych branżowych portalach, ale i u blogera, którego znam osobiście, to ręce mi opadły – odpowiada.

V. Schemat

Startupy spod szyldu inkubatora G. tworzą firmy zewnętrzne. Historia zleceń, które przyjmują pokazuje pewien schemat: zawsze są podpisywane na szybko, dotyczą niewielkiej kwoty, przez co mało komu chce się tracić czas na sądową walkę. G. w taki sposób mógł zarobić małym nakładem pracy kilkanaście tysięcy złotych, w kilka dni.

– Spotkaliśmy się na poznańskiej uczelni. Zaprosił mnie do swojego biura, żeby pokazać jak działa jego firma. Zapytał, czy pomogę mu i zostanę co-founderem jednego z projektów – opowiada Tomek, właściciel agencji interaktywnej w Poznaniu.

W ramach współpracy miał rozwijać wspólnie z G. projekt, ale też wykonywać odpłatne zlecenia dla jednej z jego spółek. Tomek pracuje w biurze G.. Szef przedstawia zadania do wykonania, Tomek z zespołem je wykonuje i zgodnie z terminem oddaje. Mimo że w trakcie pracy G. interesuje się projektem i jest zadowolony z efektów, na koniec mówi co innego.

– Zawsze były jakieś poprawki, ciągle mu coś nie pasowało, przesuwał terminy. Mylił fakty, w mejlach chwalił za dobrą jakość kodu, był bardzo zadowolony, a gdy przychodziło do odbioru, wręcz przeciwnie. Zawsze zwalał na agencje, zawsze mówił, że chce go oszukać – mówi.

Gdy Tomek wnosi poprawki do zlecenia, G. mówi, że klient “się wysypuje” i już nie jest zainteresowany współpracą przez co nie ma jak zapłacić. Może za projekt wyłożyć ze swojej kieszeni, ale nie tyle na ile opiewa umowa. – Zrobiłem dla niego trzy projekty za niewielkie pieniądze, długo oszukiwałem się, że zapłaci – dodaje.

Dla G. pracował kilka miesięcy, w tzw. międzyczasie realizował projekty z ramienia swojej agencji interaktywnej. Zakończył współpracę i zapomniał o temacie. Woli odrobić stracone pieniądze, niż tracić czas na walkę o nie w sądzie.

*

– Nie wiem, czy mogę o tej sprawie mówić, ale skoro nie zapłacono mi za zlecenie, to umowę na jego wykonanie można chyba uznać za nieważną – mówi mi Przemek, kolejny poszkodowany. Jest niepewny, dopytuje skąd wiem, że to jego firma współpracowała dla G., przecież nie chwali się tą realizacją w portfolio.

Zlecenie na wykonanie serwisu do zamawiania usług sprzątania przejął po poprzednich firmach, które albo zrezygnowały z współpracy z G., albo nie zrealizowały założeń. G. sam w lutym ub.r. odezwał się do Przemka i przesłał wytyczne do zadania. Okazały się jednak tylko ⅓ wszystkich rzeczy potrzebnych do uruchomienia serwisu.

– Wiedział co chce osiągnąć, ale nie miał pojęcia, w jaki sposób to zrobić. Dlatego lista wymagań była krótka, a zrobiliśmy znacznie więcej. I to był nasz błąd. Powinniśmy zakończyć pracę zgodnie z założeniami, a nie realizować więcej niż było zlecone – mówi.

Projekt wykonuje, G. go testuje, zatwierdza, ale uważa że powinno zostać zrobione jeszcze więcej. Pojawiają się problemy z zapłatą, co jest głównym powodem zakończenia współpracy. Przemek dostaje potwierdzenia przelewów, a pieniędzy nadal nie widzi na koncie. Zleceniodawca zapewnia, że pieniądze wysłał, pewnie Przemek ma problemy z kontem.

– W umowie jest zapis, że przekazanie praw autorskich i majątkowych do projektu następuje po zakończeniu umowy, do czego nie doszło, więc nie rozumiem dlaczego ta strona nadal jest dostępna w sieci – opowiada właściciel krakowskiej firmy.

Pytam go, dlaczego nie odzyskał pieniędzy, dlaczego nie walczył o nie w sądzie. – Przez to, że zlecenie było na niewielką kwotę, nie chciałem tracić czasu. Miałem inne zadania na głowie i gdybym walczył o zapłatę, nie mógłbym ich zrealizować – opowiada.

VI. Sposób

Poszkodowani zachowują się podobnie. Cieszą się, gdy pozyskują kolejne zlecenie. Chcą zarobić i znając ideę startupu wiedzą, że to firma, której założenia szybko się zmieniają, więc potrzebuje szybkich działań. Nie dziwi to, że umowę trzeba podpisać na gwałt.

Praca idzie dobrze, kontakt z pracownikami zleceniodawcy też. Są profesjonalni, rzeczowi. Gdy zespół kończy pracę nad zleceniem, szefowie odczuwają powoli ulgę. Będzie kolejny sukces, może premia dla pracowników za szybką realizację. Rozczarowanie przychodzi jednak po czasie.

Zaczynają się problemy z płatnością. G. szybko płaci (choć nie zawsze) zaliczkę, często 50% wartości zlecenia, ale z drugą częścią jest problem.

Nagle pojawiają się jakieś uwagi do projektu, coś nie zostało zrobione, a coś jest źle wykonane. Mimo że wcześniej G. zatwierdza projekt, zmienia zdanie. Jest wulgarny, agresywny. Gdy w mejlach wyrzuca wykonawcy nieuczciwość, ten zaczyna szukać o G. informacji w sieci.

Szybko trafia na artykuły w polskiej prasie i teksty niemieckich blogerów. Z jednej strony widzi człowieka sukcesu, a z drugiej kogoś, kto ma coś na sumieniu. Jak to możliwe?

VII. Zdecyduj się

G. unika kontaktów mediów, które nie działają pod jego dyktando. Dlatego sam odzywa się do wybranych dziennikarzy i rozmawia tylko z nimi. Do mnie pisze jeszcze w 2014 roku, prosi o pomoc w znalezieniu ciekawych ludzi w Poznaniu gotowych na nowe wyzwania. Rozmawia chętnie, zaprasza na wydarzenia i na otwarcie swojego biura.

Po publikacji w Głosie Wielkopolskim, który opisuje sprawę byli pracownicy vs szef, odzywam się do G. z propozycją wyjaśnienia sprawy na łamach MamStartup. Jest chętny na wywiad, zapewnia, że będę jedyną osobą, z którą porozmawia w sprawie zarzutów. Zastrzega jednak, że wszystko co kiedykolwiek napiszę na jego temat, musi zatwierdzić. Nie mogę się na to zgodzić.

Piszę skrót informacji podanej przez Głos Wielkopolski i wrzucam na stronę. W ten sposób współpraca kończy się, a ja zapominam o temacie. Powracam do niego kilka miesięcy później i zaczynam rozmawiać z byłymi pracownikami G.. Dostaję coraz więcej wiadomości, że warto sprawdzić, kim jest przedsiębiorca i ostrzec innych przed jego działaniami.

Zdobywam sygnaturę sprawy, w której byli pracownicy oskarżyli G.. Jak się później okaże, choć walczyli o małą kwotę, byli jedynymi w Polsce, którzy sądownie domagali się swoich praw. Mimo że nie wierzyli w odzyskanie pieniędzy.

Po czasie dzwonię do adwokata, który miał wybronić G. przed oskarżeniami. Pytam o możliwość rozmowy. Przekazuje, że jeśli napiszę cokolwiek o jego kliencie, to mogę spotkać się z oskarżeniami o naruszenie prywatności i nieuczciwą konkurencję. Dopytuję, o co dokładnie chcą mnie oskarżyć. Nie potrafi tego powiedzieć.

– W świetle prawa G. musi wyrazić zgodę na to, żeby jego działalność została opisana. Inaczej naruszone zostanie prawo do prywatności – mówi. Zapewnia, że na każde naruszenie, opisanie firmy G. zareagują sądownie.

Pytam ponownie, czy jest możliwość spotkania się i rozmowy z jego klientem. Adwokat mówi, że G. zraził się mną po tym, jak zacząłem pojawiać się na rozprawach sądowych. – Od tego czasu unika kontaktu z Panem. Może mi się uda, ale niczego nie mogę zagwarantować – dodaje.

Nie udaje się.

Dostaję później kilka wiadomości od G., w których jest to samo, co powiedział prawnik. Informuje mnie, że wg. ustawy UE o prywatności nie mogę napisać o nim bez jego zgody, że nie mogę też napisać, że odmówił wypowiedzi, i że mam pamiętać, że jest reprezentowany przez adwokata, którego dołącza do korespondencji.

Ze względu na to, że przeciw G. toczą się jeszcze sprawy, nie ujawniam jego tożsamości. Liczę, że wytłumaczy się choć czytelnikom swojego bloga. W końcu nie wstydzi się tego, kim jest. Zachęca czytelników, by zapoznali się z jego wadami i zaletami. Chce, aby sami zadecydowali, czy zdanie na jego temat jest dobre czy złe. Zdecydujcie.

-

Na prośbę bohaterów zmieniłem imiona i niektóre szczegóły, w celu uniknięcia roszczeń.

Komentarze (0)