Zaczęło się od prezentu dla znajomej w postaci fotokolażu z wakacji. Trudno było znaleźć aplikację, która pozwoli wybrać najciekawsze zdjęcia i z wydruku stworzyć album. Postanowili więc stworzyć taki program samodzielnie.

Szybko i bez zbędnych pytań

- Zanim go stworzyliśmy, znaleźliśmy drukarnię i opowiedzieliśmy jej szefowi, jak chcemy aby nasz album był wykonany - mówi Patryk Mucha, jeden z pomysłodawców aplikacji. Wtedy też w głowach młodych przedsiębiorców pojawia się pomysł na to, żeby każde zdjęcie wydrukowane dzięki aplikacji było perforowane i po wyrwaniu z albumu mieściło się w ramce. Po akceptacji pomysłu na aplikację przez znajomych, zespół szybko uznał, że pomysł jet świetny. Zrozumiał też, że stworzenie takiego startupu, w Polsce, może się udać ze względu na przewagę kosztową i nieograniczone możliwości dotarcia do klienta globalnego, jakie daje aplikacja mobilna.

Na zdjęciu (od lewej): Patryk Mucha i Adrian Skiba, pomysłodawcy SnapBooka

Od kwietnia zaczął pracę nad realizacją pomysłu i po trzech miesiącach mogliśmy zobaczyć jego efekty w sklepach z aplikacjami. Studenci Akademii Leona Koźmińskiego i SGH, po zajęciach pracowali nad projektem marzeń. Tak powstał SnapBook, który do dziś stworzył prawie pięć tysięcy foto-albumów. - Miał być najłatwiejszym sposobem na wywołania swoich zdjęć. Zależało nam, aby cały proces był jak najszybszy i wymagał od klienta minimalnej liczby decyzji do podjęcia. Sam produkt to alternatywa zarówno dla typowych foto-albumów, jak i zwykłych zdjęć - opowiada o produkcie pracy zespołu Adrian Skiba.

Własna drukarnia

Zdarza się, że pomysł na biznes zmienia się w trakcie jego realizacji. W przypadku SnapBooka było jednak inaczej, bo kierunek który obrał na początku, okazał się słuszny. Postawił założenie, że rynek wywoływania zdjęć zmierza w kierunku mobile. Jedyne, co chciał przetestować, to jak flagowy produkt przyjmie się i ewentualnie reagować na bieżąco, by dopasowywać go do potrzeb klientów. Teraz chce stworzyć światową alternatywę dla tradycyjnej fotografii. Na każdy produkt ma jednak swój własny pomysł. - W przeciwieństwie do tradycyjnych fotolabów, nie specjalnie chcemy dawać klientowi pole do totalnej personalizacji i tysiąca decyzji do podjęcia - dodaje Patryk Mucha.

Czym jest więc dzisiaj SnapBook? Jednym wielkim placem budowy, bo dosłownie od kilku dni w firmie działa własna drukarnia. - Uznaliśmy, że jeśli chcemy robić coś dobrze, to musimy zrobić to sami. Skompletowaliśmy więc wszystkie maszyny potrzebne do produkcji - opowiada Adrian Skiba. Dodaje, że w trakcie przemian jest też aplikacja, którą zespół przygotowuje do wprowadzenia innych produktów. Od stycznia ma także zacząć funkcjonować strona webowa, przez którą również będziemy mogli zamawiać zdjęcia. A klientów na tego typu usługi młody zespół wyliczył, że jest co niemiara. Szacuje się, że w ubiegłym roku wykonano bilion zdjęć, czyli najwięcej w historii świata.

Świat w obiektywie

Może nam się jednak wydawać, że w dzisiejszych czasach wywołujemy mniej zdjęć niż kiedyś, ale okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie. Jak mówi zespół SnapBooka, dziś wywołujemy dwa razy więcej zdjęć, niż w najlepszych czasach ery analogowej, a trend jest wzrostowy. Liczy, że dzięki tej tendencji wzrostowej znajdzie klientów na swoje usługi. Na razie wywołuje zdjęcia zlecone przez aplikację mobilną, ale SnapBook nawiązał też współpracę z firmami, dla których stanowi wartość dodaną dla ich klientów. Startup powstał ze środków własnych, ale do dalszego rozwoju potrzebował pomocy inwestora. Tego znalazł dosyć szybko i pozwolił m.in. na stworzenie własnej drukarni.

Jakie plany na przyszłość ma warszawski zespół studentów-startupowców? - Być największą globalną aplikacją do wywoływania zdjęć - mówi Skiba. Dzięki aplikacji mobilnej i bezkonkurencyjnej cenie chce przekonać nie tylko mieszkańców Polski do wywoływania zdjęć, ale i całego świata.

Komentarze (0)