Był zawodowym kolarzem, zdobywał trofea, ale przez kontuzje skupił się na handlu. Dziś jest w dziesiątce najbogatszych Polaków, w minutę zarabia 1,3 tys. złotych, a jego majątek sięga 2,5 mld złotych. Dariusz Miłek od dwunastu lat tworzy CCC.

Na zdjęciu: Dariusz Miłek, prezes grupy NG2 | fot. materiały prasowe

W grupie NG2, której Dariusz Miłek jest prezesem, znajdują się takie butiki z obuwiem i galanterią jak CCC, Lasocki, Boti i Quazi. Jego firma powstała w Polkowicach i ma prawie tysiąc sklepów, z czego blisko czterysta za granicą. W swoich oddziałach w Polsce, Czechach i na Słowacji Grupa CCC zatrudnia siedem tysięcy pracowników, a ubiegły rok spółka zamknęła z wynikiem 228,3 mln złotych zysku (dane finansowe Grupy CCC). Historia spółki zaczęła się w 1996 roku od Firmy Handlowej “Miłek”, zajmującej się handlem detalicznym i hurtową sprzedażą obuwia. Później była franczyza “Żółta Stopa”, która przerodziła się w CCC.

Dariusz Miłek przygodę z biznesem zaczął od wyjazdów na zawody kolarskie, podczas których zarabiał kilka pensji miesięcznych rodziców. A robił to w prosty sposób. Zamiast ścigać się z innymi zawodnikami na zagranicznych turniejach, sprzedawał mieszkańcom garnki i kryształowe puchary - trofea z zawodów. Za pieniądze kupował rzeczy, które w czasach transformacji ustrojowej były trudno dostępne w Polsce. Dopiero później dorobił się fortuny na butach, czyli najczęściej reklamowanych produktach na świecie. Poznajcie historię sukcesu Dariusza Miłka, prezesa CCC. 

Trofea kolarskie na sprzedaż

W wieku dwudziestu lat, kiedy był kolarzem, mimo że był w pierwszej dziesiątce w klasyfikacji, potrafił wycofać się z wyścigu, żeby sprzedawać we Francji garnki. – Ktoś musiał za wszystkich kolarzy z naszej grupy sprzedać towar – wspomina w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Dlatego przed trenerem zasymulował chorobę i przez cały wyjazd oferował Francuzom garnki i trofea kolarskie, które sprzedawał jako kryształy. Jeden kosztował 50 dolarów, z wyjazdu potrafił przywieźć do domu ok. 200 dolarów, co było astronomiczną kwotą jak na polskie warunki. Kryształy sprzedawały się później tak dobrze, że postanowił pojechać do hurtowni, by kupić je i sprzedawać za granicą.

Hurtownik miał maszyny, ale nie zajmował się produkcją. – Zaproponowałem mu: robimy biznes, on produkuje, a ja odbieram, ile się da. (...) Sprzedawały się białe, to brałem białe, kolorowe, to kolorowe – dodaje. Rynek jednak szybko się nasycił, więc przedsiębiorca przerzucił się na magnetofony Kasprzak, które sprzedawał w Bułgarii. Za zarobione pieniądze kupił magnetowid i zapraszał sąsiadów na seanse “Rambo”, “Rocky’ego” i “Akademii policyjnej”, za wejście płacili 100 złotych. W jednym dniu potrafił zarobić nawet tysiąc złotych. Pieniądze te przeznaczał na sprzęt do kolarstwa, które stało się jego pasją. Już w pierwszych wyścigach zajmował wysokie miejsca.

Król bazaru

– Robiłem na rowerze ponad 2 tys. km miesięcznie – mówi Miłek. W juniorach wygrywał zawody, ale w wieku 22 lat usłyszał, że musi przestać tyle jeździć ze względu na chorobę “zespołu Gilberta” i zbyt częste kontuzje. Po jednym z wypadków na rowerze przez tydzień leżał nieprzytomny. Szybko wrócił do zdrowia i zajął się handlem. “Maluchem” pojechał za granice, kupił w Austrii zegarki i sprzedał je na pniu na bazarze w Lubinie. Wtedy powiedział sobie: “kurczę, żeby tyle zarobić, musiałbym jeździć cały rok”. Jeździł więc po Austrii i kupował pozłacane sztućce. Później zajął się sprzedażą duralexów, czyli hartowanego szkła, z którego robiono kubki i talerze.

Przyszedł też czas na syntezatory Casio i magnetofony kasetowe. Jak mówi, sukces w czasach bazarowej sprzedaży osiągnął dzięki temu, że myślał szerzej niż inni handlarze. Ci od razu wydawali to, co zarobili. Dariusz Miłek natomiast inwestował w saloniki, w których sprzedawał towar zza granicy. Na jednym bazarze w Lubinie miał 17 stanowisk. – Zostałem królem bazaru. Miałem z 5 proc. jego obrotów – mówi. Szybko dorobił się wtedy pieniędzy, ale popełnił błąd: kupił mieszkanie. – Żałowałem tego, bo gdybym te pieniądze włożył w towar, to po roku miałbym wille – wspomina. Nie udał mu się też interes ze sprzedażą skarpetek. Wtedy spotkał na bazarze handlarza butów. 

Tylko buty

– Zaczął się chwalić, że sprzedaje po 120 par dziennie – mówi. Miłek zapytał go, gdzie kupuje buty na handel, a ten odpowiedział, że w fabryce w Złotoryi i dodał, że teraz nie ma w niej kolejek, bo jest zima i hurtownie nie mają komu sprzedać towaru. Dlatego dostaje się 20 proc. zniżki na zakupy posezonowe. Czasem udaje się kupić buty za 30 zł i sprzedać je za stówę. Dariusz Miłek zaczął dokładnie obserwować kolegę z bazaru i po przeliczeniach wyszło mu, że potrafił on zarobić w jeden dzień sześć tysięcy złotych. – Średnia pensja była wtedy 2 tys., a mój ojciec z kopalni przynosił 4 tys. – wspomina w książce pt. “Łowcy milionów”.

Dzisiejszy prezes CCC wrócił wtedy do domu o 4:30, a półtora godziny później był już w fabryce butów. W ciągu trzech godzin, skompletował sto par, całą rozmiarówkę. Buty kupował za 20 zł, a potrafił je sprzedać za 99 zł. – Od tamtego momentu niczego innego już nie ruszałem. Moi “franczyzobiorcy”, czyli osoby, które prowadziły moje stanowiska na bazarze, zmienili branżę: z zegarków na buty – dodaje. Obuwie od niego kupowali wszyscy mieszkańcy Lubina, potem całego województwa, a nawet Dolnego Śląska. Zyski cały czas inwestował w towar. Kupował nie tylko w Złotoryi, ale też w Kamiennej Górze, Nowej Soli i w Radomiu.

Na zdjęciu: fabryka butów w Polkowicach | fot. materiały prasowe

Butowy dyskont

Podczas kupowania butów w hurtowni poznał innych sprzedawców, którzy zatrudniali przedstawicieli handlowych oferujących dostawę butów do okolicznych sklepów. Jeden z handlarzy kupił “za grosze” od Miłka wszystkie buty, które zalegały mu na magazynie. Gdy dzisiejszy prezes Grupy CCC zobaczył, jak później ludzie ustawiali się w kolejce po buty w sklepie tamtego handlarza wpadł na pomysł stworzenia “Żółtej Stopy”, czyli sieci franczyzowej z tanimi butami. Pierwszy “butowy dyskont” otworzył  w Wałbrzychu w 1995 roku i okazał się strzałem w dziesiątkę. Ludzie ustawiali się w kolejce do sklepu, w miesiąc kupili 17 tysięcy par butów.

Twórca Żółtej Stopy otworzył później kilka kolejnych sklepów, do współpracy zaprosił hurtowników, którzy nie mogli odzyskać pieniędzy od sprzedawców detalicznych.

Mówił im, że jeśli nie potrafili być hurtownikami, niech zostaną detalistami. Polecił im odebranie butów od swoich dłużników i sprzedawanie ich na własną rękę. Poszli na to i otworzyli kolejne sklepy, a wszystkie otwarte w ramach franczyzy, “na gębę”. Gdy pytano Miłka, czy nikt go wtedy nie oszukał, odpowiadał: “Kiedy biznes dobrze idzie, nikomu nie przychodzą do głowy oszustwa. Problemy pojawiają się, kiedy nie idzie”. W półtora roku powstaje 400 sklepów z szyldem “Żółtej Stopy”. Butów potrzebował coraz więcej, dlatego szukał kolejnych miejsc, w których mógł kupić tanio i dużo. Gdy zamknęły się granice rosyjskie i nie przyjmowały już towarów z polskich fabryk, Dariusz Miłek składał im propozycję: 4 złote od pary za wszystko jak leci. 

Pół miliona butów na raz

Musiały się zgodzić, bo syndyk oferował upadłym fabrykom bez zbytu na buty tylko sześć złotych za parę. W ten sposób potrafił kupić np. pół miliona par butów i miał ich tyle, że nie mieściły się w magazynach. – Kończyło się to tak, że handlowałem z magazynu syndyka – wspomina. Wszystkie fabryki butów sprzedawały Miłkowi swoje produkty, a ten zaczął szukać je poza granicami kraju, nie zawsze z dobrym skutkiem. Kiedyś z włoskiej fabryki zamówił 17 tirów butów, które przez słabą jakość trudno było sprzedać, na półkach “Żółtej Stopy” stały dwa lata. Wtedy zastosował jedną z zasad, z którą dzielił się z współpracownikami. 

– (...) mówiłem im: trzy razy „C”, czyli „Cena Czyni Cuda”. Jak nie możesz sprzedać butów po normalnej cenie, sprzedaj je 30 proc. taniej, jeśli to za mało, daj minus 50 proc., a potem minus 90 procent” – mówi w rozmowie z magazynem Forbes. Zainteresowanie tanimi butami nie słabło, ale marże były coraz niższe. Trzeba było stworzyć sklep z prawdziwego zdarzenia. Mimo wielkiego doświadczenia w sprzedawaniu obuwia, dzisiejszy prezes Grupy CCC popełnił wtedy wiele błędów. Wyremontował sklepy “Żółtej Stopy” i otworzył w nich nową markę “CCC”. Klienci chcieli jednak buty za 59 złotych, a nie w lepszej jakości za 200 zł. Zamykał coraz więcej sklepów z szyldem żółtej stopy i otwierał nowe z napisem “CCC”, by klientów przekonać do nowej marki. Na szczęście w wielu lokalizacjach powstały wtedy centra handlowe, które potrzebowały najemców. 

Milion par butów własnej produkcji

W 2001 r. otworzył fabrykę butów własnej marki. Na początku miała to być montownia butów sportowych z częściami zamówionym z zewnątrz. – To miał być szybki montaż. Ale gdzie tam. Większość z tego, co zrobiliśmy, była od razu do przeróbki – wspomina Dariusz Miłek. W pierwszym roku działalności fabryka przynosi straty. Zakład w Polkowicach przekształca się więc w fabrykę butów. Miłek inwestuje w nią 13 mln złotych, ale to nie koniec inwestycji. Pomocy szuka w banku, np. na oclenie obuwia, na które potrzebował pięć milionów. Kolejne 40 mln zł wydał na zabudowanie magazynów, fabryki i sklepów. Produkował wtedy buty pod marką CCC, po roku dobił do miliona par. Później otworzył “Quazi”, sklepy z butami dla bardziej wymagających klientów.

Koszty wyposażenia sklepu, jak i produkcji nie opłacają się. Poszedł więc w drugą stronę i otworzył markę “Boti” z najtańszą kolekcją. Sklepy powstawały najczęściej w małych miastach i sprzedaż szła dobrze, póki nie otwarto w danym mieście sklepu CCC. “Quazi” i “Boti” przyniosły ogromne straty spółce. – Rozwijanie sieci Boti czy Lasocki było błędem. Gdybym od razu postawił tylko na CCC, bylibyśmy dziś dalej – mówi w rozmowie z Biznes.pl. Było ciężko, a ratunkiem okazało się wejście na warszawską giełdę. W 2004 roku przy debiucie cena akcji Grupy CCC plasuje się na 9,5 zł, a po pół roku na 15 złotych za akcję.

– Gdyby debiut nie wyszedł, bylibyśmy dzisiaj bankrutami – mówił w “Polityce” Mariusz Gnych, najbliższy współpracownik Miłka. – Mieliśmy zastawione domy i górę długów. Przeinwestowaliśmy, brakowało nam powietrza – dodał. 

Na zdjęciu: fabryka butów CCC w Polkowicach | fot. materiały prasowe

Centra handlowe, drużyna kolarska i firma produkująca filmy

Z pierwszej emisji akcji udało się spółce wyciągnąć 61 mln złotych, które przeznaczyła na otwieranie kolejnych sklepów. Większość lokalizacji przed rozpoczęciem prac nad wynajmem powierzchni Prezes CCC sprawdza osobiście, ale najpierw wysyła kilku menedżerów. Dlaczego stara się zawsze oglądać, gdzie zostanie otwarty kolejny sklep Grupy CCC? – Inwestuję w sklep 500 tys. zł i podpisuję dziesięcioletnią umowę. Mogę w nim zarobić pół miliona albo stracić 200 tys. To jak mam go nie obejrzeć? – mówił w “Łowcach milionów”. Stawia też na lokalizację i nie boi się przepłacać za nią, bo wie, że klienci idą tam, gdzie im bliżej. Dlatego podziwia sklepy Rossmanna, które zawsze w centrach handlowych mieszczą się przy ciągach komunikacyjnych.

Pieniądze z giełdy przeznaczył na ekspansję zagraniczną. W 2005 roku otworzył sklepy w Czechach i zainwestował w reklamę. Potrafił na nią, dla całej Grupy CCC, wydać nawet 20 mln zł rocznie. Dariusz Miłek postanowił też zainwestować swoje pieniądze w kolejne przedsięwzięcia. Za 9 mln złotych kupił działkę w Lubinie, na której był znany mu z młodych lat bazar. Za kilkadziesiąt milionów złotych postawił tam pierwsze centrum handlowe. Później zbudował kolejną w Inowrocławiu, Kielcach i w Olsztynie. Nie zapomniał też o sporcie i zainwestował ok. 5 mln zł rocznie w drużynę kolarską. Został też głównym sponsorem żeńskiej drużyny koszykowej - CCC Polkowice. W 2008 r. razem z aktorem Piotrem Adamczykiem otworzył studio produkcyjne Aperto Films, które okazało się klapą.

Trzeba kombinować

Pomimo otwierania kolejnych działalności, inwestowania w nowe przedsięwzięcia, dla Dariusza Miłka CCC nadal jest największym źródłem jego dochodów. W 2008 roku sprzedaje 50 tys. par butów dziennie. Nadal inwestuje i otwiera kolejne sklepy nie tylko w Polsce. Po blisko dziesięciu latach od startu CCC otwiera sześć sklepów w Austrii i cztery w Niemczech. Do 2014 roku sprzedaje 35 mln butów w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Dwa mln par butów pochodzi z fabryki w Polkowicach, 3 mln z innych zakładów, a ok. 30 mln par butów z Indii i Bangladeszu. Nie poprzestaje na tym i zyski nadal inwestuje w firmę. Od 2014 roku do 2016 roku na otwarcie nowych sklepów i budowę centrum logistycznego wydaje 200 mln zł.

Firma Dariusza Miłka corocznie osiąga zyski i nadal otwiera się na kolejne rynki zagraniczne (działa w 14 krajach). W minionym roku CCC sprzedało 17,6 mln par butów w Polsce, a 8,6 mln za granicą. W całej grupie zatrudnionych jest blisko tysiąc pracowników. Do końca 2017 roku chce mieć 1 166 sklepów z szyldem “CCC”. Co mówi o swoim sukcesie? – Tak naprawdę nie wymyśliłem niczego oryginalnego. Nie mam jakiegoś opatentowanego produktu, raczej jestem dobrym organizatorem biznesu – mówi w rozmowie z Forbes. Dodaje, że sukces w tej branży polega na ciągłym udoskonalaniu produktu i zarządzaniu setką innych elementów. – To jest tak jak w życiu: nie wystarczy mieć piątki w szkole i być mądrym, trzeba ciągle kombinować – dodaje.

Komentarze (0)