Rosyjskie stacje paliw czeka rewolucja. Na każdej z nich w ciągu piętnastu miesięcy mają obowiązkowo pojawić się punkty ładowania samochodów elektrycznych - taki dekret podpisał Dmitrij Miedwiediew, premier Rosji. Czy to jednak nie za krótki czas, aby przedsiębiorcy przygotowali się do tej zmiany?

Elon Musk, założyciel Tesla Motors, pewnie się ucieszył z decyzji premiera Rosji. Zresztą nie tylko on, bo to jest szansa na zwiększenie zysków dla każdego producenta samochodów napędzanych wyłącznie prądem, a przynajmniej dla przedsiębiorstw sprzedających dystrybutory dedykowane wozom elektrycznym. Mowa o decyzji podjętej przez Dmitrija Miedwiediewa, premiera Rosji, który na początku tego tygodnia podpisał dekret zobowiązujący właścicieli stacji pali do wyposażenia ich w punkty ładowania pojazdów elektrycznych.

Od 1 listopada 2016 roku na rosyjskich stacjach popłynie prąd

Chodzi między innymi o to, żeby “kraj gazem płynący” był bardziej przyjazny dla środowiska, czyli po prostu ekologiczny. W każdym razie klamka już zapadła, a rosyjscy przedsiębiorcy trudniący się sprzedażą benzyny i ropy zostali postawieni przed faktem dokonanym. Zgodnie z dokumentem podpisanym przez Miedwiediewa mają oni czas do 1 listopada 2016 roku, aby uzbroić wszystkie swoje stacje paliw w dystrybutory przeznaczone dla kierowców posiadających auta napędzane prądem.

I jak każda decyzja ma plusy i minusy, to ta na pierwszy rzut oka zdaje się mieć więcej minusów. Bo jak w tak krótkim czasie przeprowadzić tak kosztowną inwestycję? Skąd wziąć na to pieniądze? I przede wszystkim, gdzie znaleźć klientów na “tankowanie” prądu? Te pytania zapewne krążą od poniedziałku po głowach rosyjskich przedsiębiorców. Dla przykładu, żeby kupić ładowarkę dla samochodów elektrycznych firmy Nissan właściciel stacji paliw musi wydać około 32 tysięcy złotych. Pomimo - wydaje się - niskiej ceny nie dla każdego biznesmena będzie ona przystępna.

Tańsze ładowarki napełnią akumulatory w ciągu 10 godzin

Co wtedy? Przedsiębiorcy będą działać „ad hoc” i kupować tańsze rozwiązania oferowane przez innych producentów. Idąc w myśl zasady „taniej nie znaczy lepiej”, decyzja Miedwiediewa może odbić się czkawką wśród kierowców będących za kółkiem elektrycznego wozu, bo ładowarka kupiona za grosze oczywiście doprowadzi pojazd do stanu używalności, ale w znacznie dłuższym czasie, który może wynosić nawet do 10 godzin.

Znaczyłoby to wówczas, że samochody elektryczne są przeznaczone jedynie dla naprawdę cierpliwych osób, a całe zamieszanie z punktu widzenia właściciela stacji paliw jest nie warte zachodu. Bo nawet zakładając, że któryś z rekinów rosyjskiego biznesu wyposaży swoje punkty sprzedaży benzyny i ropy w pięć dystrybutorów, to w ciągu doby ile pojazdów zdąży się naładować dziesięciogodzinnym trybem?

Zaledwie 500 aut napędzanych prądem porusza się po rosyjskich drogach

Kolejna rzecz jest taka, że za naszą wschodnią granicą nie ma specjalnie dużo aut napędzanych prądem. Jak podaje serwis Onet, po tamtejszych drogach porusza się zaledwie 500 takich pojazdów, a w ubiegłym roku jedynie 140 samochodów elektryczny znalazło swoich nowych właścicieli. To mało, jak słusznie zauważono w artykule, biorąc pod uwagę, że w Rosji żyje 144 miliony obywateli.

Inicjatywa mimo kilku punktów zapalnych - krótki czas realizacji i znikoma liczba kierowców - nie jest zupełnie pozbawiona sensu. Należałoby jednak w pierwszej kolejności przygotować swoich rodaków, do powyższej zmiany i zastanowić się może nad skuteczniejszą metodą przekonania ich do zakupu ekologicznych wozów. Żeby tylko za piętnaście miesięcy nie doszło do sytuacji, w której Miedwiediewa rozłoży ręce i powie: „Mamy stacje, a samochodów ani widu ani słychu”.

Komentarze (0)