... ... ...

Za 15 lat będziemy światowym centrum biotechnologii. Potrzebujemy tylko inkubatorów – Jarosław Oleszczuk (AstraZeneca)

Dodane

30-05-2017

Adam Sawicki
– Moim zdaniem w Polsce mamy dużo ciekawych pomysłów, ale finalnie mało wynalazków – mówi prezes Zarządu AstraZeneca Pharma Poland Jarosław Oleszczuk. Aby zwiększyć ich liczbę, potrzebujemy stworzyć infrastrukturę badawczą i inkubatory. Wówczas za 15 lat będziemy światowym centum biotechnologii.

Na zdjęciu: Jarosław Oleszczuk, prezes Zarządu AstraZeneca Pharma Poland | fot. materiały prasowe 

Firma farmaceutyczna AstraZeneca Pharma Poland podjęła niedawno decyzję o rozbudowie Globalnego Centrum Operacyjnego Badań Klinicznych w Warszawie. Ma nadzieję, że dzięki temu sprawniej i efektywniej będzie robić badania kliniczne w Polsce. Zdaniem jej prezesa, Jarosława Oleszczuka, mamy szansę na to, aby stać się światowym centrum biotechnologii. Rozmawiamy z nim między innymi jakie warunki powinny zaistnieć, żeby tak się stało oraz jaką rolę w tym procesie odegrają startupy.

Czy Polska ma szansę, aby stać się światowym centrum biotechnologii?

Wierzę, że tak i chciałbym, by tak się stało. Wymaga to jednak wspólnego wysiłku wielu osób i instytucji, jak również czasu - około 10 - 15 lat ukierunkowanych działań ze strony rządzących.

O jakich działaniach mówimy?

Przemysł biotechnologiczny nie może istnieć bez wynalazku i przełomowych badań. Każdy lek, który ratuje ludzkie życie, ma swój początek w laboratorium badawczym, a następnie, już jako odkrycie, staje się przedmiotem publikacji naukowej. Takich publikacji w naszym kraju powstaje stopniowo coraz więcej.

Największym wyzwaniem dzisiaj jest przejście do kolejnego etapu „życia” odkrycia naukowego, czyli do jego komercjalizacji. Moim zdaniem w Polsce mamy dużo ciekawych pomysłów, ale finalnie mało wynalazków. Wskaźnik ten jest jednym z najniższych w Europie, co oznacza, że istnieje pewnego rodzaju rozdźwięk między działaniami badaczy na uniwersytecie i publikacją naukową a wdrożeniem danego odkrycia naukowego.

Niemałym wyzwaniem jest także etap badań translacyjnych. W uproszczeniu polegają one na przetłumaczeniu danego wynalazku na język możliwych zastosowań klinicznych, ważnych dla poprawy zdrowia człowieka. Mówiąc obrazowo, na tym etapie na przykład, podajemy lek myszy i obserwujemy, jaka jest jej reakcja na zastosowany specyfik. Warto zaznaczyć, że jest to ciągle etap badań doświadczalnych. Po upewnieniu się, że dane odkrycie działa i nie jest toksyczne, można rozpocząć procedurę składania wniosku do komisji bioetycznej i agencji regulacyjnych oraz  zainicjować badania kliniczne z udziałem ludzi. To przełomowy etap dla każdego procesu badawczego. 

Co należy zrobić, aby zwiększyć liczbę sukcesów w prowadzeniu badań klinicznych?

Należałoby przede wszystkim konsekwentnie niwelować pewnego rodzaju przepaść powstającą w przestrzeni między odkryciem a publikacją naukową oraz publikacją a komercyjną aplikacją danego odkrycia. Aby zmienić taki stan i tym samym zapewnić ciągłość procesu rozwoju wynalazku, warto albo kształcić własne kadry naukowe, albo ściągać do Polski dobrych naukowców z dorobkiem, którzy finalnie stworzą zespoły badawcze. Jeden taki naukowiec mógłby stworzyć nawet 10 zespołów pracujących nad trzema projektami. Jeśli mielibyśmy 10 naukowców, to w efekcie pracowaliby łącznie nad 300 projektami.

A  co z Polakami, którzy wyjeżdżają pracować zagranicę?

Trzeba się zastanowić, co zrobić, aby i w Polsce zapewnić konkurencyjne warunki pracy w tym obszarze. Należy przy tym przeanalizować, co faktycznie przyciąga osoby o dużym potencjale lub z dorobkiem naukowym do pracy w krajach Europy Zachodniej czy USA. Przykładowo, na Uniwersytecie Cambridge nad przełomowymi badaniami pracuje około dwudziestu noblistów. Wracamy więc do punktu wyjścia: aby prowadzić przełomowe badania u siebie musimy konsekwentnie rozwijać rodzimych, młodych naukowców lub ściągać dobrych naukowców z zagranicy. Doświadczenia dużych międzynarodowych korporacji niejednokrotnie udowadniają, że taki model również się sprawdza. Tzw. ekspaci, czyli obcokrajowcy, którzy przyjeżdżają do Polski, żeby zarządzać naszymi firmami, dokonali takiego wyboru z jakiegoś powodu, przekonania. Mogli na przykład wyjechać do Stanów Zjednoczonych, ale wybrali Polskę. Z naukowcami może być podobnie, trzeba tylko zastanowić się, jak ich do tego przekonać, zachęcić. Na początek można o to spytać samych naukowców za pośrednictwem mediów społecznościowych, choćby portalu LinkedIn.

Bardzo dobrym przykładem jest Selvita, spółka biotechnologiczna z Krakowa zatrudniająca ponad 100 osób z tytułem doktora uzyskanym na zagranicznej uczelni. Udało jej się przekonać niemałą grupę polskich imigrantów do powrotu do kraju i to niekoniecznie względami finansowymi. Niewątpliwą zachętą była możliwość tworzenia własnych zespołów badawczych i realizacja przełomowych projektów. Naukowcy mają misję i chcą zmieniać historię medycyny.

Co potem?

Mamy za sobą zakończony etap badań klinicznych i wynalazek – nowy lek może być stosowany u konkretnej populacji chorych. Proces ten trwa od 3 do 7 lat i według różnych źródeł, kosztuje od 100 milionów do 500 milionów dolarów. Ryzyko niepowodzenia jest niemałe, bo z dziesięciu projektów średnio tylko jeden osiąga sukces i wchodzi na rynek.

Chciałbym podkreślić, że mając do dyspozycji dużą liczbę projektów, na przykład 300, jest łatwiej osiągnąć sukces. Dzisiaj bez wątpienia warto zadbać o swoisty marketing polskiej myśli biotechnologicznej - będziemy przecież konkurować z Uniwersytetem Cambridge, gdzie jest dwudziestu noblistów i Uniwersytetem Harvarda, gdzie noblistów jest stu. Aby tego dokonać, trzeba być aktywnym i ciągle widocznym - może warto rozpocząć prace nad tworzeniem pierwszych inkubatorów biotechnologicznych w Polsce (np. na wzór belgijskich) oraz zwiększaniem obecności Polski na międzynarodowych targach biotechnologicznych (European Biotech, Biotech International). Na pewno potrzebne jest większe zrozumienie i  zaangażowanie w tym obszarze  ze strony najwyższych władz państwowych.

Następnie należy zainteresować inwestorów, zwłaszcza zagranicznych. W Polsce bowiem nie ma podmiotów, które są w stanie zainwestować miliard dolarów, czyli tyle, ile mniej więcej potrzeba, aby sfinansować dziesięć projektów naukowych. Potrzeba wreszcie większego zainteresowania ze strony innowacyjnych firm farmaceutycznych, takich jak AstraZeneca. Realizujemy dzisiaj globalnie 133 projekty, będące w różnych fazach badań klinicznych i zakup kilku kolejnych – z potencjałem – może być dla nas godny uwagi.

Jaką rolę w tym procesie odgrywają startupy?

Najważniejszą. Musimy tylko przekonać naukowców, że warto je tworzyć. Jeśli popatrzymy na brytyjskie i amerykańskie startupy to zauważymy, że zwykle uruchamiają je młodzi naukowcy, których profesor-mentor zachęciły do stworzenia pierwszego spin-off. W Polsce dla naukowców najważniejsze są publikacje naukowe, bo ich ilość ma wpływ na ocenę ich dorobku zawodowego zatem potrzebna jest też zmiana generalnego podejścia do rozwoju i oceny myśli naukowej. 

Musi więc zajść zmiana mentalna.

Zmiana mentalna to jedno. Potrzeba nam historii sukcesów, potrzebujemy Adama Małysza w świecie biotechnologii. Siedemnaście lat temu był praktycznie sam w dziedzinie skoków narciarskich, a dzisiaj mamy już cały zespół zawodników, którzy zdobywają medale. Naukowcy potrzebują takiej osoby, kogoś kto ich zainspiruje, kto ich intelektualnie poprowadzi i da świetny przykład. 

Do tego przyda się ekosystem i inkubatory. Dlaczego w segmencie polskiej biotechnologii nie powstają?

Inkubatory to nie tylko laboratoria, ale także prawnicy znający się na prawie własności intelektualnej oraz badacze, którzy dokonają syntezy chemicznej. Kiedy rozmawiałem z dyrektorem generalnym jednego z brytyjskich startupów, powiedział, że w Cambridge powstała interesująca inicjatywa. Młodzi naukowcy zgłaszali się z szalonymi pomysłami, bo tylko takie były poszukiwane, a komitet doradzał, co należy zrobić, kogo poprosić o pomoc.

Pana zdaniem jak powinny funkcjonować takie inkubatory?

Przede wszystkim muszą być oparte o infrastrukturę badawczą. Muszą mieć laboratoria i nie mówię tylko o tych uniwersyteckich, ale zwłaszcza o laboratoriach, gdzie naukowcy będę mogli pracować w ramach spółek spin-off, mechanizmu transferu najnowszych technologii. Kolejny element – interakcji i wymiany myśli - można już budować wirtualnie, bo nie musimy spotkać się na „burzę mózgów” w Warszawie, tylko na przykład za pośrednictwem Skype’a.

W tym całym procesie ważna jest także szybkość. W innowacyjnej branży farmaceutycznej trwa wyścig i każdy chce być pierwszy. Nie mówi się już o tym, że na wprowadzenie leku na rynek potrzeba 10 lat, bo dzisiaj ten czas jest krótszy. Jako komercyjna firma dostarczamy wynalazki, ale także musimy zarobić na kolejne badania. W AstraZeneca globalnie inwestujemy 25 proc. przychodu ze sprzedaży w R&D, przy czym średnia dla Polski to 1,1 proc. Nie ma sektora, który inwestuje średnio 10 proc. Nawet firmy high-tech nie mają takiego wskaźnika.

Sprzyja to firmom i pacjentom?

Pacjentom na pewno, firmom w zależności od przypadku. Reprezentuje firmę innowacyjną i dla nas to lepiej, bo obecnie konkretny proces, który przeprowadzamy w rok, kiedyś zajmował na przykład 10 lat. Chcąc nie chcąc, zmienia się więc nasze podejście do procesów i optymalizacji biznesu. O wiele szybciej niż przed laty wprowadzamy nasze leki na rynek, udostępniając je chorym. Ostatnio w przypadku jednego obszaru terapeutycznego w onkologii zrobiliśmy to w 28 miesięcy. Oznacza to, że firma, która dzisiaj wprowadziła lek do badań klinicznych, już w 2019 roku może mieć szansę, by z sukcesem wprowadzić go na rynek. To naprawdę fascynująca ewolucja.

Istotna jest też zmiana podejścia regulatorów na świecie - wiele agencji regulacyjnych, które dopuszczają leki do stosowania klinicznego u ludzi, ze względów etycznych, nie czeka do otrzymania wyników trzeciej fazy badań klinicznych, jeżeli już w ich trakcie okazuje się, że lek jest przełomowy. Pozwalają one na przyspieszone wdrożenie takiego leku i obserwują doniesienia z dalszych etapów klinicznych. Jeśli okaże się, że wyniki badań z drugiej fazy nie zostały potwierdzone przez trzecią fazę, wtedy taki lek mogą wycofać z rynku.

AstraZeneca zdecydowała ostatnio o rozbudowie Globalnego Centrum Operacyjnego Badań Klinicznych w Warszawie. Co to znaczy dla Pana firmy? 

Tyle, że chcemy robić badania kliniczne sprawniej, szybciej i efektywniej. Oznacza to także, że Polska jest dla nas strategicznym obszarem, skąd nadzorujemy większość globalnych badań. Do tego zwiększymy zatrudnienie w całej organizacji z ponad 760 osób do blisko 1150. Rekrutujemy ludzi na atrakcyjne stanowiska, których nie ma dzisiaj w ofercie żadna inna firma farmaceutyczna w Polsce. Poszukujemy na rynku wielu specjalistów, ale także jesteśmy otwarci na zatrudnianie osób o wysokim potencjale do dalszego rozwoju – chcemy jednocześnie kształcić wybitnych specjalistów w dziedzinie badań klinicznych. Oczywiście jesteśmy świadomi, że nasi uzdolnieni pracownicy będą dostawać w przyszłości propozycje pracy w Stanach Zjednoczonych i Szwajcarii.

Jak więc ich zatrzymujecie? 

Po pierwsze, chodzi o zapewnienie doskonałej atmosfery pracy. Po drugie, aby znaleźć podobne stanowisko, trzeba wyjechać z kraju, a nie każdy jest na to gotowy. Po trzecie, nasi pracownicy identyfikują się z tym, co robią, a nierzadko są częścią przełomowych dokonań; mogą powiedzieć swoim bliskim na przykład, że pracowali przy leku, który leczy raka płuc. 

Jak dalej będzie Pan rozwijać firmę? 

Chciałbym, aby nasze innowacyjne leki były dostępne szerzej i szybciej dla pacjentów w Polsce. Chciałbym również zainspirować decydentów AstraZeneca, aby utworzyli tu laboratorium z bogatym zapleczem infrastrukturalnym i umieścili kilku naukowców, którzy stworzą profesjonalne zespoły badawcze. Na razie jednak nie jesteśmy na tzw. radarze, ale myślę, że w ciągu 2-3 lat się to zmieni. Do tego będę dążył.

Komentarze (0)