Alicja Szwinta-Dyrda nie mogła znieść tego, że w reklamach i różnych "sponsorowanych" portalach udziela się niepoprawnych informacji na temat produktów przeznaczonych dla dzieci. Postanowiła to zmienić i stworzyć serwis ekoparentingowy, który odwiedza 350 tys. unikalnych użytkowników miesięcznie. Jak zdobył tak duże zainteresowanie?

Jaka jest geneza serwisu? Po co powstał?

Jak wiele biznesów “dzieciowych” powstał z własnej potrzeby. Kiedy urodziłam pierwszego syna, w polskim internecie nie było żadnych informacji dotyczących ekorodziclelswa. Widziałam natomiast jak ten nurt rozwija się w Niemczech. Postanowiłam zrobić pierwszy w Polsce serwis ekoparentingowy.

Pierwszym krokiem było stworzenie prostego bloga, w którym publikowałam treści swoje oraz specjalistów z tej dziedziny. Ten model pozyskiwania redaktorów i tworzenia wspólnie wartościowej treści (natemat, salon24, medium) w tamtych czasach był pionierski. Blog przerodził się w dojrzały serwis parentingowy.

Serwis powstał, żeby pokazać polskim rodzicom, że mamy alternatywę, że nie musimy wychowywać dzieci tak, jak pokazuje nam to telewizja czy komercyjne poradniki wychowawcze, żeby ufać sobie i szukać zdrowych i naturalnych rozwiązań w codziennym byciu z dzieckiem.

Telewizja i komercyjne poradniki wychowawcze pokazują zły model? Jak nie powinniśmy wychowywać dzieci?

Tak, właśnie tak. Nie znam telewizyjnej reklamy produktu skierowanego dla dzieci, który byłby faktycznie dla nich odpowiedni. Serki dla dzieci wcale nie wzmacniają kości, soki to słodzone napoje, pełnowartościowe śniadanie, czyli krem czekoladowy, to cukier i olej palmowy na kanapce! A farmaceutyki, najczęściej podawane w nadmiarze, w rzeczywistości obniżają naturalną odporność dzieci. Takich przykładów można mnożyć.

Te reklamy po prostu oszukują, wprowadzają rodziców w błąd. Dobrze, jeśli są oni dociekliwi i sprawdzają prawdziwe właściwości tych produktów. Jednak co z tymi, którzy reklamom wierzą albo przymykają na nie oko? Koszty w dużej (ale też i tej małej, rodzinnej) skali są gigantyczne. Ich potomstwo jest zagrożone alergiami, cukrzycą, nadwagą, czyli chorobami nazwanymi dzisiaj cywilizacyjnymi. Pożywienie przez wieki było dla człowieka naturalną ochroną przed chorobami. Dziś kiedy jemy głównie produkty przetworzone, wyprodukowane w ultra efektywnych fabrykach, utraciliśmy tą naturalną ochronę, w efekcie czego mamy choroby, na które cierpi cała nasza cywilizacja, a najbardziej dzieci.

Podobnie sprawy się mają z poradnikami, które zalegają na półkach w księgarniach. “Jak zrobić z dziecka małego geniusza?”, “Jak nauczyć spać samodzielnie w łóżeczku?”, “Jak sprawić, żeby dziecko było grzeczne?”, “Jak przez “wypłakanie” sprawić by nie płakało”. To są metody tresowania dziecka, czasami bardzo okrutne, przedmiotowe, nastawione na szybki efekt. Nie mają one nic wspólnego ze współczesną psychologią, neuropsychologią, nie są też - paradoksalnie - oparte na doświadczeniu z przeszłości.

My natomiast pokazujemy ten obraz zupełnie inaczej, nie odkrywamy niczego nowego i nie głosimy objawionych prawd wychowawczych. Wystarczy wsłuchać się w swoje potrzeby i potrzeby dziecka. Uwierzyć, że to co podpowiada nam natura jest dobre i właściwe dla naszych relacji z dzieckiem. Bliskość, szacunek oraz miłość, którą każdy rodzic posiada, wystarczą.

Jak takie serwisy wyglądają za granicą?

Jakiś czas temu serwisy zagraniczne (głównie amerykańskie) były dla nas pewnego rodzaju inspiracją. W USA czy krajach skandynawskich serwisy eko-parentingowe były i nadal są serwisami mainstreamowymi. Jednak od dwóch, trzech lat “content” eko-parentingowy ewoluował i podzielił się na dwa skrzydła. Jedno to społeczność matek, czyli serwisy oparte na relacjach, a drugie to bardziej horyzontalne serwisy life-stylowe dla kobiet czy całych rodzin. Te dwa modele są wypadkową komercjalizacji trendu "eko" w internecie. Nie ma natomiast - lub ich nie znam - serwisów, które pobierałyby płatności za dostęp do treści.

Kiedy spotkaliśmy się z jednym ze szwedzkich wydawców prasy, serwis dziecisawazne.pl został oceniony jako pewnego rodzaju ewenement. Zachęcali nas (było to dla nich naturalne, a dla nas - wtedy - nieskończenie nierealne) do przetłumaczenia naszych treści na język angielski i działania w skali globalnej. To co nas wyróżnia to radykalność, na którą nie mogą sobie pozwolić serwisy “eko” ze Stanów. Mówimy, że szczepienia są złe, a homeopatia dobra (oczywiście upraszczam), ale te nasze przekonania drażnią ogromne lobby i ta postawa w mediach, większych niż blogi, jest unikalna. Niezależnie od poglądów większości na te tematy, zawsze dobrze jest kwestionować status quo, szczególnie takie status quo, które służy interesom bogatym korporacjom farmaceutycznym.

Są jakieś różnice w zaangażowaniu Czytelników w serwis? W Niemczech się częściej komentuje niż w Polsce?

Nasza komunikacja z użytkownikami praktycznie w całości przeniosła się do Facebooka. Nasi użytkownicy, czy w większości - użytkowniczki, są bardzo zaangażowane. Kiedy porównamy ilość lajków pod każdym artykułem na naszym serwisie z amerykańskimi, nawet tak znanymi jak Hufftington Post, zobaczymy, że mamy ich średnio kilkakrotnie więcej. Największe nasze “hity” osiągają kilka tysięcy lajków. To jest ogromny potencjał do zagospodarowania, pewnie dlatego część serwisów contentowych dla matek w USA i UK poszła w stronę budowy społeczności.

Ile użytkowników odwiedza dziecisawazne.pl?

W tym momencie serwis odwiedza ponad 350 tys. unikalnych użytkowników miesięcznie i wskaźnik ten rośnie w tempie 5 - 10% na miesiąc. Trzeba wziąć pod uwagę, że jest to serwis niezależny, nie stoi za nim żaden wydawca, a cały ruch generowany jest organicznie. Nasze plany na 2014 rok to 500 tys. UU.

Mam świadomość tego, że nasz projekt jest niszowy. Jednak ruch dawno już przekroczył wielkość niszy ekoparentingowej w Polsce, którą szacuję na 100 - 150 tys., a to oznacza, że nasze idee mają realny wpływ na cały krajowy rynek parentingowy, czyli faktycznie na to, jak wychowujemy i pielęgnujemy nasze dzieci. Wokół dziecisawazne buduje się społeczność, mamy największy (36 tys. fanów) niereklamowy fan page rodziców w Polsce (dwa razy więcej niż np. fan page edziecka Agory).

Kolejny raz wspomina pani o tym, że dziecisawazne to “niereklamowa” społeczność. Co jest złego w tym, że serwis ma partnera powiązanego z tematyką, o której pisze?

Nic, jeśli jest to partner, dla którego są ważne podobne kwestie jak dla nas. Jest eko, fair, promuje zdrowie… W przypadku fan page’a chodzi o to, że jest to społeczność ludzi poszukujących, a nie kupujących! Nie jest to fan page produktu czy marki komercyjnej, jakich sporo.

W jaki sposób zebrali państwo taką rzeszę czytelników? Jak reklamowany był serwis dziecisawazne.pl?

Nie wydaliśmy na reklamę ani złotówki. Nie mieliśmy też nigdy partnera contentowego, który w zamian za treści oferowałby nam ruch. Od kilku lat publikujemy treści, które są ważne dla czytelników, dla matek i ojców. Również takie, których nie znajdą nigdzie indziej. Często jest tak, że piszemy o czymś, co po kilku miesiącach, czy roku staje się trendem. Mamy już wtedy ugruntowaną pozycję w Google, wiec spora część tego zainteresowania trafia do nas.

Na przykład da się zauważyć, że praktycznie w każdym sklepie spożywczym można dostać obecnie mąkę razową, orkiszową itd. Trzy lata temu był to towar głęboko schowany na półkach sklepów ekologicznych. Ludzie w pewnym momencie zaczęli masowo się interesować tym, dlaczego zwykła mąka pszenna jest niezdrowa (to też uproszczenie), czym można ją zastąpić, co to jest orkisz itd. Rynek zareagował udostępniając te produkty w szerokiej dystrybucji. Pisaliśmy o tym jeszcze przed tą falą zainteresowania, a jest to tylko jeden z przykładów.

Czym jest reklama idealna?

Wydaje mi się, że znaleźliśmy sposób na reklamę idealną. Albo przynajmniej najlepszą jaką znamy. Jest to wprowadzona przez nas niedawno “reklama natywna”. Jej zaletą jest to, że korzystają na tym wszystkie strony: klient, ponieważ efektywnie dociera do odbiorców, wydawca ponieważ publikuje wartościową treść w serwisie oraz sam czytelnik, ponieważ to, co dostaje jest dla niego interesujące i angażujące i to nie na zasadzie rozrywki, ale autentycznej wartości i wiedzy, którą otrzymuje.

Naszym pierwszym “wdrożeniem” była kampania dla jednego z najlepszych wydawnictw dla rodziców. Przybliżaliśmy treści i idee właśnie wydawanej książki, przeprowadziliśmy wywiad z jego autorem, opisywaliśmy samo wydawnictwo (również od strony biznesowej, jako pewnego rodzaju case study kobiecego biznesu), pokazywaliśmy już wydane książki itd. Cały miesiąc poświęcony był książkom i tej konkretnej marce. Opowiadaliśmy pewną historię, wszystko bez ani jednego baneru, czy linka “Kup natychmiast”. Myślę, że przyniosło to konkretną korzyść i sporo nowych czytelników.

Rozumiem, że każda z takich “reklam natywnych” jest wyraźnie oznaczona, że jest to artykuł reklamowy?

Oczywiście. Chociaż w tym przypadku reklama ma tutaj trochę inne znaczenie. Określiłabym, że jest to nieinwazyjna treść, którą czytelnik decyduje się przeczytać jeśli uzna, że jest dla niego użyteczna, ciekawa.

Jak sprawdzane jest to czy produkty od reklamodawcy są zdrowe i godne polecenia Czytelnikom?

Mamy tak surowe warunki współpracy, że czasem trudno zrozumieć potencjalnym reklamodawcom dlaczego odmawiamy. Przykładem może propozycja promocji suplementu diety wykonanego z naturalnych składników. To był przypadek dla nas graniczny, jednak odmówiliśmy, ponieważ jesteśmy sceptyczni suplementacji diety i wiele wysiłków wkładamy w to, aby przekazać ludziom, że zdrowa, naturalna dieta jest podstawą ich funkcjonowania w świecie. Że dieta przez wieki gwarantowała ludziom zdrowie, czyli wartość, którą teraz “gwarantują” nam korporacje farmaceutyczne i ich najlepiej sprzedającym się produktem - tabletką.

Oczywiście nie wszystkie produkty obejmujemy tak radykalnym filtrem. Wpieramy też rozwój dzieci i rodziców. Dlatego jesteśmy otwarci na inne, ale wartościowe produkty. Jak kreatywne zabawki, książki itd. opublikowaliśmy już blisko 250 recenzji takich produktów. A wracając do modelu biznesowego - recenzje w naszym serwisie są płatne.

Jaki macie model biznesowy przedsięwzięcia?

Coraz więcej sprzedajemy reklamy contentowej - poświęcamy temu dużo energii, ale efekty są świetne. Oczywiście oferujemy też kampanie banerowe. Przyjęliśmy pewne zasady co do reklamodawców - nie reklamujemy korporacji i firm sprzedających, naszym zdaniem, niezdrowe, nienaturalne produkty. Nie ma u nas producentów mleka modyfikowanego, nie ma farmaceutyków (żadnych!), nie ma pieluch jednorazowych, nie ma słoiczków, słodyczy, nie ma grających i “wszystkomających zabawek”. Producenci tych produktów niezliczoną ilość razy próbowali nakłonić nas do ich zareklamowania, zapraszają nas do odwiedzin ich fabryk czy na koncerty. Odmawiamy.

Ile osób tworzy dziecisawazne.pl?

W tym momencie cztery osoby na “etacie”. Oprócz tego współpracujemy z ok. 300 autorami tekstów. Czasami pomaga mój mąż Michał Dyrda (Vocabla.com) - on wie najwięcej o internecie z nas wszystkich.

Na jakie problemy napotkaliście na początku?

Na początku nie widziałam wcale problemów. Głównie dlatego, że nie zależało mi na zarabianiu pieniędzy. Kiedy sprzedaliśmy pierwszą reklamę czułam się naprawdę źle. Teraz widzę to trochę inaczej. Bez zarabiania serwis nie może się rozwijać. A trzeba przecież zapłacić pracownikom, zapłacić za serwer, za ZUSy i wiele innych wydatków.

Inne problemy - robimy dużo eksperymentów i contentowych i internetowych (np. zmieniamy szatę graficzną i UX średnio co rok). Jedne wychodzą, inne nie… Jednak ciągle próbujemy dostarczyć czytelnikom naprawdę wartościową treść. Największym problemem jest jednak świadomość większych graczy na rynku ekoparentingowym. Jesteśmy największym medium przekazującym idee zdrowia, bliskich i autentycznych relacji z dzieckiem, wartości karmienia piersią, naturalnego pożywienia itd. Kształtujemy świadomość rodziców sami, bez pomocy dużych “ekologicznych partnerów” i brak wspólnych skoordynowanych działań jest największym naszym problemem.

Z jakich środków powstał serwis i ile kosztował?

Sfinansowaliśmy serwis z własnych pieniędzy, właściwie bardziej wkładając w to własny czas i know-how niż gotówkę. Oczywiście nie osiągnęlibyśmy takiej pozycji bez wsparcia już ponad 300 autorów treści. Specjalistów, dziennikarzy, naukowców, pedagogów, psychologów, lekarzy i położnych.

Z chęcią powitalibyśmy w naszym zespole inwestora. Czekamy jednak na czas, gdy fascynacja inwestorów projektami globalnymi osłabnie i łaskawiej spojrzą na potencjalnie mniejsze, ale za to działające na rynku o 50% dynamice wzrostu projekty, jak dziecisawazne.pl.

Czy jesteście już rentowni?

Tak, jesteśmy. Nasze przychody nie są duże, jednak od ponad dwóch lat nie dokładamy do serwisu.

W jakim kierunku teraz zmierza serwis? Gdzie planują państwo być za pięć lat?

Mamy dwa sprzeczne scenariusze. Od kilku lat poszukiwaliśmy jakiegoś modelu biznesowego, który pozwoli nam się rozwijać i mieć realny i bardzo silny wpływ na polską rzeczywistość - od sposobów wychowania naszych dzieci, do tego jak wyglądają nasze domy i ulice. Wreszcie po latach wypracowaliśmy sobie taki model. Pozbyliśmy się też myślenia “w małej skali”. Jeśli uda nam się to co planujemy, to za pięć lat będziemy sporo warci.

Drugi to zupełnie przeciwny scenariusz związany z rozwojem osobistym i spojrzeniem na to, co robimy z innej, szerszej perspektywy. Na tym przecięciu pozornie przeciwnych scenariuszy budujemy nasz serwis od kilku lat. Wynika z niego, że przez kolejne pięć lat, na pewno nie będziemy się nudzić.

Komentarze (0)