- Nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie Taxi5 - powiedział nam Tomasz Popów, właściciel Akceleratora Lift-OFF. Uważa, że błędy które popełnił przy pracy dla tej spółki, tylko go ukształtowały. Dowiedz się, jak ten seryjny przedsiębiorca podchodzi do biznesu i co jego zdaniem najbardziej kształtuje przedsiębiorców.

Poniższa rozmowa jest drugą częścią wywiadu z Tomaszem Popów, seryjnym przedsiębiorcą. Przed przeczytaniem poniższej części, zalecamy zajrzenie do poprzedniej.

Ten, co przestaje popełniać błędy, tracić pieniądze, przestaje się uczyć?

Jest jeden typ ludzi, którzy nie popełniają błędów: ci, którzy nie robią nic. Siedzą przed telewizorem i przerzucają kanały. Oni nie popełniają błędów, ale często są największymi krytykami. Tych, co popełniają błędy darze dużym szacunkiem. Na te kilka rzeczy, które mi wyszło zrobiłem mnóstwo, które mi nie wyszły.

Jakbym miał Ci wypominać, to wydałeś sto tysięcy złotych na nieudaną promocję Taxi5.

Pewnie tak. Choć być może sto tysięcy złotych padło, bo to okrągła sumka i ładnie w poście wygląda.

Kolejny błąd dotyczy tego, że zlekceważyłeś dyrektora inwestycyjnego i potraktowałeś jak urzędnika. Co jeszcze masz zapisane w zeszycie błędów, który prowadzisz?

Ostatni wpis dotyczy tego, żeby nie inwestować w spółki, która nie ma lidera, a jest jakiś lider zastępczy, albo dochodzący, albo liczymy na to, że będzie. Inwestuje się w ludzi, ludzi i tylko w ludzi. Te pomysły się później siedem razy zmieniają, ale to ludzie robią projekty. 

Pracę w Taxi5 określiłbyś jako porażkę?

Określiłbym jako mój największy sukces przy pozyskiwaniu finansowania, ale jako największą porażkę wykonawczą.

Żałujesz, że nie kierujesz już tym projektem, czy traktujesz jak przeszłość?

Przeszło mi, nie żałuje. Nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie Taxi5. To mogę powiedzieć na sto procent. Tak się złożyło, chłopaki się rozwijają, ja im życzę wszystkiego najlepszego.

Założenie Akceleratora LIFT-OFF nie było Twoim “planem B”?

Nie, moim najważniejszym planem w Taxi5 było doprowadzenie do sytuacji, w której spółka mogłaby iść w jednym kierunku. Jeżeli masz silne osobowości w firmie i każda ciągnie sukno w swoją stronę, to musisz doprowadzić do sytuacji takiej, żeby spółka mogła się po prostu rozwijać. Za cenę, czasami, odejścia wspólnika, bądź Ciebie. A tu była akurat taka sytuacja, że mi było bardziej po drodze niż innym osobom i tyle.

 

"Chcę, żeby wspólnicy widzieli, że jestem z nimi w tym samym okopie, co oni" - Tomasz Popów

 

Doszukiwałem się w tym ideologii, że nie kierujesz Taxi5, która dostała dofinansowanie z Unii Europejskiej i że to jest twój bunt. Zakładasz prywatny akcelerator, by pokazać innym jak to się robi.

Po odejściu z Taxi5 rozmawiałem z Krzysztofem z funduszu Satus i może zrobimy razem inwestycje. Jestem pozytywnie do tego nastawiony. Każdy ma jakieś ciche dni, ale to nie jest tak, że chce komukolwiek coś pokazywać. To nie jest tak, że moją motywacją do rozwijania Akceleratora, jest złość, że “ja teraz światu pokażę”. Nie! Myślę, że raczej motywacją jest gigantyczna pokora, czyli widzę to jak działają fundusze, które są oparte o pieniądze z Unii Europejskiej, widzę jak niesamowicie ułomny jest ten system, nawet skrajnie szkodliwy bym go nazwał.

A Ty chcesz ten rynek naprawić?

Daję jakąś inną ofertę, dla niektórych dużą uboższą pod względem pieniędzy, bo my znacznie mniej inwestujemy, ale z innej strony dużo bogatszą, bo inwestujemy szybko. Myślę, że nas można by nazwać wspólnikiem z kasą i z kompetencjami, a nie typowym inwestorem, który mówi: masz kasę, baw się sam. My naprawdę dzień w dzień pracujemy z tymi wszystkimi startupami.

Zauważyłem, że o współpracownikach mówisz “wspólnicy”. Traktujesz ich jak partnerów.

Dokładnie! Nie mówię o nich “nasze spółki portfelowe”.

To pierwsza zasada Akceleratora? A druga to chyba, że teraz skupiasz się tylko na pięciu spółkach?

Mam nawet taki podział zrobiony, że w poniedziałek od 8 do 12 zajmuje się tą spółką, we wtorek tą i tak na każdy dzień, przed południem, mam jedną firmę. Po południu mam czas dla swoich rzeczy też związanych z akceleratorem.

Co jeszcze jest wyjątkowego w Akceleratorze LIFT-OFF?

Może to, że ma prywatną kasę, że staramy się nie przekraczać trzydziestu procent udziałów w inwestycji. Naprawdę pomagamy tym pomysłodawcom, pytamy się ich czy mieszkają we Wrocławiu i za jaką kwotę są w stanie się tu utrzymać. Może, że wiemy o tym, że wspólnik idzie na operację ucha, o której godzinie ją ma i czy jak go wybudzili ze śpiączki, czy jest ok i czy na następny dzień kontaktuje ze światem. Takie rzeczy wiemy, to ważne.

Dlaczego to takie ważne?

Ci ludzie poświęcają znaczną część swojego życia i po prostu musi im się chcieć to robić. A żeby im się chciało, muszą czuć, że ktoś się nimi interesuje, też z nim pracuje, poświęca swój czas, kompetencje, pieniądze. Jak oni widzą zaangażowanie z mojej strony, to sami się angażują jeszcze bardziej. To jest trochę taki model przywództwa przez przykład, czyli że staram się pokazać, że robię wszystko żeby ten interes wyszedł. Nie mam swojego biura, zawsze siedzę przy którymś z biurek, które jest akurat wolne, żeby wspólnicy widzieli, że jestem z nimi w tym samym okopie, co oni.

 

"Liczymy na to, że poukładamy te firmy i to będą takie dojne krowy" - Tomasz Popów

 

Skoro starasz się sprawiać, by czuli się wyjątkowi, to znaczy że szukasz wyjątkowych projektów?

Nie szukamy projektów, które zawojują świat, ale tych które po prostu będą zarabiały. Nie inwestujemy w rzeczy, które są bardzo oderwane od rzeczywistości, w algorytmy, kosmiczne rzeczy, które niewiadomo, kto i kiedy kupi. Dlatego też, nie mamy opisanego exitu inwestycyjnego, co trzy, pięć lat. Jak długo spółka będzie zyskowna, tak długo będziemy chcieli w niej zostać. Liczymy na to, że poukładamy te firmy i to będą takie dojne krowy, a nie jakieś deale, które sprzedamy za sto milionów dolarów. Jak będą, to się nie obrazimy, ale liczymy raczej na to, że firmy będą naładowane kasą, bo ją po prostu zarobią.

Mówiłeś wcześniej, że musi być lider, a zespół powinien być we Wrocławiu. Na co jeszcze zwracasz uwagę?

Na to, co to za przedsięwzięcie. Najlepiej, żeby był to SaaS, b2b, produkt działający w Stanach Zjednoczonych, czy w Wielkiej Brytanii. Nie inwestujemy też w samego lidera, ale tego z zespołem. Najważniejsze jest dla nas to, żeby na etapie preinkubacji zespół stworzył produkt, który dotknie rynku. Zgłaszający się nie przedstawiają biznes planu, tylko statystyki.

Jakie?

W takim sensie, że: robisz produkt i przez dwa miesiące wrzucasz go na rynek i pokazujesz, czy masz trakcję, czy jej nie masz, czy zaczynasz mieć trakcję, czy nie, czy w ogóle jest zainteresowanie czy tego zainteresowania nie ma.

To jest zawsze dobry sposób na pokazanie, czy to będzie dobry biznes?

Jeżeli czasami wytworzenie technologii dużo kosztuje, to ten przypadek nie zadziała. W Dropboxie tak było, jak jego lider poszedł do Y Combinatora, nie pokazał działającego systemu, bo wytworzenie MVP za dużo kosztowało. Zaprezentował film o tym, jak to będzie działało i wszyscy powiedzieli: “ok, to jest twoje MVP, chcemy ten produkt. Zrozumieliśmy go, przez co wzbudziłeś w nas potrzebę”. I jego MVP był film.

Jakiego problemu Akcelerator nigdy nie rozwiąże?

Żeby ludzie wiecznie żyli.

Tylko takiego?

A reszta, jeśli tylko nie rozmawiasz z idiotami, jest do załatwienia.

Jak myślisz o startupowcu, to jak go sobie wyobrażasz?

Pewnie facet, z dużego miasta, który skończył uczelnię techniczną, 25-28 lat, najlepiej żeby był tuż po studiach i na studiach robił projekty jakieś albo pracował w startupie. Dobrze mówi po angielsku, był w Stanach Zjednoczonych na programie naukowym-stypendialnym, albo po prostu bułki tam sprzedawał, dotknął tamtego rynku, wie o co chodzi. Potrafi programować web albo mobile, albo to i to, jest szybki świadomie podejmuje ryzyko i wie, że może nie wyjść i że może nie mieć kasy na prąd. To jest chyba taki najlepszy startupowiec.


"Nowicjusze? To nie dla nich, to będzie za duży stres, wymiękną" - Tomasz Popów


Nowicjusze nie mają się po co do ciebie zgłaszać. Dobrze to odczytałem?

Nie mają. To nie jest dla nich, to będzie za duży stres, wymiękną.

Co byś im polecał?

Żeby pracowali w startupach, robili startupy, projekty, żeby nabrali doświadczenia. Nie tworzyli, nie byli liderami, tylko żeby byli tymi, którzy programują - robią produkt.

Potem może przemienią się w niepokorną duszę.

Jeśli ich korpo nie pochłonie.

Niektórzy mówią, że praca w korporacji to też dobre doświadczenie. Zmieniające podejście do życia.

Moja siostra mi powiedziała, że jeśli jesteś długo w kimś zakochany, to w pewnym momencie twoja kora mózgowa się trwale zmienia. I zawsze, nawet jak się rozstaniesz z tą osobą, jak ją zobaczysz albo jakąś informację z nią związaną, która ci przypomni o tej osobie, to zareagujesz w taki sposób, jak reagowałeś jak byłeś z nią. Myślę, że podobnie może być w przypadku korporacji.

Jeśli pracujesz w korporacji trzy, cztery, pięć i więcej lat, to w pewnym momencie kora mózgowa się zmienia, na tyle że pewne rzeczy stają się jasne i oczywiste, ale niektóre trudne. Nie wierzę w to, że jeśli ktoś pracował w korporacji, w centrum outsourcingowym, to po pięciu latach z niego będzie startupowiec. Nie będzie, przyjdzie do startupu i zacznie od tego, ile będzie zarabiać. Nie okłamujmy się. Startup nie ma pieniędzy dla niego, ma na inne rzeczy. On ma głodować.

To go ukształtuje?

Na samym początku to ważne.

Też tak zaczynałeś w tych pierwszych firmach?

Oczywiście. Osobie, która z mojego grona osiągnęła największy sukces, prąd wyłączali, wywalali z biur, a on się nie poddał. Po wybuchu atomowym, przeżyłyby karaluchy i on. Szukam ludzi, którzy przeżyją wszystko. Wtedy przejdą przez ten pierwszy rok, w którym uczą się rzeczywistości. Przeżyją go jeśli będą zdeterminowani.

Komentarze (0)