... ... ...

Produkt zrobić po prostu lepiej od konkurencji - Karol Karczewski (Lime Devices)

Dodane

06-01-2016

Mam Startup
Uczeń II klasy w lubelskim liceum im. S. Staszica. Programista, specjalista od elektroniki cyfrowej, prelegent na konferencjach IT, entuzjasta ideologii "diy" oraz lider grupy Lime Devices.

Karol Karczewski, rocznik 98, to młody przedsiębiorca, który jest współzałożycielem grupy Lime Devices. Łączy swoje obowiązki związane ze szkołą (uczy się w liceum) i byciem przedsiębiorcą. O tym, jak podejmował decyzję o otworzeniu własnej działalności gospodarczej, o tym, czy wiek przeszkadza w biznesie i jak osiągnąć w nim sukces, rozmawiają autorzy książki pt. Lubelskie Startupy 2015.

Wywiad, który zaraz przeczytasz, to jedna z szesnastu rozmów z lubelskimi przedsiębiorcami, bohaterami e-booka pt. „Lubelskie Startupy 2015”

Karol, na początku powiedz mi proszę parę słów o sobie. Jak zaczęła się Twoja przygoda z it oraz elektroniką cyfrową?

Myślę, że warto zacząć od tego, iż mam 17 lat. To dość nietypowe, bo muszę dzielić czas na obowiązki szkolne i to co robię poza szkołą. Zacząłem programować jak miałem 9 lat. Jak miałem 11 lat zacząłem bawić się elektroniką. Od tamtego czasu rozwijałem te pasje czysto hobbystycznie, przy pomocy informacji zdobytych z internetu i różnego rodzaju samouczków aż do osiągnięcia obecnego etapu, czyli momentu gdy jestem w stanie wejść w całe zagadnienie komercyjnie, czyli przygotować produkt dla klienta.

Na początku zacząłem zastanawiać się jak działa komputer. Zacząłem programować, ale programowanie szybko przestało mi wystarczać, bo chciałem stworzyć coś co będę mógł wziąć fizycznie do ręki. Programowanie kojarzy się raczej tylko z wirtualną rzeczywistością, więc zacząłem bawić się elektroniką cyfrową np. mikrokontrolerami, które mogłem wykorzystywać w robotyce. To już dawało mi większe pole do popisu, bo przyjemnie jest popatrzeć na to co sami stworzyliśmy, a na dodatek to działa. To daje dużo większą przyjemność niż tworzenie aplikacji.

Cały czas rozwijałem swoje pasje czysto hobbystycznie do czasu, gdy w lutym 2014 r. spotkałem pierwszego wspólnika, Kamila Foryszewskiego. Spotkaliśmy się na konkursie naukowym „Explory” w Warszawie. On był z Lublina, ja mieszkałem wówczas w Międzyrzecu Podlaskim, gdzie chodziłem do gimnazjum. Okazało się, że Kamil mieszka 10 km ode mnie, a tylko uczy się w Lublinie. Interesowaliśmy się bardzo podobnymi rzeczami, podobną branżą, nawiązaliśmy głębszy kontakt i doszło do tego, że Kamil zachęcił mnie do wybrania nauki w lubelskim Staszicu.

Ponadto stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zrobić coś razem. Szybko doszedł też drugi wspólnik – Tadeusz Dudkiewicz – który był kolegą Kamila z klasy. We trójkę zaczęliśmy pracować w okolicach września 2014 r. nad pierwszym projektem. Pokazaliśmy go ludziom i szybko okazało się, że to co robimy spotyka się z bardzo pozytywnym „feedbackiem”. Stwierdziliśmy zatem, że warto zacząć to robić komercyjnie i to był przełom w moim życiu. Coś z czym nie planowałem wiązać przyszłości, bo wydawało mi się strasznie odległe (planowałem po studiach zatrudnić się w tej dziedzinie), okazało się rzeczą którą można zrobić już teraz. Zawiązaliśmy więc nieformalną grupę Lime Devices i cały czas działamy wspólnie.

Jak to się stało, że mając 9 lat zacząłeś bawić się w programowanie? Dla mojego pokolenia to brzmi niczym science fiction.

To był impuls, który wziął się nie bardzo wiadomo skąd. Nikt mnie nie zachęcał do programowania. Oczywiście rodzice mocno mnie wspierali, m.in. kupując nowy sprzęt którego potrzebowałem, żeby się rozwijać. Merytorycznie nie mogli mi pomóc, ponieważ nie są związani z programowaniem.

Być może przygoda z programowaniem wzięła się z dociekliwości. Zawsze byłem bardzo dociekliwym dzieckiem, które ciągle próbowało się dowiedzieć czegoś nowego o świecie. Zacząłem zastanawiać się jak działa dany program, w jaki sposób powstał, kto i jak go stworzył. Nie pamiętam już, o który program chodziło, ale kiedyś potrzebowałem pewnego rozwiązania, ale nie mogłem znaleźć go w internecie. Stwierdziłem więc, że najwygodniej i najszybciej będzie samemu taki program stworzyć. Ta sytuacja powtarzała się później wielokrotnie. Zamiast korzystać z płatnych rozwiązań optymalizujących moją pracę wolałem sam je tworzyć.

Powiedz mi teraz proszę jak to wszystko ogarniasz czasowo. Szkoła, firma, konferencje…

Pogodzenie szkoły z pracą jest trudne. W gimnazjum było mi łatwiej, ale w liceum poprzeczka poszła mocno w górę. Szkoła zajmuje mi 8 do 9 godzin dziennie, wieczorem zajmuję się lekcjami, a czas na firmę przychodzi dopiero w nocy. Do tego dochodzą też weekendy, wakacje i wszystkie wolne dni, które mogę wykorzystać na realizację moich projektów. Zazwyczaj kończy się tym, że średnio śpię od 3 do 4 godzin na dobę. Organizm już się przestawił na taki tryb życia, Może nie jest to zdrowe rozwiązanie, ale szkoły rzucić nie mogę, więc muszę pracować po nocach.

Wracając do Lime Devices. Rozumiem, że nazwa nie była przypadkowa? 

Zdecydowanie nie. Lime (limonka) ma kojarzyć się ze świeżością, jaką chcemy wprowadzać na rynek, natomiast drugi człon wskazuje na rodzaj działalności (urządzenia).

Fajne skojarzenie z marketingowego punktu widzenia.

Na rynku elektroniki jest sporo podobnych nazw, chociażby Apple. Poszliśmy trochę tropem owoców, ale tak naprawdę najważniejsza jest świeżość. Staramy się bowiem, żeby każdy z naszych produktów był przynajmniej w minimalnym stopniu innowacyjny. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że innowacyjność jest obecnie bardzo nadużywanym słowem, ale generalnie chodzi o to, że szukamy nisz na rynku, tworzymy rozwiązania które wprowadzają nowe funkcje i dają możliwości większe od tych istniejących obecnie.

Lime Devices ciągle działa jako nieformalna grupa?

Jesteśmy w trakcie rejestrowania spółki z o.o., żeby naszą współpracę sformalizować. Teraz jest to trochę utrudnione, bo musimy pracować jako 3 oddzielne osoby i podpisywać indywidualne umowy. Działanie jako spółka będzie dla nas o wiele wygodniejsze.

Jakimi konkretnymi projektami się zajmujecie?

Jeden z naszych projektów będzie wychodził niedługo na rynek, już za chwilę trafi do dystrybutorów. To jest Motee czyli sterownik silnika, który wyprzedza rozwiązania dostępne na rynku o jakieś kilka lat. Zrobiliśmy go po prostu lepiej od konkurencji. Wykorzystaliśmy nowsze podzespoły, dzięki czemu zmniejszyliśmy jego rozmiar ponad 4-krotnie. Wprowadziliśmy też nietypowy sposób montażu poszczególnych modułów, których to nie łączymy kablami tylko podpinamy je bezpośrednio do silnika. Zaoszczędzamy więc dużo miejsca na platformie, na której budujemy robota. Do tego podchodzimy też bardzo ekonomicznie do mikrokontrolera, który steruje całą logiką robota.

A nad czym pracujecie obecnie w Lime Devices i jakie macie plany na przyszłość?

W tym momencie pracujemy jednocześnie nad swoimi produktami oraz zleceniami zewnętrznymi, głównie od firm z sektora MŚP. Jesteśmy też cały czas otwarci na współpracę z osobami prywatnymi. Brzydko mówiąc, jesteśmy „teamem do wynajęcia”. Jesteśmy w stanie przygotować zleceniodawcy produkt, którego potrzebuje, a nie jest w stanie go wykonać samodzielnie.

Mój plan na najbliższe 2 lata to zatrudnić parę osób i stworzyć 2 oddzielnie funkcjonujące „teamy”, które będą mogły pracować równocześnie nad 2 oddzielnymi projektami. Chciałbym też rozwinąć cały zakres zleceń, bo dosyć mało jest jeszcze firm, które oferują usługi w zakresie projektowania elektroniki. W przypadku software’u to jest już dosyć popularne, natomiast elektronika w tym zakresie w Polsce jeszcze się zbytnio nie rozwinęła. Jest kilka firm, ale to raczej korporacje, z którymi mały przedsiębiorca raczej się nie dogada ze względu na koszty. Natomiast my, delikatnie obniżając koszty, trafimy do małych i średnich przedsiębiorstw, które mają bardzo duże potrzeby. Praktycznie każdy przedsiębiorca, z którym rozmawiamy, ma jakąś wizję tego jak mógłby wykorzystać nasz potencjał. Często to są jakieś urządzenia do celów marketingowych np. takie które można zabrać na targi lub konferencje, by wyróżniało jego stoisko spośród innych.

Zatrudnienie kilku dodatkowych osób na pewno też by nas minimalnie odciążyło, bo w tym momencie jesteśmy mocno obciążeni pracą nad kilkoma projektami. Chciałbym też jeszcze bardziej poszerzyć zakres naszych możliwości, czy też dodać osoby z zakresu marketingu i pr, bo takiego wsparcia bezpośrednio w zespole nie mamy. Na pewno też stalibyśmy się bardziej wydajni. Im więcej osób, tym więcej projektów możemy realizować, co oznacza rzecz jasna większe zyski dla firmy.

Na pewno odpowiadałeś na to pytanie dziesiątki razy, ale muszę je zadać. Czy w trakcie pracy w Lime Devices miałeś kiedykolwiek problemy wynikające z młodego wieku? Masz zaledwie 17 lat. Twoim klientom to nie przeszkadza? Nie dają Ci tego odczuć?

Jest różnie. Zazwyczaj wiek wpływa pozytywnie, bo po pozytywnej weryfikacji moich kompetencji, rozmówcy są pełni podziwu, że mając 17 lat jestem w stanie prezentować taki poziom. Zdarzają się jednak przypadki tzw. „dyskryminacji ze względu na wiek”. Często ludzie boją się nam powierzyć zlecenie np. dlatego że nie mam jeszcze ukończonych studiów. To jest totalny absurd, bo często ludzie z ukończonymi studiami wiedzą w niektórych obszarach dużo mniej niż ja i moi koledzy z Lime Devices. Przecież studia nie do końca przygotowują do pracy, a my jesteśmy już od kilku lat jesteśmy związani z branżą w której działamy. Nasze doświadczenie wynika zatem z praktyki, a nie teorii.

Na szczęście przypadki dyskryminacji nie zdarzają się zbyt często. Np. w tym momencie realizujemy zlecenie warte kilkadziesiąt tysięcy złotych i nikomu nie przeszkadza, że ja mam 17 lat, a wspólnicy po 19. Druga strona docenia to co do dla nich robimy.

Teraz pogadajmy chwilkę o targach Maker Faire w Rzymie, na które się wybieracie. Jaka jest idea tego wydarzenia? Jak tam trafiliście? Co będziecie tam pokazywać?

Byłem na targach Maker Faire Rome już w poprzednim roku, z tym że indywidualnie, ponieważ jeszcze wtedy nie istniało Lime Devices. Pokazywałem wtedy prototyp robota edukacyjnego, który nazywał się Edur. Wcześniej czytałem relację o targach, ale jak dopiero jak wziąłem w nich udział, mogłem przekonać się że nie były przesadzone. Ogrom całego przedsięwzięcia był po prostu niewyobrażalny, nawet dla mnie, choć na podobnych, lecz nieco mniejszych, eventach w Polsce bywałem nie raz.

Ogólnie zamysł jest taki, że to są targi dla elektroników, elektryków, projektantów mody (mody z elektroniką lub technologią „wereable”). Wystawców jest zazwyczaj kilkuset, w tym takie duże firmy jak Intel czy Google. Są też oczywiście mniejsze firmy oraz indywidualni wystawcy. Całe przedsięwzięcie jest o tyle ciekawe, że to globalne wydarzenie. Główna edycja odbywa się w USA, a edycja europejska w Rzymie. W zeszłym roku przez 3 dni targi w Rzymie odwiedziło ponad 90 tys. osób.

Jeżeli chodzi o ludzi, którzy się pojawiają na targach, to można tam spotkać inwestorów, rodziców z dziećmi – generalnie jest bardzo duża różnorodność. Zdarzają się też ludzie z Polski. W tamtym roku spotkałem nawet ludzi z Lublina, którzy mieszkają w Rzymie. Za to z wystawców w zeszłym roku byłem jedyną osobą z Polski (na ponad 600 projektów).

Z punktu widzenia wystawcy, którym byłem w zeszłym roku, udział w tym wydarzeniu to bardzo ciężka praca. Przez 3 dni, po 9 dziewięć godzin trzeba cały czas trzeba tłumaczyć odwiedzającym na czym polega nasz produkt. Trzeba się dodatkowo dostosowywać do potrzeb odbiorców np. dzieci lub osób starszych. Zdarzają się też programiści i elektronicy, którym możemy wytłumaczyć więcej szczegółów. Pewną trudnością jest zatem wyłapanie, kim jest druga strona, tak by dopasować do niej odpowiednie treści.

Po części problematyczna jest też bariera językowa. We Włoszech stosunkowo niewiele osób mówi po angielsku. To sytuacja chyba nawet gorsza niż w Polsce, ale na szczęście angielski zna przynajmniej jedna osoba w rodzinie i to ona pełni wtedy na targach rolę tłumacza dla pozostałych. Niestety wtedy cała rozmowa minimalnie się przeciąga, co powoduje że pod stoiskiem ustawia się już kolejka następnych chętnych do obejrzenia naszego projektu. Jedna osoba nie dałaby zatem rady, dlatego w tym roku lecimy w 4 osoby, prawdopodobnie będziemy pracować dwójkami na zmianę.

W tym roku różnica jest też taka, że jedziemy na targi już jako Lime Devices z produktem Motee. Będziemy starali się promować nasz produkt, prowadzić działania marketingowe oraz nawiązywać przydatne kontakty. Wspiera nas w zakresie transportu, zakwaterowania i promocji Lubelski Park Naukowo-Technologiczny. Są naszym partnerem w ramach tego wyjazdu. Wsparcie okazał także Urząd Miasta Lublin.

Zmieńmy teraz miasta i przenieśmy się z Rzymu do Lublina. Tutaj się uczysz, ale czy planujesz tu zostać np. na studia? Myślałeś już o tym?

Mam jeszcze 2 lata i wszystko jest kwestią tego, jak rozwinie się Lime Devices przez ten czas. Jeżeli faktycznie spełnią się moje zamierzenia, które sobie postawiłem – a stawiam je zawsze dosyć wysoko, bo lepiej nie osiągnąć wysokiego celu i dojść do średniej wysokości niż celować nisko i to osiągnąć – czyli zatrudnię parę osób, będą nowe zlecenia (a już w tym momencie ustawia się do nas kolejka i musimy selekcjonować projekty do realizacji), myślę że będzie to możliwe. Rozważam nawet opcję, żeby nie pójść na studia lub pójść na zaoczne, żeby móc poświęcić się firmie, ale to jest kwestia poziomu rozwoju naszej działalności. Mam jeszcze 2 lata, więc przez ten czas w takiej firmie jak nasza może wydarzyć się wszystko.

Zdarza Ci się przyglądać temu, jak funkcjonują inne lubelskie startupy? Śledzisz co dzieje się na rynku?

Śledzę, natomiast ciężko jest mi znaleźć kogoś, kto będzie mógł zostać moim partnerem biznesowym. Jeżeli chodzi o hardware to jest go bardzo mało w Lublinie. Praktycznie to pod kątem projektowania, aktywnie działamy tylko my. W Lublinie dobrze rozwija się IT, ale pod kątem software’u.

Obserwuję też rozwój lubelskich startupów. Jest coraz więcej eventów, które generują nowe pokolenie, które będzie tworzyć nowe startupy. Fajnie, że to zaczęło się rozwijać. Natomiast z tego co obserwuję to wydaje mi się, że na wschodzie Polski brakuje nam pewności siebie. W całej Polsce jest problem ze skomercjalizowaniem tego czym się zainteresujemy. Pewnie dlatego w naszym kraju jest tak ciężko połączyć naukę z biznesem, podczas gdy w USA i Wielkiej Brytanii naukowcy bezpośrednio po dokonaniu odkrycia natychmiast podchodzą do niego biznesowo. W Polsce naukowcy boją się wchodzić komercyjnie, boją się przepisów, procedur i czasu, jaki trzeba będzie na to poświęcić. To jest duża bolączka Polaków pod kątem rozwijania swoich firm.

Problemem jest także trochę nieodpowiednie podejście. Szczególnie widać to na wschodzie Polski, gdzie ludzie mają duże zaufanie do innych, są gościnni, przyjaźnie nastawieni, podczas gdy w biznesie trzeba działać trochę inaczej. Biznes polega przecież na konkurowaniu ze sobą. To oczywiście moja subiektywna opinia i można się ze mną nie zgodzić.

Wracając do lubelskiego rynku startupów myślę, że bardzo mocno urośnie przez następnych 5 lat. Spora w tym zasługa takich miejsc jak Business Link Lublin oraz Lubelski Park Naukowo-Technologiczny.

Wspominałeś o kłopotach z mentalnością Polaków. Myślisz, że Twoje pokolenie jest pod tym względem inne niż moje?

Ja jestem rocznikiem 98 czyli końcówką ambitnego pokolenia, które chce coś zrobić, coś zmienić i dąży do celu. Jak zauważam w szkole, im młodsze dzieci, tym mniejsze ambicje i większa chęć do korzystania z tego, co już stworzone przez innych, chociażby pod kątem programowania. W moim wieku jest w Polsce kilku bardzo dobrych programistów, którzy mogą bezpośrednio zatrudnić się w dużych firmach jako specjaliści. Natomiast im młodsze dzieci, tym bardziej podchodzą one do tego w sposób wręcz leniwy. Wolą się tym mniej zajmować i co dziwne – ich obycie z IT jest coraz mniejsze. Dokonuję takich obserwacji, ponieważ moja mama jest nauczycielką informatyki w szkole podstawowej i gimnazjum. Zauważyłem, że dzieci mają coraz większe problemy z podstawowymi kwestiami, jak np. ogarnięcie Worda czy Excela. Trochę to jest absurdalne, ponieważ od początku życia są wychowywane z komputerem, rodzą się z nim praktycznie w ręku.

Ebook pt. Lubelskie Startupy 2015 możesz pobrać z tej strony

Komentarze (0)