163 0 18

Staraliśmy się, żeby Reaktor nie był biurem, a społecznością. Borys Musielak i Diana Koziarska o nowym pre-akceleraotrze

Dodane

29-08-2016

Adam Łopusiewicz
Reaktor powstał pięć lat temu. Od początku był miejscówką, w której gromadziła się społeczność związana ze startupami. Przez ściany tej willi na Żoliborzu przewinęły się dziesiątki osób. Borys Musielak i Diana Koziarska postanowili zrobić dla niej jeszcze więcej, niż dotychczas.

Borys Musielak, Ania Walkowska, Kuba Filipowski i Paweł Czerski. Ta czwórka znajomych pięć lat temu postanowiła zorganizować miejsce, w którym mogliby się spotykać mieszkańcy Warszawy działający w branży IT. Znaleźli willę na Żoliborzu, w którym mogli rozwijać swoje firmy. Później postanowili, że w czasie wolnym od pracy wezmą się za organizację eventów.

W Reaktorze występowały znane na świecie osobistości i na scenie dzieliły się swoimi doświadczeniami. Po prezentacjach prelegenci chętnie rozmawiali z publicznością o tym, jak się robi startupy. Dzięki temu miejsce zyskiwało na popularności. Twórcy Reaktora niedawno postanowili wykorzystać swoje doświadczenie zdobyte przez lata pracy nad swoimi biznesami - stworzyli ReaktorX.

Od niedawna działa ReaktorX, który jest pre-akceleratorem dla startupów. – Udział w preakceleratorze obejmować będzie wspólne warsztaty dla wszystkich uczestników, ale również godziny mentorskie i indywidualne sesje. Planujemy także każdemu startupowi przydzielić mentora śledzącego jego rozwój – mówi Diana Koziarska, CEO Reaktora.

O to, czego dowiedzieli się podczas rozmów ze startupowcami - mieszkańcami Reaktora oraz o planach na przyszłość rozmawiamy z Borysem Musielakiem, jednym z założycieli ReaktoraX oraz Dianą Koziarską, dzisiejszą CEO.

Pięć lat, przy okazji spotkań w Reaktorze, rozmawialiście ze startupowcami. Po co?

Borys Musielak: Sam się nad tym często zastanawiam. Gdy zaczynałem swój biznes, znaleźli się ludzie bardziej doświadczeni ode mnie, jak Krzysiek Kowalczyk, którzy mi bezinteresownie pomogli radą, kontaktami, a czasem noclegiem na zagranicznej konferencji, jak Janusz Żebrowski w Austin. Wydaje mi się, że teraz, kiedy się “ustatkowałem” i zdobyłem sporo własnego doświadczenia w prowadzeniu kilku firm, mam jakiś dług do spłacenia społeczności. Ale też wiem, że dobre słowo wraca. Wierzę w ludzi, zakładam optymistycznie, że tzw. karma wraca. I zwykle tak się dzieje.

Dlaczego Tobie i Ani Walkowskiej zależało na zebraniu warszawskiej społeczności startupowej?

BM: Był jeszcze Kuba Filipowski, trzeci co-founder oraz Paweł Czerski, który inspirował sporo reaktorowych działań w pierwszych latach naszej działalności. Myślę, że po prostu brakowało miejsca, gdzie wszyscy czuliby się “u siebie”. Od czasu stworzenia Reaktora powstało w Warszawie sporo innych inicjatyw inspirowanych przez uczelnie, inwestorów czy wielkie koncerny, a mimo to czuję, że w Reaktorze founderzy czują się cały czas najlepiej. Mieliśmy więc chyba dobrą intuicję, że takie miejsce jest potrzebne.

Czym wtedy zajmował się Reaktor.net?

BM: Zaczynaliśmy od małych spotkań, na które zapraszaliśmy znajomych zarówno jako prelegentów, jak i widownię. Poza tym głównie zajmowaliśmy się swoimi projektami. Nie było jakiegoś master planu. Szybko zauważylismy, że młodzi startupowcy zaczęli odzywać się do nas szukając rady, kontaktów, wsparcia. Wtedy postanowiliśmy stworzyć format ROOH (Reaktor Open Office Hours), czyli przeznaczyliśmy dwie godziny naszego czasu w tygodniu na niezobowiązujące spotkania. Poznaliśmy dzięki temu wszystkie podstawowe problemy dręczące osoby zakładające swoją działalność, szukające swojego miejsca na rynku.

Co mówili startupowcy pięć lat temu? 

BM: Zwykle mieli pomysły, czasem fajne, częściej kompletnie wydumane. I tyle. Nie mieli pojęcia co dalej zrobić. Jak zbudować zespół, sprawdzić czy na produkt jest zapotrzebowanie, zbudować MVP, znaleźć finansowanie, rozwijać się. Sporo z nich nauczytało się o sukcesach twórców appek mobilnych w Kaliforni, zamiast przeczytać The Lean Startup Erica Riesa. Rozumiałem ich zresztą świetnie, bo sam byłem dokładnie taki jak oni.

Jak się od tego czasu zmieniło podejście polskich startupowców? 

BM: Są lepiej przygotowani merytorycznie (część przeczytała już Riesa), ale problemy mają cały czas podobne. Na pewno pojawiło się też więcej osób, które tak jak ja, nauczyły się na własnych błędach i są w stanie pomóc innym podobnych błędów uniknąć.

Z jakimi wyzwaniami musieliście się zmierzyć przez te lata?

BM: Przede wszystkim zawsze brakowało kasy, żeby zrealizować nasze plany. Przez pierwsze kilka lat było z tym bardzo cienko i wszystkie eventy organizowaliśmy dokładając z własnych pieniędzy. Od dwóch lat, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczny, wspiera nas systemowo Aviva, co pozwala nam rozwinąć skrzydła i realizować nieco ambitniejsze projekty, o których za chwilę.

W Reaktorze mieszkało blisko 60 zespołów tworzących startupy. Co ich przyciągało do Reaktora?

BM: O to najlepiej zapytać startupy. Gdy pytaliśmy, najczęściej odpowiadały, że przyciągała ich twórcza atmosfera, ogromne możliwości networkingowe i pozytywne nastawienie rezydentów, którzy zwykle są chętni pomóc w sprawach, na których się znają. Zawsze staraliśmy się, żeby Reaktor nie był biurem, a społecznością. Myślę, że w dużym stopniu to się udawało.  

Czym Reaktor jest dzisiaj?

Diana Koziarska: Reaktor jest nieformalnym centrum, które skupia warszawską startupową społeczność. Dzieje się to na dwóch poziomach: rezydentów oraz osób odwiedzających wydarzenia. W mniejszym, codziennym, gronie integrujemy się przy posiłkach czy rozmawiając na tarasie. Na wydarzeniach pojawia się cały przekrój: założyciele, inwestorzy, media itd. Tutaj nawiązują się znajomości, współprace, tworzą pomysły. Urządzamy również sesje mentoringowe. Najlepszym przykładem, że działają, jest to, że ich wcześniejszy uczestnik, Max Salamonowicz, ostatnio udzielał się jako mentor w myśl zasady ‘pay it forward’.

Kiedy wpadliście na pomysł stworzenia pre-akceleratora?

DK: Około dwa miesiące temu. Już od dawna pomagaliśmy startupom. Stwierdziliśmy, że czas z tego zrobić konkretny projekt. 

Czego chcielibyście nauczyć podopiecznych?

DK: Chcemy przygotować ich do rozmów z inwestorami, klientami oraz zachęcić i przygotować do aplikowania do akceleratorów. Inwestorzy często wskazują, że startupy przychodzą nieprzygotowane. Chcemy dowiedzieć się od inwestorów czego brakuje początkującym przedsiębiorcom i odpowiednio zaplanować warsztaty. Natomiast akceleratory zazwyczaj oczekują, aby startup podczas aplikowania był na poziomie MVP, bądź produktu. My chcemy pomóc tym z pomysłami, chcemy aby u nas sprawdzili, że ich pomysł ma sens i działa, zanim pójdą dalej. Naszym celem jest, aby po zakończeniu programu startup miał przed sobą konkretny plan działania oraz wiedział jak go zrealizować. 

Jak miałaby się odbywać taka współpraca?

DK: Udział w preakceleratorze obejmować będzie wspólne warsztaty dla wszystkich uczestników, ale również godziny mentorskie i indywidualne sesje. Planujemy także każdemu startupowi przydzielić mentora śledzącego jego rozwój oraz udostępnić biurko do pracy w Reaktorze. Całość zakończy demo day przed partnerami programu, a najlepsze startupy zaprezentują się na OpenReaktorze, uzyskując dodatkową promocję. Będziemy też wspierać startupy naszymi kontaktami, między innymi do inwestorów, akceleratorów i potencjalnych klientów. 

Co wyniesie z niej Reaktor?

DK: Rozwój. Chcemy cały czas się rozwijać i pomagać startupom na coraz to nowe sposoby. Jako inicjatywa non-profit naszym celem bytowania jest dawanie od siebie, dbanie o potrzeby startupów oraz wspieranie ich rozwoju. 

Twoim zdaniem tak powinny powstawać startupy? Skupione w jednym budynku, współpracujące ze sobą?

DKTo zależy od indywidualnych potrzeb. Osobiście jednak uważam, że bycie częścią wzajemnie wspierającej się społeczności jest świetną, bardzo przydatną rzeczą. Dzielenie się swoim postępem motywuje, jak również przebywanie wśród osób zajaranych tym co robią. W coworku panuje atmosfera luźna, ale każda z tych osób pracuje na swój sukces wkładając w to mnóstwo energii. Nie ma tu znudzonych pracowników i gdy widzisz jak ktoś obok działa, to aż głupio ci się obijać.

Komentarze (0)