Zamknął software house i otworzył szkołę IT. Rozmawiamy z Maćkiem Oleksym z Kodilli

zamknal software house i otworzyl szkole it rozmawiamy z mackiem oleksym z kodilli
Udostępnij:
– Po tym jak musiałem zamknąć pierwszą firmę, schudłem 10 kilogramów w ciągu miesiąca i powiedziałem sobie: „nigdy więcej własnej działalności”. Ale po dwóch miesiącach wiedziałem, że nie wrócę na etat. Jeśli raz wejdziesz na ścieżkę przedsiębiorczości, to nie chcesz z niej zejść – mówi Maciej Oleksy, założyciel szkoły IT Kodilla.

Kodilla nie jest pierwszym biznesem na koncie Maćka Oleksego. Przed jej uruchomieniem prowadził software house, który po dwóch latach zniknął z rynku. Zanim jednak poszedł na swoje, pracował jako programista i project manager w zespołach IT. Jedną z firm, z którą współpracował, była Nasza Klasa. Aplikował tam na stanowisko project managera, ale zamiast tego został prezesem ich spółki-córki. Wspomina, że to doświadczenie uświadomiło mu, że internet nie jest jedynie miejscem do realizacji hobbystycznych projektów, ale miejscem, w którym można robić duże pieniądze.

Co takiego sprawiło, że w końcu dostrzegłeś potencjał internetu?

Będąc prezesem spółki-córki, należącej do Naszej Klasy, miałem za zadanie zbudować serwis randkowy, skierowany do użytkowników NK, co wymogło na mnie konieczność poznania sposobu tworzenia aplikacji internetowych pod kątem biznesowym wraz z modelami zarabiania na nich. Freemium, premium, in-app purchases, gamifikacja, budowanie zaangażowania, hooking. Dziś wiele osób zna te metody, ale w tamtych czasach była to dla mnie zupełna nowość. Zobaczyłem, ile Nasza Klasa zarabia na swoim marketplace gier i zrozumiałem, że ludzie są skłonni wydawać pokaźne sumy na cyfrowe produkty.

Czy poza tą świadomością praca na etacie przygotowała cię w jakiś sposób do prowadzenia własnego biznesu?

Tak. Praca na stanowisku programisty dała mi technologiczny background, dzięki któremu wiem, jak rozmawiać z programistami i jakie możliwości daje technologia. Natomiast to praca na stanowisku project managera przygotowała mnie do prowadzenia firmy. Generalnie uważam, że zawód PM-a to bardzo dobra szkoła operacyjnego prowadzenia firmy (najlepsza to prowadzenie firmy). A dlaczego PM to dobra szkoła? Bo zarządzając projektem, w którym bierze udział na przykład 30 osób, to tak, jakbyś prowadził mini-firmę.

Uzbrojony w te umiejętności w końcu zdecydowałeś się otworzyć software house. Jak do tego doszło?

Po wejściu Facebooka do Polski Nasza Klasa zaczęła notować wysokie spadki w ruchu i zaczęło być jasne, że prędzej czy później nie poradzi sobie z zachodnim konkurentem. W efekcie zacząłem rozglądać się za zajęciem dla siebie. Prowadziłem bloga o szeroko rozumianym biznesie w internecie, miałem wielu znajomych programistów i miałem doświadczenie jako PM.Poskładałem to wszystko do kupy i bez dłuższego zastanawiania się otworzyłem software house. Pamiętam, że przez pierwszych kilka miesięcy obsługiwaliśmy jednego dużego klienta, który zapewniał nam spory przychód. Potem pojawiło się jeszcze kilku klientów z moich wcześniejszych kontaktów. Jednak brakowało aktywnej i skutecznej sprzedaży, co było gwoździem do trumny. Zabrakło w pewnym momencie na wypłaty i zdecydowałem się zamknąć kramik. Szczęśliwie wszystkich udało się spłacić.

Może to dziwnie zabrzmi, ale cieszę się, że ta firma nie przetrwała, bo po iluś latach prowadzenia projektów IT po prostu straciłem do tego serce. Co ważniejsze, chciałem robić coś, co ma znaczący wpływ na społeczeństwo. I tak padło na edukację i w efekcie otworzyłem Kodillę.

Zanim o niej porozmawiamy, powiedz, dlaczego zamknąłeś software house?

Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze zbyt mały nacisk kładłem na cash flow. Zaklinałem rzeczywistość i mówiłem sobie „jakoś to będzie”, chociaż liczby mówiły co innego. Niedostatecznie analizowałem koszty i przychody. Dziś wiem, że nie ma czegoś takiego jak „jakoś to będzie”.

Kolejnym czynnikiem była moja komunikacja ze wspólnikiem. Podzieliliśmy się w ten sposób, że ja budowałem back-office, czyli gotowość operacyjną do przyjmowania zleceń, mój wspólnik zaś odpowiadał za sprzedaż. Ale w pewnym momencie okazało się, że tej sprzedaży nie ma, a ja nie przestałem zwiększać zatrudnienia. Zabrakło ABC komunikacji. Dostaliśmy nauczkę, ale pozostajemy w dobrych stosunkach. Całą sytuację przypłaciłem zdrowiem i nerwami. Może tym lepiej zapamiętałem pewne lekcje przedsiębiorczości. W ciągu miesiąca schudłem 10 kilogramów i powiedziałem sobie: „nigdy więcej nie założę firmy”. Ale po dwóch miesiącach wiedziałem, że nie wrócę na etat. Jeśli raz wejdziesz na ścieżkę przedsiębiorczości, to nie chcesz z niej zejść.

Dlaczego ta przedsiębiorcza przygoda jest tak pociągająca?

Może chodzi o wolność? Jednak za tą wolność musisz zapłacić odpowiedzialnością i często stresem. Coś za coś. A co do etatu, to nie wyobrażałem sobie powrotu do korporacji, bo korporacjami rządzi polityka, a polityka zbyt często prowadzi do absurdów. Podam przykład z życia. Możesz realizować projekt, w trakcie zorientować się, że zniknęło uzasadnienie biznesowe i nie ma sensu go kontynuować, ale może się zdarzyć, że przełożony powie ci, że musicie go skończyć, żeby pokazać się przed zarządem. Nie znoszę takich rozgrywek. Jest oczywiście masa mniejszych i fajnych firm, ale ja już chciałem mieć swoje.

Jak wyglądały pierwsze tygodnie pracy nad Kodillą?

Na ścieżkę edukacji wkroczyłem zanim stworzyłem serwis Kodilla.com. Już w 2013 roku prowadziłem serwis na temat nauki programowania. W związku z tym od czasu do czasu odzywały się do mnie osoby zainteresowane nauką „od zera”. Np. marketerzy chcieli samodzielnie tworzyć landing pages. Problem w tym, że nie wiedzieli jak. No to nauczyłem ich podstaw HTML i CSS. Potem ludzie zaczęli zgłaszać się do mnie po więcej – JavaScript, Node.js, MongoDB.

W międzyczasie po przygodzie z software house, o której rozmawialiśmy, zacząłem się zastanawiać, co dalej mam robić. Wiedziałem, że chcę zostać w IT, że lubię pomagać i uczyć innych. Do tego mam bardzo krytyczny stosunek do państwowego systemu edukacji.

Poskładałem wszystko do kupy i wyszło, że powinienem otworzyć szkołę IT. Rozkręciłem portal, na którym dzieliłem się wiedzą o nauce programowania, i wprowadziłem interaktywne lekcje. Wyglądały one w ten sposób, że użytkownik wchodził na stronę z edytorem kodu, pisał kod, a automat weryfikował jego poprawność. Po 2 godzinach każdy mógł zakodować swoją pierwszą stronę. Potem założyłem grupę na Facebooku i zaczęli dobijać się do mnie potencjalni kursanci.

Kolejnym krokiem było zaczepienie Wojtka Mroza na LinkedIn. Spotkaliśmy się i zaczęliśmy dużo rozmawiać. Odbyliśmy kilka spotkań z inwestorami, bo nie chcieliśmy rozwijać projektu bootstrapowo, ale podczas tych spotkań inwestorzy mieli mieszane uczucia. Głównie dlatego, że konsultowali nasz pomysł z programistami, którzy twierdzili, że całą wiedzę na temat programowania można znaleźć w internecie lub mylili nas z platformą, która udostępnia wideo kursy. I to prawda, że w internecie można znaleźć wiedzę na temat programowania, ale znacznie szybciej się go nauczysz, kiedy u swojego boku masz mentora, który cię poprowadzi. To są takie korepetycje, gdzie najważniejsza jest interakcja z mentorem, a materiały dydaktyczne stanowią uzupełnienie. Na początku musieliśmy to uświadomić inwestorom i innym uczestnikom rynku.

Przy takim niezrozumieniu waszego pomysłu, jak przekonałeś mentorów do współpracy?

Początkowo mentorami byli programiści z zespołu Kodilli, którzy rozwijali naszą autorską platformę, a potem skorzystałem z sieci kontaktów, którą budowałem przez lata, pracując na etacie i prowadząc software house. Myślę, że jednym z aspektów, który przekonał mentorów do współpracy, jest fakt, że nauczanie w Kodilli odbywa się od samego początku jej powstawania w 100% zdalnie. Oznacza to, że programista nie musi nigdzie jeździć na wykład i tak dalej. Co więcej, nasi mentorzy to czynni programiści, a niektórzy z nich poszukiwali dodatkowego źródła dochodu, a drudzy czuli potrzebę dzielenia się wiedzą.

Ważnym argumentem było także nasze podejście do nauki. Szkoła szkole nierówna. U nas na niektórych kursach ludzie uczą się ponad rok ze wsparciem mentora 1 na 1. Ciężko to porównywać ze szkołami, w których kilkadziesiąt osób w klasie próbuje w zabójczym tempie przerobić jakiś materiał przez 1 miesiąc (tzw. bootcamp).

Co było najtrudniejsze w procesie budowania Kodilli?

Budowanie zespołu. Z jednej strony nie wszystko możesz robić swoimi rękami, więc musisz zatrudniać, ale z drugiej przy zarządzaniu ludźmi możesz łatwo popaść w mikro management.

Musisz więc nauczyć się delegować zadania. I to zajęło mi najwięcej czasu. Ponadto, kiedy pracowałem jako project manager, byłem często jedną z niewielu osób w firmie, która doprowadzała projekty do końca. Byłem takim przecinakiem, który stawiał zadania ponad ludzi.

W praktyce wyglądało to tak, że nie miałem tolerancji do wymówek. I faktycznie doprowadzałem projekty do końca w terminach. Ale po takich projektach miałem średnie notowania, czytaj relacje (śmiech). To było głównie w korporacji. Natomiast, kiedy zacząłem budować własną firmę, szybciej zacząłem rozumieć aspekt relacyjny – chcesz, aby ludzie dobrze się w niej czuli i z przyjemnością pojawiali się w pracy i dawali z siebie wszystko. To była rzecz, której musiałem się nauczyć. Ponadto chcesz, aby wyznawali wspólne wartości.

Wartości często są ulotne i trudne do uchwycenia. Jak dobierać ludzi, którzy będą do nich pasować?

Nie ma innej rady niż wspólnie przeżyć ciężkie chwile. Dopiero wtedy zauważasz, że wśród członków zespołu są tacy MacGyver’owie, dla których nie ma rzeczy nie do zrobienia. Obserwujesz, jak kto radzi sobie w trudnych sytuacjach, a potem zastanawiasz się, co łączy tych, którzy sobie radzą, jakie mają cechy – to są te wartości. One wskazują jakich ludzi potrzebujesz – myślę, że to zabiera najwięcej czasu.

W Kodilli wyznajemy taką wartość „bądź łagodny w stosunku do ludzi, ale bezwzględny w stosunku do problemów”. Oznacza to, że wszyscy w zespole się szanujemy, ale jeśli ktoś rzuca pomysł, który nie znajduje biznesowego uzasadnienia, to nie boimy się tego pomysłu skrytykować. I oczywiście zdarzało się, że niektóre osoby się obrażały. Ale jeśli ten stan trwał zbyt długo, to wiedzieliśmy, że taka osoba nie popracuje u nas za długo. Bo po prostu nie pasowała do firmowych wartości.

Wracając do trudności, kolejną rzeczą, do której musiałem dojrzeć, było wyczucie, kiedy moja rola w Kodilli jako prezesa się kończy, bo mam pewne ograniczenia albo moja energia jest już na niższym poziomie. W efekcie od listopada 2019 roku mamy nowego prezesa – Macieja Olaczka.

Ja w tym czasie mogłem poświęcić więcej czasu na swojego bloga o zarządzaniu – HardThings.pl – aby nie zapomnieć wszystkich świeżych lekcji z czasu rozwijania swojej firmy.

Przypuszczam, że nie tylko to było trudne. Trudna musiał być także restrukturyzacja, przez którą przeszliście.

Zgadza się. Pod koniec 2018 roku wiedziałem, że restrukturyzacja jest potrzebna, ale zabrakło mi odwagi, by ją przeprowadzić, bo myślałem, że jeśli ktoś odejdzie z firmy, to Kodilla nie przetrwa.

Dopiero pod koniec 2019 roku (lepiej późno niż wcale), kiedy wyniki były na tyle słabe, zdecydowaliśmy się dokonać ostrych cięć. I po czasie mogę powiedzieć, że była to najlepsza decyzja, jaką podjęliśmy w zeszłym roku. Pożegnaliśmy jedną trzecią zespołu, wspierając ich w szukaniu nowego miejsca pracy i zostawiliśmy samych MacGyver’ów.

Doszliśmy do tego, wykonując ćwiczenie „Misja na Marsa”. Wyobraź sobie scenariusz, że Ziemia ma ulec zniszczeniu, a ludzkość czeka zagłada. Aby zachować ciągłość gatunku, musisz wsiąść do rakiety i poszukać nowej planety. Ale rakieta ma ograniczoną liczbę miejsc, więc nie wszystkich pomieścisz. Kogo zatem weźmiesz ze sobą, abyś mógł odbudować naszą cywilizację? W mikroskali naszej firmy analogicznie zastanowiliśmy się, kogo chcemy zabrać, a kto zostawić.
Po czasie zaskoczyła mnie jedna rzecz. Pracownicy nie zaczęli się skarżyć, że mają więcej pracy. Wręcz przeciwnie – zaczęli mówić, że pracuje się im dużo lepiej. Ponadto w pierwszym kwartale 2020 roku wyszliśmy na plus, jeśli chodzi o EBITDA. To w pewnym sensie przygotowało nas na koronawirusa, który uderzył wkrótce potem.

No właśnie. Jak radzi sobie Kodilla w dobie koronawirusa?

Nasza firma od zawsze działa 100% online. Nie muszę więc tłumaczyć, że w sytuacji epidemii dla nas niewiele się zmieniło, chyba że na plus. Marzec i kwiecień zakończyliśmy z bardzo dobrym wynikiem, grubo ponad 100% planu. Co będzie dalej? Trudno powiedzieć. Obecna sytuacja to z jednej strony szansa, bo być może ludzie zrozumieją, że świat podąża ku cyfryzacji i że muszą zdobywać nowe umiejętności, żeby się w nim odnaleźć. Ale z drugiej strony to też zagrożenie. Niektórzy mogą żyć w strachu i nie chcieć wydawać pieniędzy na szkolenia. Wierzę jednak, że ludzie będą chcieli się uczyć i to stworzy dla nas szansę na rozwój. Tego pociągu technologicznego już nikt nie zatrzyma.

Poza tym nie stoimy w miejscu. Rozwijamy produkty nie tylko dla początkujących, ale także dla doświadczonych programistów, zaczynamy współpracować z dużymi uczelniami. Jest jeszcze wiele do zrobienia. A czy z moim udziałem czy bez, to się okaże. Mamy super zespół, a ja przestałem być niezastąpiony. To mój największy osobisty sukces i ulga. Z kolei największym sukcesem całego zespołu jest wsparcie w przebranżowieniu kilku tysięcy naszych studentów.