"Opowieść o kłamstwach i oszustwach, czyli o tym, jak GrabGas dał mi popalić" taki tytuł nosi wpis na blogu byłego programisty malezyjskiego startupu GrabGas. Julian Ee, gdy dowiedział się, że nie został wpisany jako udziałowiec spółki, postanowił ujawnić wszystkie nieprawidłowości firmy.

Na zdjęciu: zespół GrabGas, drugi od prawej to Julian Ee | fot. GrabGas

8 dolarów dziennie... na cały zespół

GrabGas, to malezyjski startup, który za osiem dolarów dostarczał na zamówienie butle z gazem do kuchenek gazowych. Na rynku działa od października ubiegłego roku. Pięć miesięcy po premierze, zdaniem Juliana Ee, byłego programisty startupu, firma wpadła w poważne kłopoty. Jednym z nich był problem z pracownikiem odpowiadającym za projekt strony głównej. Zdaniem Juliana, od czasu premiery zaprojektował tylko jedną podstronę, co pewnie zajęło mu jeden dzień pracy.

To jednak nie był główny problem firmy. – Trakcja GrabGas zatrzymała się na poziomie jednego zamówienia dziennie, nie osiągała przychodu, finansowania i dalszych środków na rozwój – pisze na blogu Julian Ee. Co ciekawe, mimo wewnętrznych problemów firmowych, zespół GrabGas na Facebooku pokazywał, że wszystko jest ok. – (...) w rzeczywistości nie mieli żadnych wyników. "Firma" była oparta na stażystach, którzy ręcznie obsługiwali cały proces zamówienia – dodaje były programista.

Głupi ja

W tym czasie do Juliana odezwali się założyciele GrabGas z prośbą o pomoc w rozwoju startupu. Zaproponowali mu udziały w spółce, ale nigdy nie spisano umowy, która mogłaby to potwierdzić. Ee przyznaje później, że sam o tę umowę nie zabiegał, bo zespół powiedział mu, że miał "złe doświadczenia z udziałami dla byłego programisty". – Domyśliłem się więc, że lepiej będzie, jak najpierw pokażę wyniki, a potem zacznę zabiegać o udziały. Głupi ja – pisze.

Rozmowa z przyszłymi kolegami z zespołu, nie toczyła się jednak wokół udziałów. Członkowie GrabGas mieli zapewniać Juliana Ee, że w zespole będzie traktowany co najmniej dobrze. – Jeden z założycieli powiedział mi wtedy, że oni też są w firmie udziałowcami, a proponują mi je, bym poczuł się na równi z nimi – pisze. To co działo się później w firmie spowodowało jednak, że nie czuł się tak dobrze, jak założyciele.

"Sukcesy"

Ee przystał na propozycję i dołączył do zespołu. W ciągu miesiąca zaprogramował nową stronę startupu, miesiąc później stworzył też aplikację dla kierowców zrzeszonych w GrabGas, by zespół mógł szybciej i lepiej się z nimi komunikować. – Dzięki temu w końcu mogliśmy zostać "GrabTaxi for Gas", czyli pracować na bardziej zautomatyzowanych procesach, niż wykonywać wszystkie działania ręcznie – dodaje Julian Ee. W firmie działo się lepiej.

Zdjęcie by pexels.com

Z jednego zamówienia dziennie, liczba wzrosła do 3-5. O startupie zaczęły pojawiać się też pierwsze artykuły w mediach, ale (zdaniem Juliana Ee) podawały one nieprawdziwe dane. Winą za to nie obarcza jednak redaktorów, ale właśnie zespół, z którym współpracował. Okazało się, że fałszywe wyniki spółka miała też podać m.in. rekruterom z programu akceleracyjnego Digi Accelerate, do którego GrabGas się dostał. Dzięki niemu pozyskał 100 tys. ringgitów malezyjskich (mniej niż 100 tys. złotych).

10% udziałów za trzy lata

Pieniądze te pozwoliły przetrwać firmie przez kilka miesięcy. Zespół przez cztery miesiące mógł pracować w Bangkoku pod okiem doświadczonych mentorów. Na potrzeby programu akceleracyjnego, zespół założycielski GrabGas zarejestrował spółkę. Wtedy Julian Ee zrozumiał, że tak naprawdę nie jest równowartościowym członkiem zespołu. Okazało się, że w akcie notarialnym nie został określony jako udziałowiec.

– Gdy zapytałem, dlaczego nie wpisano mnie jako udziałowca, mówili mi, że jestem na wczesnym etapie zatrudnienia, ale nadal jestem jednym z głównych członków zespołu – pisze były programista GrabGas. Od tego czasu było już tylko gorzej. Zrozumiał, że gdy założyciele mówili mu, by dołączył do zespołu jako udziałowiec, chodziło o to, by pracował za darmo. – W dodatku, w procesie vestingu miałem otrzymać 10% udziałów dopiero za trzy lata – dodaje.

Lekcja

– Naturalnie, jak się zapewne domyślacie, odszedłem z firmy zabierając ze sobą technologię stworzoną dla GrabGas – pisze Julian Ee. Choć zespół próbował uspokoić sytuację i wynegocjować, aby zostawił technologię, Ee na propozycje nie przystał. – Zaproponowali nawet, że dostanę 10% udziałów w procesie vestingu za dwa lata, przy miesięcznej pensji 1,8 tys. RM – dodaje. Gdy odszedł z firmy postanowił opisać swoją historię na blogu.

Jak zapewnia, nie zrobił jednak tego, by poczuć się lepiej i wyżalić się społeczności, ale po to, by poznała ona prawdę. – To nie jest coś, co powinno dziać się w czasach rosnącej ekonomii. Jeśli ktokolwiek wyciągnie lekcję z moich doświadczeń, choć jeden z Was, będę zadowolony – dodaje. Zdaniem byłem programisty GrabGas, spółka nie osiągnęła wyniku 500 zamówień tygodniowo, ale... 200 łącznie, od czasu działania. Nie miała też długofalowego planu na ekspansję, o czym opowiadała.

Jak dawniej

Co na to założyciele spółki i byli pracodawcy Jualian Ee? Nie spodziewali się, że jego wpis na blogu osiągnie taki rozgłos. Nie odpowiedzieli jednak na pytania Tech in Asia, który opisał całą sprawę. Do zarzutów odnosi się na Facebooku. – Mamy kilka wyzwań związanych z negocjacjami z Julianem. Mamy nadzieję, że będzie kontynuować z nami dialog i znajdziemy wspólne rozwiązanie – tłumaczy GrabGas. Zapewnia klientów, że biznes będzie dalej funkcjonował, jak dawniej. Czyli dobrze?

Komentarze (0)