Przepis na sukces podobno jest prosty: pomysł, dobry zespół, duże pieniądze i najbardziej doświadczeni inwestorzy. Wydawałoby się, że biznes, w który inwestuje się miliony dolarów nie może upaść. A jednak. W cyklu pt. Miliony w błoto poznasz 5 światowych startupów, które upadły. Oto pierwszy z nich.

Na zdjęciu: Brian Bordainick, pomysłodawca i CEO Dinner Lab | fot. Dinner Lab

Opisywaliśmy już 3 zagraniczne startupy, które nie zdobyły klientów w Polsce. Firmy te musiały zmienić strategię i zrezygnować z szukania klientów wśród naszych rodaków. Powody porażek startupów są różne, często zespoły założycielskie po prostu się rozpadły, a czasem produkt nie sprawdził się na danym rynku, przez co nie przynosił zysku. W cyklu pt. “Miliony w błoto” postanowiliśmy opisać pokrótce historie głośnych firm, które upadły. Mimo milionów dolarów inwestycji od najlepszych inwestorów na świecie nie poradziły sobie i zakończyły działalność.

– Dinner Lab zakończył działalność, bo nie znalazł dobrego modelu biznesowego – pisał TechCrunch dwa miesiące temu. Po czterech latach istnienia, CEO Brian Bordainick ogłosił koniec historii jego startupu, który miał urozmaicić obiady i kolacje w 31 miastach w Stanach Zjednoczonych. Pomysł polegał na tym, aby wyspecjalizowana grupa kucharzy (często pochodząca z najlepszych hoteli i restauracji) oferowała najlepsze potrawy lokalnym smakoszom w wyjątkowych miejscach: na dachach budynków, w starych fabrykach, czy na plażach. Kucharze zrzeszeni w Dinner Lab obsługiwali również przyjęcia i uroczystości.

Niestety, na tym biznesie nie udało się zarobić. Mimo ogromnego wsparcia finansowego (9,1 mln dolarów) i dobrych inwestorów, którzy doradzali jak rozwijać biznes, Dinner Lab nie znalazł odpowiedniego modelu biznesowego, co było główną przyczyną zamknięcia projektu. Brian Bordainick na pomysł wpadł w 2011 roku, w Nowym Orleanie. Na obiady przygotowywane przez jego zespół zaczął zapraszać klubowiczów, którzy uiszczali 60-175 dolarową opłatę roczną (w zależności od miasta).

Na początku Dinner Lab zajmował się organizowaniem późnych kolacji, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Dlaczego? – Po północy ludzie są zazwyczaj pijani, dlatego bardziej opłaca się serwować im posiłki w godzinach wieczornych – mówił CEO Dinner Lab. Model corocznej opłaty członkowskiej nie pozwolił pokryć kosztów działalności firmy, która zatrudniała 70 pracowników. Zmieniło się to, gdy Dinner Lab zrezygnował z corocznej opłaty za członkostwo w klubie. – To sposób na przyciągnięcie ludzi do dołączenia do naszej społeczności – mówił Brian Bordanick.

Na zdjęciu: przygotowania do jednej z kolacji organizowanej przez Dinner Lab | fot. Dinner Lab

Od tego czasu klubowicze płacili za samo dołączenie do klubu (od 125 do 175 dol., w zależności od miasta), ale byli zwolnieni z corocznej opłatę za członkostwo. Oprócz opłaty za dołączenie, każdy zainteresowany płacił za kolację od 55-95 dolarów, wliczając w to podatek i napiwek dla kelnerów. Startup w 2015 roku miał 25 tys. zarejestrowanych klubowiczów, ale goniła go konkurencja - Dishcrawl, która miała 80 tys. członków (mimo mniejszej liczby pracowników i mniejszego wsparcia od inwestorów). Dinner Lab postanowił ją kupić. Pozyskał wtedy 7 mln dolarów na ekspansję, ale w tym samym miesiącu pojawiły się kolejne, poważne problemy.

Zespół ogłosił pierwsze wyniki firmy: na jedną kolację średnio przychodzi 120 osób. W 2012 roku, pierwszym roku działalności, osiągnęła sto tysięcy dolarów przychodu. Rok później wynik ten dobił do 1,4 mln dolarów. W 2014 roku szef zapowiedział, że w kolejnym firma będzie osiągać milion dolarów przychodu miesięcznie.

Firma organizowała coraz więcej kolacji w 31 miastach Stanów Zjednoczonych, każdego tygodnia kucharze przygotowywali ok. 25-30 spotkań dla lokalnych mieszkańców chcących posmakować światowej kuchni. Zatrudniała już 90 pracowników, a jej wycena sięgała 30 mln dolarów. Pieniądze te nie wystarczyły jednak na pokrycie kosztów działania firmy, choć w większych miastach, w których DL organizowało spotkania, kolacje dawały zarobić. Brian Bordainick postanowił więc zwolnić 30 pracowników zatrudnionych na pełnym etacie.

Brian Bordainick, CEO Dinner Labu, ogłosił wtedy, że w drugiej połowie 2015 roku, firma osiągnie próg rentowności. Jeszcze w 2015 roku firma pokładała nadzieje w analizie tego, co lubią jeść klubowicze, by organizować jeszcze więcej kolacji i oferować jeszcze ciekawsze potrawy. – Były to bardzo ważne informacje, ale nigdy ich nie zmonetyzowaliśmy. Myśleliśmy nad sprzedawaniem tych danych, ale doszliśmy do wniosku, że to nie warte zachodu – mówił Bordainick. 

Problemy mają również konkurencyjne projekty. W kwietniu 2016 Kitchensurfing, który pozwalał zamówić kucharza do naszego domu, zakończył działalność. Tak samo dzieje się z Storefrontem, oferującym podobną usługę do Dinner Labu.

Mimo że pierwszy kwartał 2016 roku przyniósł tej ostatniej firmie największe dotąd zyski, wciąż brakowało pieniędzy. – Nie byliśmy w stanie pokryć kosztów dalszego funkcjonowania działalności – pisał szef w oświadczeniu, które opublikował na stronie dawniej przedstawiającej działalność jego firmy. W wywiadzie dla Forbesa powiedział później, że starał się skalować bardzo skomplikowany logistycznie biznes. Problemem było też osiąganie solidnych i wysokich zysków z organizowania kolacji. Brian Bordainick ponownie zapytany, dlaczego nie wyszło odpowiedział: Nie mogliśmy się utrzymać.

– Mamy nadzieję, że będziecie kontynuowali tradycję dzielenia się chlebem z nieznajomymi i dziękujemy z całego serca, że byliście częścią czegoś wyjątkowego – napisał w oświadczeniu CEO startupu, który upadł. Jak inwestorzy zareagowali na to, że biznes, w który zainwestowali 9 mln dolarów nie przetrwał? – Wspierali nas, jak to tylko możliwe. Ale utrata kapitału zawsze jest trudnym doświadczeniem – dodał.

-

W następnej części cyklu pt. "Miliony w błoto", którą opublikujemy w poniedziałek opiszemy historię doświadczonego startupowca, który w swoim życiu zebrał 60 mln dolarów na dwa biznesy i żaden z nich nie przetrwał.

Komentarze (0)