... ... ...

Czas, wiedza, upór… i 30 tabletek dziennie. Tak Wojciech Inglot budował kosmetyczne imperium

Dodane

01-06-2016

Adam Sawicki
Wojciech Inglot miał być naukowcem, ale nie zdał egzaminów wstępnych na studia doktoranckie. Namówił więc siostrę, żeby razem zaczęli produkować kosmetyki. Wierzył, że czas, wiedza i upór zagwarantują mu sukces.

Na zdjęciu: Wojciech Inglot, założyciel firmy Inglot | fot. materiały prasowe

Ponoć rzadko widywało się go w garniturze, bo raczej wolał założyć luźną koszulę, spodnie i wygodne buty. Żył w zawrotnym tempie i zjadał 30 tabletek dziennie, które miały utrzymać organizm w dobrej formie. Przyjaciele Wojciecha Inglota zapamiętali go, jako ciepłego i życzliwego człowieka, a także dynamicznego przedsiębiorcę, który ciągle pracował.

Inglot, firmę, którą zbudował w ciągu około 25 lat, zna cały świat. Przede wszystkim dzięki wysokiej jakości produktom i szerokiej gamie kolorowych kosmetyków, z których korzystają modelki i gwiazdy, m.in. piosenkarka Avril Lavigne. Ale koncern ten mógłby nigdy nie powstać, gdyby jego właściciel dostał się na studia doktoranckie i nie namówił siostry, żeby wspólnie otworzyli biznes. Jak przekonuje, do sukcesu potrzeba trzech rzeczy: czasu, wiedzy i uporu, cholernego uporu.

Po wojsku wraca do Polfy

Po odebraniu dyplomu magistra chemii, 24-letni Wojciech Inglot zamierza zostać w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim i kontynuować edukację. Marzy mu się tytuł doktora i kariera naukowa. Oblewa jednak egzaminy wstępne i dzięki pomocy mentora, profesora Stefana Smolińskiego dostaje pracę w laboratorium badawczym Polfy. Ma tam poczekać do kolejnego terminu naboru i za rok przystąpić jeszcze raz do egzaminów.

– Ale albo ktoś doniósł, albo wojsko samo się zorientowało, że nie studiuję, i zgarnęli mnie na rok – mówi w rozmowie z Wysokimi Obcasami. Trafia wówczas do krakowskiego desantu, a potem, gdy wprowadzono stan wojenny, zostaje przerzucony do koszar, a stamtąd wraca do cywila. Powtórnie więc puka do drzwi Polfy, gdzie z powrotem dostaje posadę, ale i tym razem, niedługo grzeje tam miejsce.

Z siostrą inwestuje oszczędności

Podejmuje decyzję o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka część jego rodziny i gdzie zamierza uruchomić własną firmę. Wkrótce jednak zmienia plany, bo w międzyczasie generał Wojciech Jaruzelski wydaje dekret, w związku z którym państwowi przedsiębiorcy sprzedają niepotrzebny im sprzęt. Na liście sprzedających znajduje się również Polfa, do której niebawem zwróci się Inglot.

Wcześniej odwiedza w rodzinnym Przemyślu siostrę Elżbietę, wówczas pracownicę lokalnego ośrodka pomocy społecznej i proponuje jej, żeby wspólnie zajęli się produkcją kosmetyków. Kobieta zgadza się i wraz z bratem inwestuje oszczędności zarobione podczas pracy zagranicą w zakup urządzeń należących do Polfy. I tak Wojciech Inglot rezygnuje z emigracji za ocean.

Niewyremontowane piętro

– Wróciłem do Przemyśla, jak mówili znajomi, na końcu niczego, totalnym zadupiu zacząłem robić kosmetyki – wspomina. Zresztą do tej pory aż 95 procent asortymentu produkowanego przez firmę zjeżdża z taśmy właśnie tamtejszej fabryki. Według Inglota tak jest lepiej. Zlecanie produkcji Azjatom nie ma sensu, bo cały proces trwałby dłużej nawet pięć razy, a po za tym w fabryce znajduje zatrudnienie około 400 Polaków.

Ale w 1983 roku, kiedy Inglot zakłada przedsiębiorstwo, załoga firmy jest szczuplejsza, a jej siedziba nie przypomina obecnej. Właściwie to tworzą ją wtedy tylko Wojciech i Elżbieta, a także wkrótce nowy członek - brat Zbigniew. Rodzeństwo wynajmuje wspólnie półsurowe piętro w domu jednorodzinnym od ludzi, których nie stać na remont nieruchomości i tam w dwóch pokojach prowadzi biznes, który z czasem stanie się imperium.

Na zdjęciu: Salon Inglota w Mall of Scandinavia w Sztokholmie | fot. facebook.com | modyfikacja: 632x348

Nie pożycza, zarabia

– Na starcie człowiek nie ma odwagi. Liczy się pomysł i potrzeba działania. Budowaliśmy tę firmę od zera (…) – mówi Wojciech Inglot w rozmowie z Gazetą Przemyską. I mimo, że od samego początku zamierza produkować kolorowe kosmetyki, to jednak nie od razu realizuje cel. – Nie chcieliśmy być cudotwórcami, magicznymi złotymi dziećmi, które budują wielkie firmy za cudze pieniądze, po czym z głośnym hukiem upadają – dodaje.

Zasadę: nie pożyczaj, Inglot wyznaje zresztą przez cały czas prowadzenia firmy. Nawet, jeśli wiąże się to z jej wolniejszym rozwojem. Nie szuka więc pomocy w banku i u inwestorów, dlatego na produkcję szminek, tuszów do rzęs i lakierów do paznokci zarabia sam zaczynając od sprzedaży własnej roboty płynu do czyszczenia głowic magnetofonowych.

Dwie miesięczne pensje na pobyt w hotelu

Zyski wpompowuje w produkcję dezodorantu w sztyfcie VIP i wypełnia pewną lukę. W ówczesnej Polsce na półkach Peweksu króluje dezodorant Fa – dla wielu Polaków symbol luksusu, na który zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić. Inglot daje im to, czego chcą: dezodorant w przystępnej cenie. To jest strzał w dziesiątkę. Nie wiadomo do końca ile, ale w ten sposób zarabia pierwsze poważne pieniądze.

Wystarczająco dużo, żeby wsiąść w samolot i wylądować na lotnisku w Nowym Jorku, gdzie organizowany jest kongres Amerykańskiego Stowarzyszenia Chemików i Kosmetyków. Melduje się w piekielnie drogim hotelu Waldorff Astoria, gdzie za noc wydaje około 200 dolarów. – To wtedy była dwumiesięczna pensja w Polsce – wyjaśnia. Warto jednak zabulić, bo to właśnie tam za oceanem, na kongresie, Inglot poznaje prezesów i wiceprezesów dużych firm, którzy wyjaśniają mu jak działa branża.

Wprowadza testery do salonów

Uzbrojony w wiedzę, kontakty i przede wszystkim pomysł wraca do Przemyśla, gdzie w oparciu o recepturę poznaną w Stanach Zjednoczonych robi lakier do paznokci. Pod koniec lat osiemdziesiątych gotowy produkt prezentuje na tragach. Okazuje się, że wyroby Inglota są trzy razy droższe niż te oferowane przez konkurentów. Mimo to uczestnicy wydarzenia są na tyle zainteresowani asortymentem, że ponoć „potłukli gabloty, tak bardzo chcieli kupować”, podaje Polityka.

Wkrótce potem jego asortyment jest upychany na półkach w drogeriach obok innych marek. Inglot zdaje sobie wówczas sprawę, że jego firma padnie, jeśli nie będzie inna niż konkurencja. Wprowadza wtedy testery i od tego momentu panie mogą nakładać makijaż na twarz, zanim wrzucą do koszyka wybrany produkt. Dotychczas było to możliwe raczej w drogich, kojarzonych z luksusem salonach. Klientkom to się podoba, polecają Inglota koleżankom, a sprzedaż rośnie.

Inglot debiutuje w Kanadzie

Z czasem półki w drogeriach nie są już wstanie pomieścić pełnej oferty firmy z Przemyśla. Założycielowi bowiem marzy się stworzenie największej na świecie linii kosmetyków do makijażu. Decyduje się wówczas na ryzykowny ruchu i wycofuje się ze sklepów. Konkurenci pukają się w głowę i pojawiają się plotki o tym, że Inglot bankrutuje. Ten jednak ufa swojej intuicji, wie przecież, co robi.

W pasażach centrów handlowych rozmieszcza wyspy, samodzielne stoiska, gdzie handluje coraz to szerszym asortymentem. Na jeden z takich punktów uwagę zwraca Andy Chełminsky, biznesman i właściciel galerii handlowej w Kanadzie. Kontaktuj się z Inglotem i pomaga mu otworzyć w 2006 roku pierwszy butik za oceanem. Ten stojący w Montrealu przyciąga wzroku kolejnych przedsiębiorców. Wśród nich inwestora z Dubaju, który ściąga polską markę do Emiratów Arabskich.

Na każdy kolejny rynek łatwiej jest wejść

Tam butiki Inglota różnią się nieco od tych, które stoją na zachodzie. Są bardziej luksusowe, z prywatnymi pokojami, gdzie tamtejsze panie mogą spędzić tyle czasu ile tylko potrzebują. Furorę w krajach muzułmańskich robi również oddychający i przepuszczający wodę lakier do paznokci O2M. Według Koranu wyznawcy islamu przed każdą modlitwą muszą dokładnie umyć ręce, w przypadku kobiet także zmyć lakier z paznokci. Używając produktu z fabryki z Przemyśla - nie muszą. Niedziwne więc, że zachwycają się nim Arabki, a później także klientki w innych regionach świata.

Przedsiębiorca nie czeka z resztą na moment aż jego firma osiągnie sukces na danym rynku, tylko jednocześnie atakuje kilka obszarów naraz, chociaż nie zawsze jest to proste.  – Przed otwarciem sklepu w Kuwejcie musieliśmy dostarczyć tam 3 tys. stron dokumentacji. Całą walizkę papierów – mówi w rozmowie z serwisem Sukces Magazyn. Nagrodą z kolei jest większa perspektywa wzrostu. – No i na każdy nowy rynek coraz łatwiej jest nam wejść – dodaje.

Na zdjęciu: Salon Inglot w Nowym Jorku | fot. by Vincent Desjardins, flickr.com CC by 2.0 | modyfikacja: 632x348

600 salonów w tym jeden w Nowym Jorku

Obecnie koncern stworzony przez Wojciecha Inglota działa aż w 80 krajach, gdzie stoi ponad 600 salonów marki. Przed śmiercią, w rozmowie z Gazetą Przemyską wspomina, że te, które znajdują się za granicą generują więcej przychodu niż te z Polski. – I myślę, że w ciągu dwóch następnych lat proporcja będzie wynosiła 70 do 30, a może nawet 80 do 20 – wyjaśnia. Podobnie z resztą ma przybywać butików.

Jeden z najbardziej popularnych stoi na rogu Broadwayu i 49 ulicy w Nowym Jorku. Widoczny jest z daleka, bo migają nad nim wielkie elektroniczne bilbordy. W tym jeden z logo firmy z Przemyśla, który zaraz po uruchomieni przeszklonego salonu wykupił jego właściciel. Na miesiąc po otwarciu, sklep odwiedza wczesnym popołudniem kilka osób, relacjonuje Newsweek. Przeważnie nastoletnie dziewczyny, które przychodzą tu upudrować nosek i nałożyć cień na powieki. Większy ruch zaczyna się ponoć nieco później. Pewnie, gdy ludzie kończą pracę.

Pigułki mają zadbać o dobrą kondycję

To właśnie Stany Zjednoczone Wojciech Inglot obiera za główny cel ekspansji. Zamierza postawić tu mniej więcej 30 butików w różnych miastach. Tu zresztą spędza sporo czasu, żyje i wynajmuje mieszkanie w Nowym Jorku. Chyba, że jest akurat w rozjazdach. Przyznaje zresztą, że dużo podróżuje, przez co ma rozregulowany cykl spania i niespecjalnie dużo czasu na sport. Ale ratuje się chemią, która wierzy – czyni cuda. Przecież dzięki niej zrobił karierę.

Łyka więc dziennie 30 tabletek, taką własną kompozycję pigułek: mieszankę ekstraktów ziołowych, witamin i minerałów. Tym razem jednak chemia zawodzi. 23 lutego 2013 roku Wojciech Inglot dostaje wylewu i niespodziewanie w wieku 58 lat umiera. – Nie wiem, jak to jest, gdy umierają inni giganci biznesu, ale po śmierci Wojtka wczoraj w Przemyślu i Warszawie naprawdę lały się łzy. Płakaliśmy po nim wiele godzin. Ten człowiek był wyjątkowy – wspomina przyjaciela w rozmowie z naTemat Mariusz Ziomecki.

Życie po śmierci

Po śmierci założyciela pojawiają się pytania: co dalej będzie z firmą? Ziomecki wyjaśnia, że koncern jest na tyle dobrze poukładany, że nie ma pożaru. Każdy wie co ma robić, no i za jego sterami pozostaje siostra Elżbieta Inglot-Kobylańska, brat Zbigniew Inglot i kilku pracowników oddanych rodzinnemu przedsiębiorstwu.

– Wojciech Inglot zostawił świetnie przygotowaną i dobrze prosperującą firmę. Miał jasno określoną wizję marki i zawsze stawiał sobie ambitne cele. Wizja i misja marki pozostały te same. My skupiamy się na konsekwentnym realizowaniu naszych założeń – mówi w rozmowie z Wirtualna Polską Magdalena Kluz-Pękalska, wiceprezes marki. Zapewnia, że dalej się rozwija i mimo, że straciła głównego członka załogi, ma się dobrze.

Sklepów przybywa

Dowodzi tego chociażby tempo powstawania nowych salonów i plany firmy. Średnio co tydzień na świecie powstaje od 1,5 do 2 sklepów Inglota. Do 2020 roku w Indiach pojaw się aż sto nowych butików. Tego pewnie chciałby Wojciech Inglot, który marzył o budowie firmy o globalnym zasięgu. 

Komentarze (0)