Kilka lat temu latające samochody były tylko wizją. Dzisiaj pracują nad nimi przynajmniej trzy zespoły startupowców. Niebawem takie pojazdy opuszczą fabryki i będą wozić pasażerów na całym świecie. Już w lipcu mieszkańców i turystów w Dubaju.

Już w 2050 roku aż 70 procent populacji będzie żyć w miastach. Przybędzie wówczas samochodów i w efekcie drogi staną się tak zatłoczone, że w korkach będziemy spędzać jeszcze więcej czasu. Nic dziwnego, że startupowcy na całym świecie pracują nad rozwiązaniami, które usprawnią transport i rozładują ruch na ulicach. Przykładem są latające taksówki, które niebawem trafią do sprzedaży. 

Na zdjęciu: AeroMobil | fot. materiały prasowe 

AeroMobil ze Słowacji

Słowacki startup AeroMobil zaprezentował w ubiegłym tygodniu latający samochód Flying Car. Przedstawiciele firmy wyjaśniają, że jest on gotowy do produkcji i że trafi w ręce pierwszych klientów w 2020 roku. Na początku zamierzają wyprodukować 500 takich pojazdów, ale żaden z nich nie będzie tani. Ma kosztować mniej więcej 1,5 miliona euro i żeby usiąść za jego sterami będzie wymagana licencja pilota.

Nie każdy więc pozwoli sobie na taką maszynę – przynajmniej do czasu. Autorzy projektu tłumaczą, że w długoterminowej perspektywie zamierzają zoptymalizować koszty latania oraz wprowadzić różne modele dystrybucji. Wówczas niekoniecznie będzie trzeba posiadać latający samochód na wyłączność, ponieważ będzie można go wynająć albo zamówić podwózkę. Wszystko to ma sprawić, że zmaleje natężenie ruchu na ulicach.

Futurystyczny pojazd przypomina nieco ten, którym poruszał się Batman. Jest niewielki, pomieści dwie osoby, podręczny bagaż, a jego załadunek nie może przekroczyć 240 kilogramów. Maszyna porusza się po lądzie z maksymalna prędkością 160 kilometrów na godzinę oraz potrzebuje pasa startowego i trzech minut, aby wznieść się w powietrze. Na razie więc nie oderwiemy kół pojazdu od autostrad albo tras szybkiego ruchu.

Jeśli jednak Flying Car znajdzie się w powietrzu, to rozpędzi się do blisko 260 kilometrów na godzinę i przeleci na jednym baku mniej więcej 750 kilometrów. Póki co pojazd został dopuszczony do ruchu tylko w Europie. Przedstawiciele firmy zamierzają także uzyskać zgodę władz w Stanach Zjednoczonych i Chinach. Pytanie tylko, ilu nabywców znajdą, skoro maszyna jest tak droga i nie można wznosić się w powietrze z dowolnej ulicy.

Na zdjęciu: Lilium | fot. materiały prasowe 

Lilium z Niemiec

Niemiecki startup Lilium także pracuje nad latającymi samochodami. W przeciwieństwie do pojazdów skonstruowanych przez inżynierów ze Słowacji, maszyna zza naszej zachodniej granicy nie potrzebuje pasa startowego, aby oderwać się od ziemi. Zarówno podczas startu jaki i lądowania, unosi się i obniża w pionie. Do tego jest szybsza, bo rozpędza się do 300 kilometrów na godzinę. Właśnie przeprowadzono jej pierwszy lot testowy.

Podczas programu pilotażowego na pokładzie pojazdu nie znajdowali się ludzie. Mimo to autorzy projektu są zadowoleni z jego przebiegu, ponieważ latający samochód wykonał kilka skomplikowanych manewrów i z każdym sobie poradził. Niemniej zamierzają przetestować maszynę także z udziałem załogi, co ma nastąpić za dwa lata. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Lilium Jet trafi na rynek w 2025 roku.

– Rozwiązaliśmy kilka najtrudniejszych problemów w lotnictwie, aby znaleźć się w miejscu, w którym jesteśmy. Pomyślnie zrealizowany program lotów testowych pokazuje, że nasza przełomowa technologia działa zgodnie z założeniami. Teraz możemy skupić się na projektowaniu 5-osobowego statku – piszą przedstawiciele Lilium. Wyjaśniają, że w przyszłości takie maszyny będą wykorzystywane jako taksówki.

Ich zdaniem będą przemieszczać się przynajmniej pięć razy szybciej niż robią to samochody w najbardziej zatłoczonych miastach na świecie. Na przykład podróż z Manhattanu na lotnisko Johna F. Kennedy’ego w Nowy Jorku potrwa nie pięćdziesiąt pięć minut, ale zaledwie pięć. Na razie jednak nie wiadomo, ile będzie kosztować przejazd taką taksówką.

Na zdjęciu: EHang 184 | fot. materiały prasowe 

EHang 184 z Chin

Już w lipcu mieszańcy Dubaju i odwiedzający go turyści wsiądą na pokład autonomicznego drona osobowego EHang 184. Associated Press podaje, że pojazd zmieści tylko jednego pasażera o wadze do 100 kilogramów i niewielką walizkę. Po zajęciu miejsca, będzie trzeba na specjalnym panelu określić miejsce, do którego chce się dotrzeć i tyle. Resztę zrobi maszyna i obsługa na ziemie.

Dron będzie przemieszczał się po raczej niewielkich odcinkach, ponieważ bateria, w którą został wyposażony pozwala na pokonanie mniej więcej 50 kilometrów albo na lot trwający trzydzieści minut. Rozpędzi się maksymalnie do 160 kilometrów na godzinę, ale według lokalnych władz będzie latać wolniej, bo z prędkością około 100 kilometrów na godzinę.

Maszyna została już przetestowana przez Urząd Lotnictwa Cywilnego w Dubaju i dopuszczona do ruchu. Tamtejsze władze mają ambicję, aby do 2030 roku 25 procent pojazdów poruszających się po mieście było bezzałogowych. Jeśli faktycznie osobowe drony pojawią się w przestrzeni powietrznej w lipcu tego roku, to Dubaj będzie pierwszym miastem na świecie, który wprowadził do ruchu taki środek transportu.

Z podobnymi planami noszą się władze w Las Vegas, którzy czekają tylko na potwierdzenie licencji przez Federalną Administrację Lotnictwa. Nad latającymi samochodami i taksówkami pracują nie tylko startupy, ale także koncerny zajmujące się produkcją samolotów pasażerskich. Jednym z nich jest Airbus, którego przedstawiciele zapowiedzieli w styczniu, wyprodukowanie takich maszyny.

-

Wydaje się, że w najbliższym czasie mało kto będzie mógł sobie pozwolić na zakup takiego pojazdu jaki proponuje AeroMobil. Bardziej prawdopodobne jest, że zainwestują w nie miasta i przedsiębiorcy, aby świadczyć usługi transportowe. Jednak zanim do tego dojdzie, będą musieli zbudować infrastrukturę, która obsłuży latające samochody. 

Komentarze (0)