Na początku zespół chciał, żeby Airly było designerskim urządzeniem. Sensory miały informować o tym, czym oddychamy, był też pomysł o spięciu tego z oczyszczaczami powietrza i wentylacją. Okazało się, że nikt nie chciał zapłacić kilkaset złotych za sensor. Innego zdania byli włodarze kilku gmin.

Na zdjęciu: Wiktor Warchałowski, Prezes Zarządu Airly

Model biznesowy na nowo

– Kto kupiłby urządzenie za kilkaset złotych, aby zobaczyć jak zły powietrzem oddycha? Ludzie wolą zainwestować w oczyszczacz. Musieliśmy więc przemyśleć model biznesowy na nowo – mówi Wiktor Warchałowski, jeden z czwórki założycieli Airly. W zespole tego startupu tworzącego sensory do mierzenia poziomu smogu znaleźli się także Aleksander Konior, Michał Misiek i Michał Kiełtyka.

To ta czwórka znajomych postanowiła sprawić, że zainteresujemy się zagadnieniem związanym z zanieczyszczeniem powietrza, które jeszcze kilka lat temu trudno było dokładnie zmierzyć. – A dokładne zbadanie problemu jest pierwszym krokiem do jego rozwiązania – dodaje Wiktor Warchałowski. Pracując nad modelem sprzedaży zespół pomyślał o miastach i gminach.

Otwarci na oddychanie

– Na początku widzieliśmy jedynie aspekt społeczny  – chcieliśmy realnie wpłynąć na zanieczyszczenie powietrza, które dotyczy nas i naszych rodzin. To było coś, co napędzało nas ostro do przodu  – mówi Warchałowski. Dlatego skupili się na stworzeniu sensora i instalacji kilkudziesięciu sztuk na terenie gminy, która była otwarta na informowanie mieszkańców o tym, czym oddychają.

Pierwsza sieć powstała w podkrakowskiej gminie Zielonki, a zespół Airly zainstalował tam 42 sensory jakości powietrza, które stworzyły gęstą sieć. Dzięki temu mieszkańcy tamtych rejonów dowiedzieli się, jakim powietrzem oddychają i na bieżąco mogą obserwować odczyty z urządzeń na internetowej platformie map.airly.eu.

Problemu nie ma?

– Chwilę później własnymi środkami stworzyliśmy – prawdopodobnie – pierwszą miejską sieć sensorów jakości powietrza w Krakowie, która pozwoliła na udostępnienie danych z miejsc oddalonych od stacji WIOŚ. Sami sfinansowaliśmy blisko 100 urządzeń na terenie całego Krakowa w ramach akcji #KrakówOddycha, miasto nie było bowiem zainteresowane współpracą – mówią założyciele.

Brak zainteresowania ze strony włodarzy miast to główny problem związany z rozwojem Airly. Najczęściej spotykanym klientem Airly jest miasto/gmina, które realnie chcą coś zmienić, a samorząd chce walczyć ze smogiem i uświadamiać mieszkańców. Niestety część udaje, że problemu nie ma i nie widzi potrzeby w jeszcze bardziej precyzyjnym badaniu poziomu jakości powietrza.

Samoedukacja społeczności

Nie przekonuje ich nawet przykład tragedii w Fukushimie. To tam w marcu 2011 roku w wyniku trzęsienia ziemi doszło do wyjątkowo groźnej awarii elektrowni atomowej i napromieniowania okolicy miasta. – Już kilkanaście dni po wypadku na zdewastowane ulice Fukushimy wyszli wolontariusze projektu ze skonstruowanymi specjalnie na tę okazję licznikami Geigera-Mullera – mówi Warchałowski.

Mierzyli oni poziom napromieniowania w konkretnych miejscach i za pomocą specjalnej aplikacji w smartfonach przesyłali dane do centrum dowodzenia. – Projekt Safecast, zrealizowany zgodnie z ideą tzw. citizen science (samoedukujących się i współdzielących wiedzę społeczności) zyskał ogromną popularność i przyczynił się do szybszej rewitalizacji napromieniowanych terenów – dodaje.

Precyzja pomiaru

Społeczna aktywność nie ograniczyła się do protestów pod rządowymi gmachami a weszła w etap realizacji konkretnych działań. W tych działaniach chce pomóc Airly, który pozwala dokładnie zbadać poziom jakości powietrza. I choć robią to stacje pomiarowe, to są stawiane tylko w kilku miejscach, a sensory ze względu na rozmiar mogą być montowane w kilkudziesięciu miejscach, co zwiększa precyzyjność pomiaru.

Taki problem spotkał właśnie założycieli Airly. Chcieli sprawdzić jakość powietrza, którym będą oddychać podczas maratonu biegowego. Okazało się, że stacja pomiarowa jest oddalona od miejsca, w którym będą biegać, dlatego jej pomiar był niedokładny. Wtedy Wiktor Warchałowski, Aleksander Konior, Michał Misiek i Michał Kiełtyka postanowili w "garażu" stworzyć prototyp Airly.

Praca w laboratoriach

– Początki Airly to typowa praca w garażu (a raczej laboratoriach na uczelni). Próbowaliśmy stworzyć coś, co pomoże monitorować jakość powietrza. W pewnym momencie zaczęło brakować miejsca na warsztat w mieszkaniach. Czasem się śmieję, że przed pozyskaniem inwestycji pracowaliśmy 16 godzin dziennie (z przerwą na sen), po inwestycji już nie śpimy – mówi Wiktor Warchałowski.

Na zdjęciu: zespół założycielski Airly

Zespół Airly na rozwój pozyskał wsparcie inwestora i zarabia na sprzedaży gminom sensorów, które stale mierzą poziom zanieczyszczenia powietrza i dane przesyłają na serwer, dzięki czemu szybciej trafia na stronę projektu. – Sprzedajemy urządzenia do miast/gmin, a następnie pobieramy opłatę subskrypcyjną za przetwarzanie, wizualizację i udostępnianie danych na platformie map.airly.eu – dodaje.

Plany

Dziś Airly bada jakość powietrza w ponad 20 gminach, w których działa blisko 250 urządzeń. Celem zespołu jest pokrycie całej Polski swoimi sensorami i rozpoczęcie ekspansji zagranicznej. – Do tego potrzebny jest spory zespół, więc na pewno poszerzenie go jest jedną z rzeczy do zrobienia. W głowie mamy również wiele pomysłów – być może pojawi się również nowy produkt Airly – mówi Warchałowski.

Komentarze (0)