Nie jestem znawcą i bywalcem startupowego środowiska. Wkroczyłem do niego stosunkowo niedawno, ale już zdążyłem zetknąć się z sytuacjami, które przeczą twierdzeniu, iż tworzenie startupów jest biznesem pozbawionym negatywnych emocji, procesem tworzenia prawdziwej wartości przez wyznających wysokie standardy moralne młodych przedsiębiorców. Za dużo udajemy.

Pełna treść artykułu dostępna dla naszych stałych czytelników

Dołącz do naszego newslettera lub podaj swój adres, jeśli już jesteś naszym subskrybentem

Partner technologiczny

Większość z mojej kilkunastoletniej kariery spędziłem w „tradycyjnych” biznesach, w których normy etyczne były często naginane. Przed wejściem do świata startupów naiwnie wierzyłem, że branża ta jest diametralnie inna od pozostałych. Że nie ma w niej miejsca dla małostkowych zachowań. Myliłem się.

fot. Fotolia

Przypadek numer jeden

Rysiek od długiego czasu starał się rozwinąć swój startup sprzedający dopasowane do indywidualnych potrzeb klienta części garderoby. Pracował na etacie i, jak to zazwyczaj bywa, nie miał odpowiednich zasobów do tego, aby poświęcić się rozwijaniu swojego biznesu. Znał jednak Staszka, który był aniołem biznesu. Staszek zapalił się do projektu i zaczął przygotowywać biznes plan, budżet i strategię wejścia na rynki ościenne. Potem jeszcze wpadł na pomysł, aby Rysiek wystąpił na jednym z ogólnopolskich konkursów dla startupów, a następnie wziął się za przygotowywanie go do wystąpienia, szlifował prezentację i argumenty dla jury. Byli umówieni, że za swoją pomoc Staszek będzie miał możliwość objęcia tradycyjnych kilku procent w nowo zakładanym biznesie w momencie, gdy pojawi się inwestor zewnętrzny w postaci funduszu. Nie podpisywali jednak żadnych umów. W końcu zaufanie w świecie startupów to podstawa.

Startup Ryśka wygrał konkurs. Fundusze zaczęły interesować się projektem. Staszek, jako inwestor, uczestniczył w negocjowaniu listów intencyjnych i wycen. Na miesiąc przed podpisaniem umowy inwestycyjnej z funduszem, Rysiek wycofał się z ustnych umów ze Staszkiem. Ich drogi się rozeszły. Spotkałem zgorzkniałego Staszka kilka miesięcy po tym zdarzeniu. Mówił, że pozostał mu niesmak i nauka, że zawsze należy podpisywać umowę przed udzieleniem pomocy drugiej stronie.

Przypadek numer dwa

Marek był znanym przedsiębiorcą internetowym. Od dłuższego czasu rozwijał ciekawe projekty, które przynosiły mu zasłużoną sławę w kuluarach środowiska startupowego. Zaraz po studiach stworzył, rozwinął i sprzedał grupie medialnej swój pierwszy projekt, na czym zarobił swoje pierwsze pieniądze. Później założył software house gdzie produkował dedykowane rozwiązania dla klientów, ale nie był z tego zbyt dumny. Dwa lata temu wpadł na pomysł całkiem nowego przedsięwzięcia, na który pozyskał inwestora w postaci funduszu 8.1.

Niestety dla Marka blisko rok temu w jego segmencie pojawił się silny gracz europejski, który rozpoczął niesamowicie silną akcję promocyjną, zaczął przejmować jego klientów i przyczynił się do znacznego obniżenia marż. Praktycznie z dnia na dzień biznes Marka przestawał istnieć.

Spotkałem go niedawno na konferencji. Próbował mnie przekonać, że jego konkurent jest słaby, nie zna lokalnego rynku, a on sam do sukcesu potrzebuje tylko i wyłącznie zwiększonych nakładów na marketing i kolejnej inwestycji, która pozwoliłaby mu walczyć ceną z konkurencją. Poczułem się jakby mnie chciał naciągnąć na inwestycję w projekt, który czym prędzej należałoby spisać na straty. Oszukiwał mnie.

Przypadek numer trzy

Ania pracowała z Grzegorzem przy projekcie serwisu dla miłośników snowboardu. Jako współzałożyciele funduszu dzielili się pracą zgodnie z posiadanymi przez siebie kompetencjami. Ona zajmowała się sprzedażą i marketingiem, a on – sprawami technologicznymi. Pozyskali nawet środki unijne, które zagwarantowały funkcjonowanie ich projektu przez ostatni rok. Niestety, jak to często bywa, życie zweryfikowało ich plany. Pieniądze na rozwój projektu się skończyły, a oni nie potrafili doprowadzić do osiągnięcia rentowności operacyjnej. Na początku z projektu odeszli Ci, którzy najszybciej potrafili znaleźć nową pracę. Później zaczęły się kłótnie i szukanie winnych. Na końcu wszyscy się rozeszli i zaczęli kolejny etap życia.

Spotkałem Anię niedawno w pociągu. Zmieszała Grzegorza z błotem zarzucając mu niekompetencje, brak wiedzy, zaangażowania i decydujący wpływ na niepowodzenie tamtego projektu.

Zdawało mi się, że przypadki Ryśka, Marka i Ani to odosobnione historie. Takie straszne bajki, które piastunki opowiadają niegrzecznym dzieciom po to, aby wymusić pozytywne zachowanie. Jestem przekonany, że zachowania takie mają jeden wspólny mianownik. Jest nim strach przed porażką. Udajemy, oszukujemy, zwalamy winę na innych i nie potrafimy przyznać się do własnych błędów, ponieważ obawiamy się negatywnej oceny innych przedsiębiorców. Każdy projekt musi być udany. Każda inwestycja – zakończona znaczącym zwrotem z inwestycji.

I chyba tylko doświadczenie pozwala nam w pewnym momencie uwolnić się od strachu i powiedzieć sobie i innym, że nie musimy udawać. Przyznawajmy się, że to my zawiniliśmy. Jeśli to zrobimy, łatwiej będzie nam podnieść się ze zgliszczy.

PS Wszystkie opisywane postaci i przypadki są czysto hipotetyczne, a wszelka zbieżność i podobieństwo do osób realnych jest przypadkowa.

Marcin Zabielski

Partner zarządzający Hedgehog Fund.

Brał udział w ponad pięćdziesięciu procesach restrukturyzacyjnych i budowaniu biznesu pełniąc funkcję interim managera, zewnętrznego Project managera, konsultanta, zajmował także wysokie stanowiska kierownicze. Działał też zarówno jako przedsiębiorca jak i inwestor. Zrestrukturyzował ponad 10 firm zatrudniających powyżej 1000 pracowników z obrotami przekraczającymi ponad 70 milionów dolarów. Specjalizuje się w nowych technologiach (m.in. serwisy rekrutacyjne, społecznościowe, aukcje internetowe, e-commerce) oraz telekomach, ale ma również doświadczenie w branżach ubezpieczeniowej, dystrybucji leków, bankowości, transporcie oraz FMCG. W przeszłości m.in. Business Development Direcotr w Grupie Pracuj oraz Prezes Zarządu Profeo.pl.

Komentarze (0)