Zaarly.com

Podstawowym założeniem Zaarly jest stworzenie rynku dla rzeczy i usług, które do tej pory nie były urynkowione. Brzmi to enigmatycznie, ale wbrew pozorom pomysł jest bardzo prosty.


Start: 20 lutego 2011
Kraj: USA
Twórcy: Bo Fishback, Ian Hunter, Eric Koester

Serwis miał swoją premierę na Startup Weekend w Los Angeles, ale już wcześniej zaczęło być o nim głośno głównie za sprawą buzzu na Twitterze uskutecznianego przez Levara Burtona oraz Demi Moore. Twórcom Zaarly udało się pozyskać milion dolarów od inwestorów, wśród których znaleźli się m. in. Ashton Kutcher, Naval Ravikant, Bill Lee, Paul Buchheit, Felicis Ventures oraz, powiązany z Grouponem, Lightbank.

Podstawowym założeniem Zaarly jest stworzenie rynku dla rzeczy i usług, które do tej pory nie były urynkowione. Brzmi to enigmatycznie, ale wbrew pozorom pomysł jest bardzo prosty. Nabywca (ktoś, kto szuka czegoś) podaje na Zaarly.com swoją lokalizację, opis potrzeby, określa ramy czasowe i cenę, którą oferuje za jej spełnienie. Wiadomość trafia do systemu, jest również umieszczany komunikat na Twitterze. Następnie, Zaarly łączy nabywcę z potencjalnym sprzedawcą za pomocą anonimowej rozmowy telefonicznej, podczas której strony ustalają szczegóły transakcji.

Przykład:

Jestem na wykładzie i nagle nachodzi mnie ochota, żeby zjeść bigos. Loguję się do Zaarly, wpisuję adres uczelni i numer sali wykładowej, opisuję swój problem i ustalam czas na wykonanie zlecenia oraz gratyfikację za dostarczenie mi bigosu na wykład. Wiadomość idzie w świat, ktoś kto jest blisko i ma dostęp do bigosu spełnia moją potrzebę, ja mu za to płacę przez PayPala i wszyscy są szczęśliwi.

Jak na razie, Zaarly jest darmowym serwisem, ale ma się to wkrótce zmienić. Startup zamierza postawić na model biznesowy polegający na pobieraniu prowizji od płatności.

Komentują:

Arkadiusz Hajduk, manager inwestycyjny, SpeedUp Venture Capital Group

Z jednej strony, Zaarly adresuje realną potrzebę - każdy z nas znalazł się przecież w sytuacji, kiedy był gotowy zapłacić "teraz" niemal każdą cenę (zazwyczaj wyższą niż cena rynkowa) za jakąś usługę czy produkt. Zaarly pomoże nam ogłosić naszą potrzebę, a dodatkowo obiecuje również znaleźć osobę/firmę, która ją zaspokoi.

Za projektem stoi zespół z doświadczonym liderem - Bo Fishback pracował w Fundacji Kauffmanna, jednej z największych fundacji zajmujących się przedsiębiorczością.

Dodatkowo w ciągu miesiąca od rozpoczęcia działalności Zaarly zdążyło m.in. wygrać Startup Weekend w Los Angeles, zebrać milion dolarów od inwestorów jak Ashton Kutcher, czy też wystartować zamkniętą betę podczas konferencji SXSW w Austin.

Z drugiej strony widzę co najmniej 3 spore zagrożenia dla sukcesu Zaarly.

Pierwszy z nich to częstotliwość z jaką pojawia się potrzeba, za którą chcielibyśmy zapłacić pilnie i być może więcej niż "normalna" cena. Wydaje się, że to będzie główny sposób używania tej aplikacji - przy "zwykłych" transakcjach na dłuższą metę to jednak rynek sprzedających - przedstawiających swoją ofertę przeważa (Zaarly opiera się na założeniu, że to rynek kupujących stawia warunki, jednakże zawsze ilość ofert sprzedaży jest większa niż ofert kupna).

Drugi to ilość ludzi, która musi regularnie/codziennie korzystać z takiej aplikacji - tutaj każdy nowy użytkownik zwiększa prawdopodobieństwo satysfakcji z Zaarly, a brak szybko wzrastającej liczby użytkowników to pewna śmierć projektu.

Ostatnia wątpliwość jaką mam to, to czy czasem oferta Zaarly nie jest tylko funkcjonalnością dla serwisu geolokalizacyjnego, jak chociażby Foursquare, zamiast pełnego produktu/biznesu. Taka funkcjonalność zresztą miałaby sens - Foursquare ma użytkowników, którzy okazjonalnie korzystając z tej funkcjonalności, mogliby zapewnić firmie alternatywny strumień przychodów.

Pozostaje więc zaczekać i zobaczyć czy zespół Zaarly ma plan rozwoju produktu, który rzeczywiście uczyni go niezbędnym dla tysięcy ludzi w ich życiu codziennym.

Mateusz Kleska, Faworky.pl

Pomysł na odwrócenie procesu kupowania jest bardzo ciekawy. Odpowiada on istniejącym trendom, skupiającym się coraz bardziej na tym, czego potrzebuje klient, który jest w stanie za coś zapłacić. Idea realizacji dowolnego zapotrzebowania w zamian za wynagrodzenie, wydaje się jak najbardziej trafna.

Zastanawia jednak brak jakiejkolwiek kategoryzacji żądań klientów. Brak specjalizacji, czy też kategorii (choćby cenowej) usług powoduje, że usługi półprofesjonalne czy profesjonalne mogą zginąć w gąszczu usług typu "dostarcz mi kawę na spotkanie za godzinę".

Bez znajomości szczegółów modelu biznesowego trudno powiedzieć coś więcej, jednak chyba warto śledzić rozwój portalu.

Czy ja i zespół Faworky.pl gotowi bylibyśmy podjąć się podobnego projektu?

To dość łatwe pytanie - uruchomiliśmy własny startup, więc nie boimy się wyzwań. Pomysł na Zaarly.com wydaje się trafiony, więc czemu nie? Póki co jednak staramy się skupiać na rozwoju serwisu Faworky.pl, który chwilowo jest naszym oczkiem w głowie :). Poza tym podjęcie takiej decyzji wymaga dokładnej analizy modelu biznesowego, analizy ryzyka i potencjalnego rynku, nikt nie chce robić nic na łapu capu.

Czy coś takiego jak Zaarly mogłoby się sprawdzić na polskim rynku?

Trudno powiedzieć. Zasada działania Zaarly.com zakłada niemal stałą obecność w internecie osób gotowych do wykonania usługi czy dostarczenia produktu. Bez aplikacji na telefony komórkowe, przy pomocy których łatwo i w każdym miejscu można by było śledzić powstające oferty, trudno byłoby odpowiadać na pilne zapotrzebowania. Do tego w ogromnej większości usługi są ściśle związane z lokalizacją. Pamiętajmy, że w USA mamy o wiele większe aglomeracje miejskie niż w Polsce. W dużych miastach tego typu serwis sprawdzi się o tyle dobrze, że jednocześnie duża ilość osób widzi ogłoszenia z danego rejonu. W Polsce, nie licząc może 10 największych miast, pomysł ten narażony jest na ogromne ryzyko braku ruchu. Jeśli w serwisie nie będzie pojawiało się dużo ofert, a przyrost użytkowników nie będzie duży, serwis szybko zostanie zapomniany, bo nie będzie aktywny, żywy.

Jaka jest przewaga modelu działania Faworky.pl nad Zaarly.com?

W pewnej części oba serwisy są do siebie podobne. Zarówno w jednym, jak i w drugim, użytkownik pilnie potrzebujący wykonania danej usługi może wyrazić gotowość zapłaty za taką usługę. Faworky.pl gwarantują, że usługa będzie po stałej cenie. Zaarly.com stwarza ryzyko, że nawet jeśli zgłosimy swoją chęć wykonania usługi, ktoś inny może rzucić niższą cenę, co przekona kupującego i ostatecznie my nie zarobimy nic. W tym aspekcie Faworky.pl mają pewną przewagę.

Faworky.pl umożliwiają także ocenianie wykonanych usług, dzięki czemu przed kupnem usługi widzimy, czy do tej pory użytkownik był oceniany pozytywnie, czy nie, i wybrać tego, który jest wiarygodny. To kolejny atut.

Następnym, a na pewno nie ostatnim atutem Faworky.pl w stosunku do Zaarly.com jest to, że poszukujący oferty może w krótkim czasie znaleźć na Faworky.pl nie tylko to, czego szukał, ale też to, czego potrzebuje, a nie wiedział, że może znaleźć w sieci. W Zaarly.com potrzebujący musi wiedzieć, wyobrażać sobie, jakiego typu usługi są w stanie wykonać inni użytkownicy serwisu. Na Faworky.pl nie musi sobie tego wyobrażać - wystarczy przejrzeć kilka stron ofert, wyszukać oferty w kategoriach lub wg. słów kluczowych. I okaże się, że weszliśmy na Faworky.pl poszukując usługi A, a znaleźliśmy i kupiliśmy dodatkowo usługi B i C, o których nawet nie wiedzieliśmy, że są do kupienia w sieci.

Sylwia Konik, freelancity.pl

Pomysł na Zaarly jest prosty – twórcy mają zamiar umożliwić zarejestrowanym użytkownikom sprzedaż w czasie rzeczywistym pewnych usług czy też dóbr, które do tej pory nie były możliwe do kupienia. Zgodnie z myślą: wszystko ma swoją cenę, więc napisz czego oczekujesz a my znajdziemy osobę, która to zrealizuje.

W Polsce na podobnym, w pewnym sensie, pomyśle bazuje już jeden start-up, który oferuje możliwość wrzucania do sieci zdjęć robionych w ubraniach przymierzanych w sklepie, po to, aby w krótkim czasie otrzymać od internautów informację zwrotną, w której bluzce czy spódnicy dana dziewczyna wygląda najlepiej.

Zaletą rozwiązania oferowanego powyżej oraz tego przez Zaarly jest możliwość uzyskania szybkiej odpowiedzi – w ciągu kilku/kilkunastu minut klient serwisu otrzymuje konkretną odpowiedź od innych, którzy akurat śledzą wpisy poprzez Facebooka czy Twittera.

Na pewno na polskim rynku sporym ograniczeniem jest kwestia rentowności takiego przedsięwzięcia. Niestety Polacy ciągle jeszcze nie przywykli do tego, że za wykonane usługi trzeba płacić prowizje pośrednikom i próbują to ominąć wszelkimi sposobami np. dobijając ostatecznie transakcji poza serwisem.

Kolejna sprawa to możliwość nadużyć. Zarówno jeśli chodzi o rodzaj oferowanych usług czy towarów – np. narkotyki czy seks, ale także i próby wyłudzenia pieniędzy. Bardzo głośna była ostatnio sprawa kilkuset osób, naciągniętych w serwisie aukcyjnym przez oszusta podającego się za sprzedawcę drogich perfum. Okazało się, że przez kilka lat działał podszywając się pod inne rzeczywiste osoby. Namierzenie go przez policję, nawet przy współpracy z portalem, okazało się bardzo trudnym zadaniem.

Wygląda na to, że Zaarly może wzbudzić w początkowej fazie spory entuzjazm. Szczególnie wśród młodych internautów, którzy są skłonni do testowania nowinek, zwłaszcza jeśli mogą to robić nieodpłatnie. Wprowadzenie opłat z pewnością ostudzi zapał i zahamuje rozwój serwisu na szerszą skalę. Nie wydaje mi się jednak żeby poza chwilową modą, model Zaarly miałby szansę zdobyć większą popularność w Polsce.

Co więcej, ze względu na dużą ilość ciekawych portali społecznościowych, które powstają w ostatnim czasie, również dzięki dotacjom unijnym, nowi gracze muszą się wykazać sporym budżetem oraz zorganizować ciekawą kampanię, aby się przebić w świadomości internautów.