Bo oto mamy rok 2026, a koreański związek zawodowy w Hyundaiu postanowił powiedzieć głośno to, co wielu pracowników fabryk i magazynów myśli od dawna: humanoidalne roboty to nie tylko przyszłość, ale też potencjalny „employment shock”. Związek ostrzega, że jeśli firma zacznie wdrażać humanoidy na liniach produkcyjnych bez ich zgody, skończy się to trzęsieniem ziemi na rynku pracy.
A Hyundai? Hyundai patrzy w excel, patrzy w akcje, patrzy na marketing i mówi: Atlas.
Atlas? Ale kim jest Atlas?
Atlas to robot, który ma „pomagać”, a wygląda jak plan oszczędnościowy na dwóch nogach. W teorii wszystko jest piękne: humanoidalny Atlas od Boston Dynamics (spółki należącej do Hyundai Motor Group) ma być kolegą z pracy, który bierze na siebie rzeczy ciężkie, powtarzalne i niebezpieczne. Brzmi jak ulga dla człowieka.
Brzmi jak ratunek!
Tylko że w praktyce robot kolega z pracy ma tę wadę, że:
- nie idzie na L4,
- nie ma urlopu na żądanie,
- nie negocjuje podwyżek,
- nie bierze udziału w strajku,
- i jest gotowy do skalowania szybciej niż TikTok trend.
Zgodnie z informacjami Reutersa, Hyundai planuje rozpocząć wdrażanie humanoidów w 2028 r. (najpierw w fabryce w stanie Georgia w USA), a docelowo mówi się o produkcji na poziomie 30 tys. robotów rocznie.
To już nie jest „pilotaż w jednym zakładzie”. To jest strategia.
Związki zawodowe mówią: „ani jeden robot bez porozumienia”
Koreański związek zawodowy Hyundai Motor nie bawi się w eufemizmy. Wprost podkreśla, że żaden robot wykorzystujący nowe technologie nie powinien wejść na halę bez porozumienia pracowniczo-pracodawczego. I trudno się dziwić. Jeśli masz pracować ramię w ramię z robotem, który wygląda jak człowiek i potrafi wykonywać coraz więcej zadań, to pojawia się niepokojące pytanie: czy to naprawdę współpraca, czy powolne szkolenie własnego następcy?
Inwestorzy kochają roboty. Pracownicy – już mniej
Jest w tej historii coś bardzo „2026”. Gdy w cytowanym już wcześniej tekście Reuters opisuje, że ogłoszenia o humanoidach podbiły kurs akcji Hyundaia, to brzmi jak klasyczny układ: rynek nagradza automatyzację. Tymczasem pracownicy słyszą „roboty w fabryce” i widzą w myślach:
- redukcję etatów,
- przenoszenie produkcji,
- presję na wydajność,
- a na końcu: „dziękujemy za współpracę”.
Reuters dodaje, że związek krytykuje też przenoszenie mocy produkcyjnych do USA – zwłaszcza rozwój fabryki w Georgii (cel: 500 tys. aut rocznie do 2028), co według związkowców może uderzać w krajową produkcję i miejsca pracy w Korei. Krótko mówiąc: roboty robotami, ale globalizacja też nie odpuszcza.
CEO Boston Dynamics: „roboty będą pomagać” (i będą się uczyć w 1–2 dni)
Z drugiej strony barykady mamy narrację, którą przemysł technologiczny kocha najbardziej: „to narzędzie, nie zamiennik”. W rozmowie z Business Insider CEO Boston Dynamics, Robert Playter, mówi m.in. o tym, że kluczowe jest, by robot potrafił nauczyć się nowych zadań w 1–2 dni oraz żeby był wystarczająco niezawodny i adaptowalny. Czy Playter chce nam dać do zrozumienia, że i Wasze, i nasze profesje mogą być wykute przez robota szybciej niż my wdrożymy do nich (i to na podstawowym poziomie) jakiegoś juniora, ledwo co wkraczającego na rynek pracy?
Ta historia jest szersza niż Hyundai i Atlas. To kolejny dowód, że w 2026 AI przestaje być tylko „narzędziem do tekstów” i wchodzi w etap, w którym dotyka fundamentalnej infrastruktury gospodarki: produkcji, logistyki, przemysłu. Boston Dynamics na swoim blogu oficjalnie mówi o planach wdrożeń Atlas w 2026 r. u klientów (w tym w Hyundai) i o trenowaniu robota z użyciem modeli AI/foundation models pod różne zadania przemysłowe.
Czyli: AI slop w internecie już był. Teraz wchodzi AI steel – stalowa wersja AI, która nie tylko mówi, ale też podnosi, przenosi i zastępuje.
Jeśli ktoś szuka puenty, to mamy dwie — jedną śmieszną i jedną niepokojącą.
Puenta śmieszna (oby…): wkrótce związki zawodowe będą negocjować nie tylko stawki godzinowe, ale też:
- liczbę robotów na zmianie,
- limity „cyfrowych etatów”,
- a może i obowiązkowe przerwy dla Atlasów (żeby ludziom nie było głupio, że oni muszą).
Puenta niepokojąca (oby nie…): to nie jest walka o „czy roboty w ogóle mają istnieć”. To walka o to, czy pracownicy dostaną jakikolwiek wpływ na tempo i warunki automatyzacji, zanim rynek ogłosi, że „optymalizacja kosztów” jest ważniejsza niż stabilność społeczna. Bo ostatecznie Atlas nie musi nikogo zwolnić osobiście.
Wystarczy, że będzie działać.