Ekosystem w fazie hype’u bywa ślepy na czerwone flag. Lista Epsteina, edycja startupowa i VC

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Ekosystem w fazie hype’u bywa ślepy na czerwone flag. Lista Epsteina, edycja startupowa i VC

Udostępnij:

Analizujemy związki świata startupów i VC z listą Epsteina. Ale nie interesuje nas polowanie na nazwiska. Koniec końców, związki tego złoczyńcy z ekosystemem innowacji powinien zmusić nas do pytania: czy chęć do zamknięcia rundy musi oznaczać otwartość na kontakt z podejrzanymi postaciami?

Lista Epsteina, czyli test higieny dla świata startupów i venture capital

W Polsce temat „listy Epsteina” wraca falami: raz jako nagłówek, raz jako internetowy szept, raz jako obietnica, że oto wreszcie „wszyscy” zostaną zdemaskowani. Problem w tym, że „lista” jest w dużej mierze publicystycznym skrótem. W obiegu funkcjonuje raczej konglomerat dokumentów – korespondencji, kalendarzy, notatek, rozliczeń i materiałów śledczych – które pokazują sieć kontaktów Jeffreya Epsteina, ale same w sobie nie są indeksami winy. To rozróżnienie jest kluczowe, bo inaczej wpadamy w pułapkę, w której wzmianka w kalendarzu staje się równoznaczna z aktem oskarżenia. I właśnie dlatego, jeśli chcemy napisać o związku świata startupów i inwestorów z „listą Epsteina” rzetelnie, musimy porzucić sensację na rzecz anatomii mechanizmów.

Ta anatomia jest dla ekosystemu technologicznego niewygodna. Nie dlatego, że w dokumentach pojawiają się nazwiska (pojawiają się), ale dlatego, że historia Epsteina obnaża coś bardziej fundamentalnego: kult prestiżu oraz pieniądza jako substytut due diligence – i to nawet w środowisku, które lubi opowiadać o sobie jako o awangardzie racjonalności.

Epstein jako inwestor w rundach technologicznych

Na pierwszy ogień weźmy ten wątek, który jest najłatwiejszy do opisania. Czyli kapitał. Epstein bowiem nie tylko „znał ludzi”, ale w pewnych momentach uczestniczył w inwestycjach, również w tych, które dziś należą do historii Doliny Krzemowej.

Najbardziej jaskrawy przykład to Coinbase. Z dokumentów przywoływanych przez „Washington Post” wynika, że w 2014 r. Epstein zainwestował 3 mln dolarów w firmę poprzez wehikuł z Wysp Dziewiczych (IGO LLC) w rundzie, w której uczestniczyli także topowi gracze VC, jak DFJ i Andreessen Horowitz. Gazeta podkreśla, że udział Epsteina był poniżej 1%, bez roli w governance, a inwestycja była koordynowana kanałami, które pokazują, jak łatwo „mniejsze pieniądze” mogą prześlizgnąć się przez bramki reputacyjne.

Odejdźmy na chwilę od języka publicystyki czy moralności. Spójrzmy na tę inwestycję z punktu widzenia funkcjonowania ekosystemu.  Jeśli ktoś po 2008 r. – już po skazaniu – potrafi wejść do rundy obok największych marek branży, to znaczy, że problem nie jest „czy go znali”, tylko jak działa infrastruktura finansowania innowacji.

Drugim ważnym elementem są inwestycje Epsteina w strukturach zbliżonych do mainstreamowego VC. Encyclopaedia Britannica opisuje jego majątek i źródła bogactwa, wskazując m.in. na ulokowanie środków w funduszach powiązanych z Valar Ventures (kojarzonych w ekosystemie z Peterem Thielem), co pokazuje Epsteina jako dawcę kapitału (LP/pośrednio), a nie wyłącznie „anioła” od pojedynczych czeków.

Wreszcie – trzeci nurt to kryptosfera i infrastruktura, która tradycyjnie lubi mówić o sobie „antysystemowa”, a bywa po prostu mniej dojrzała instytucjonalnie. W świeżych publikacjach powraca wątek Blockstream i relacji Epsteina z częścią ludzi wokół branży, co – niezależnie od późniejszych dystansów i wyjaśnień – przypomina, że środowiska technologiczne, kiedy są „gorące”, stają się jednocześnie bardziej podatne na toksyczny kapitał.

MIT Media Lab: filantropia jako waluta dostępu

Jeśli inwestycje są szkieletem tej historii, to filantropia jest jej tkanką miękką. I tu wchodzimy w wątek, który w ekosystemie tech jest szczególnie brzemienny: uniwersytety jako salon i brama jednocześnie.

MIT – instytucja-symbol dla świata innowacji – upublicznił efekty przeglądu relacji z Epsteinem, a niezależny raport Goodwin Procter analizował m.in. darowizny i okoliczności wizyt. MIT potwierdził, że chodziło o donacje liczone w setkach tysięcy dolarów i o wieloletnie, problematyczne „splątanie” relacji fundraiserskich.

Przypomnijmy: MIT Media Lab to nie tylko uczelnia. To jeden z najważniejszych punktów styku:

  • badań,
  • networkingu,
  • reputacji,
  • pieniędzy,
  • i wreszcie: przemysłu technologicznego, który uwielbia mówić, że jest merytokratyczny.

W tym kontekście pojawiają się także reakcje osób z samego serca ekosystemu, które po kolejnych ujawnieniach korygują swoje wcześniejsze deklaracje. „Business Insider” opisywał, że Reid Hoffman (amerykański przedsiębiorca, inwestor venture capital, autor książek i filantrop, a także współzałożyciel i były CEO portalu LinkedIn)  przyznał, iż miał więcej kontaktów z Epsteinem niż wcześniej komunikował, wskazując przy tym na fundraisingowe tło relacji.

To kolejny – który już? – dowód na to, że filantropia może być po prostu narzędziem do budowania reputacji, a fundraising – kanałem normalizacji obecności.

Carbyne i „technologie wrażliwe”: kiedy due diligence powinno być ostrzejsze

W opowieści o Epsteinie co jakiś czas pojawia się motyw „nowoczesności”. Nie tylko pod postacią fintechu czy krypto, ale również jako obszary, w których technologia dotyka państwa i bezpieczeństwa publicznego.

Reuters relacjonował rundę finansowania spółki Carbyne (technologie dla systemów ratunkowych), w której uczestniczył Founders Fund jako inwestor strategiczny. TechCrunch opisywał tę rundę w podobnych kategoriach, podkreślając wagę tematu i symbolikę inwestycji.

Równolegle, media – m.in. „Times of Israel” – opisywały konteksty biznesowe dotyczące Epsteina i Ehuda Baraka w relacji do inwestycji w izraelski startup (wątek Reporty/Carbyne pojawiał się w debacie publicznej od lat).

Nie chodzi o budowanie prostego ciągu „A znał B, więc B jest winny”. Chodzi o coś bardziej interesującego: o to, że w segmencie technologii wrażliwych (public safety, infrastruktura, obronność) standardy weryfikacji powinny być ostrzejsze niż w aplikacji do dostawy jedzenia. A jednak historia Epsteina pokazuje raczej, że ekosystem – zwłaszcza w fazie wzrostu i hype’u – bywa ślepy na reputacyjne czerwone flagi, bo jest skupiony na trajektorii, a nie na źródle.

„Epstein files” jako mapa, nie oskarżenie

W ostatnich dniach temat „Epstein files” jest opisywany szerzej jako zjawisko medialne i polityczne. „Wired” podkreśla, że pojawianie się nazwisk w ujawnionych materiałach nie przesądza o winie, ale pokazuje rozległość sieci Epsteina w świecie technologii – także po 2008 r. Kto potrafi odróżnić kontakt od czynu, a jednocześnie nie rozmyć problemu w jego nieustannym relatywizowaniu? Rzecz nie w tym, , czy ktoś był w jednym e-mailu. Chodzi o to, że w ekosystemie VC i startupów „reputacja” bywa traktowana jak kosmetyk, a nie jak element ryzyka inwestycyjnego.

Ta historia ma trzy lekcje, które spokojnie można przenieść na polski grunt, bez importowania amerykańskiej sensacji.

Lekcja 1: Due diligence reputacyjne wciąż jest dziurawe

Przypadek Coinbase pokazuje, że nawet po publicznych kompromitacjach można wejść do rundy, jeśli:

  • inwestycja jest relatywnie mała względem całości,
  • idzie przez wehikuł,
  • a ekosystem działa w trybie „zamykamy rundę, liczy się tempo”.

To jest problem procedur, nie anegdot.

Lekcja 2: Filantropia i „instytucje prestiżu” są kanałem normalizacji

MIT pokazał, jak trudno instytucjom utrzymać spójność moralną, gdy w grę wchodzą pieniądze, relacje i fundraising. W Europie Środkowo-Wschodniej to jest temat wręcz przyszłościowy: wraz z rosnącą współpracą uczelni z biznesem rośnie też ryzyko, że „pieniądz z reputacją” będzie próbował kupować sobie akceptację.

Lekcja 3: Ekosystem ma skłonność do „rozproszonej odpowiedzialności”

„Przecież to tylko spotkanie.” „Daj spokój, to tylko event.” „To tylko LP.” „To raptem niecały 1% udziału.”

W ten sposób powstaje kultura, w której nikt nie czuje się odpowiedzialny za całość. A właśnie takie luki wykorzystują ludzie pokroju Epsteina.

Lista jako lustro

Warto pójść krok dalej i „listę Epsteina” potraktować jako coś więcej niż tylko polowania na nazwiska. Ryzykujemy w takim wypadku, że z pola widzenia stracimy to, co w tej historii jest najbardziej niepokojące. A jednocześnie najbardziej użyteczne poznawczo. Epstein nie jest tylko skandalem. Jest testem odporności systemu: na prestiż, na pieniądz, na cynizm i na to, jak łatwo elity technologiczne mylą „geniusz” z „dostępem”.

A jeśli ekosystem startupów i VC ma w ogóle jakąś moralną przewagę nad starym światem finansów, to powinna nią być zdolność do uczenia się szybciej niż instytucje, które wyśmiewa. Na razie jednak ta historia pokazuje, że czasem uczy się wolniej: bo woli opowiadać o szybko nadciągającej przyszłości, niż zrobić powolny, staranny przegląd własnych zabezpieczeń.

Czytaj także: