Z Gilching pod Monachium do linii frontu w obwodzie charkowskim jest w linii prostej niespełna półtora tysiąca kilometrów. W hali montażowej bawarskiego Quantum Systems nikt jednak nie operuje pojęciem dystansu – liczy się waga, odporność na zagłuszanie radioelektroniczne i czas dostawy. Dron Vector – biały, smukły płatowiec z kompozytów węglowych, składany na aluminiowych stołach – stał się niemym świadkiem największej rewolucji kapitałowej w historii europejskiego sektora technologicznego. Urządzenie, które jeszcze pięć lat temu w oczach tradycyjnych funduszy venture capital stanowiło etycznie wątpliwą fanaberię, dziś uosabia segment wyceniany na miliardy euro.
Z opublikowanego właśnie dorocznego raportu platformy analitycznej Dealroom i Resilience Media – „The State of Defence Tech 2026” – wyłania się obraz bezprecedensowego przyspieszenia: europejski rynek technologii obronnych w 2026 roku przestaje być niszowym eksperymentem, stając się najszybciej rosnącym sektorem finansowania wysokiego ryzyka na kontynencie.
Za lawiną kapitału kryje się jednak niebezpieczny zgrzyt: państwowe zamówienia publiczne poruszają się w tempie zimnej wojny, podczas gdy kod oprogramowania i architektura bezzałogowców starzeją się z tygodnia na tydzień.
Czterokrotny skok i monachijskie eldorado
Według twardych danych Dealroom, od stycznia do końca września 2026 roku europejskie startupy obronne zebrały z rynku 7,4 miliarda dolarów. Zgodnie z prognozami autorów raportu, do końca 2026 roku łączna wartość pozyskanego kapitału VC ma przekroczyć 10,5 miliarda dolarów. Dla porównania: w analogicznym okresie 2025 roku było to zaledwie 1,5 miliarda dolarów. To bez mała czterokrotny wzrost rok do roku w skali całej Europy.
-
Skok udziału w VC: jeszcze przed 2021 rokiem technologie militarne stanowiły niespełna 1% europejskiego rynku VC. W 2026 roku defence tech zagarnął 11,1% całego finansowania VC w Europie oraz aż 15% w krajach Unii Europejskiej (wobec 6,2% rok wcześniej).
-
Globalny wymiar: w skali całego sojuszu NATO i państw sprzymierzonych wolumen inwestycji ma zamknąć się w 2026 roku kwotą 38,5 miliarda dolarów (z czego 27,1 mld dol. zainwestowano do września). Stany Zjednoczone wciąż dominują kwotowo (19,6 mld dol. do września 2026 r.), ale udział państw Unii Europejskiej w globalnym torcie wzrósł z 15% do 21%.
Kapitał nie rozlewa się jednak po kontynencie po równo. Następuje ostra centralizacja geograficzna i podmiotowa. Nową stolicą europejskiego zbrojeniowego deep techu stało się Monachium, napędzane bliskością politechniki TUM, ośrodków Bundeswehry i gigantów przemysłowych pokroju Airbusa. Wyprzedziło ono Helsinki, Londyn, Berlin, Cambridge oraz Paryż. Co więcej, ponad 85% europejskich funduszy trafiło do zaledwie kilku podmiotów w ramach megaund (tzw. mega-rounds).
Symbolem tej koncentracji stał się lipcowy rekord monachijskiego Helsing – niemiecki jednorożec tworzący oprogramowanie AI do integracji pola walki zamknął rundę Serii E na poziomie 1,8 miliarda dolarów. Jak odnotowuje Dealroom, od rundy ICEYE na poziomie 87 mln dol. w 2020 roku pułap największej pojedynczej inwestycji urósł ponad dwudziestokrotnie.
Bezzałogowe niebo kontra zapomniana piechota
Struktura technologiczna finansowania bezlitośnie odzwierciedla wnioski płynące z wojny na wyniszczenie w Europie Wschodniej. Zamiast równomiernego rozwoju całego arsenału, w podziale sektorowym widać bezwzględną dominację systemów operujących w powietrzu i na orbicie.
Absolutnym liderem inwestycyjnym okazały się systemy bezzałogowe (UAV) – do września 2026 roku europejskie startupy rozwijające drony rozpoznawcze, uderzeniowe konstrukcje FPV oraz amunicję krążącą przyciągnęły aż 4,7 miliarda dolarów. Na drugim miejscu uplasowała się obserwacja Ziemi i analityka satelitarna, wchłaniając 1,8 miliarda dolarów na rozwój radarów z syntetyczną aperturą (SAR), zaawansowanej optoelektroniki orbitalnej oraz wywiadu obrazowego.
Kolejne dwie pozycje podzieliły między sobą segmenty o identycznej skali finansowania – po 1,2 miliarda dolarów. Pierwszy z nich to technologie antydronowe (C-UAS), skupione wokół systemów walki radioelektronicznej i kinetycznego zwalczania rojów wrogich bezzałogowców. Drugi stanowi sektor rakiet nośnych oraz wynoszenia ładunków na orbitę, kluczowy dla budowy niezależnego, europejskiego dostępu do przestrzeni kosmicznej.
Znacznie skromniejszy strumień kapitału popłynął w stronę żywiołu wodnego – robotyka morska (USV i UUV), odpowiedzialna m.in. za newralgiczną ochronę infrastruktury podmorskiej na Bałtyku i Morzu Północnym, zamknęła bilans kwotą 796 milionów dolarów.
Najbardziej uderzająca dysproporcja dotyczy jednak lądu: bezzałogowe pojazdy naziemne (UGV) pozyskały zaledwie 77,6 miliona dolarów. W obliczu dramatycznych potrzeb związanych z rozminowywaniem terenu, ewakuacją medyczną rannych czy logistyką ostatniego kilometra pod bezpośrednim ostrzałem artylerii, ta kwota jawi się jako zaledwie symboliczna kropla w morzu potrzeb.
Jak zauważył w kuluarach Resilience Conference London 2026 Tobias Stone, zachodnia architektura obronna cierpiała dotąd na syndrom „rzucania Ferrari w frisbee” (throwing Ferraris at frisbees) – budowania wielomilionowych rakiet do zwalczania prymitywnych celów. Boom na tanie drony i sensory ma ten bilans odwrócić, lecz venture capital wciąż woli finansować „czysty” software i latający hardware niż ubrudzoną błotem robotykę lądową.
Przetargowy mur, czyli dolina śmierci europejskiego wojska
Pieniądze funduszy VC nie rozwiązują jednak fundamentalnego problemu, na który bezkompromisowo zwracają uwagę autorzy raportu oraz analitycy branżowi: Europejskie ministerstwa obrony nie potrafią kupować innowacji. Podczas gdy cykl życia oprogramowania opartego na uczeniu maszynowym wynosi dziś kilka miesięcy, cykl przetargowy w większości państw europejskich zajmuje od 3 do 7 lat.
– Zmiana w podejściu do zamówień publicznych w Europie następuje zbyt wolno. Jeśli procedury nie dogonią tempa rozwoju technologii, kapitał venture capital spali się w fazie prototypów, nie docierając na wyposażenie armii — ostrzega Taavet Hinrikus, estoński przedsiębiorca technologiczny i inwestor wspierający sektor obronny, cytowany w analizie towarzyszącej raportowi.
Wtórują mu przedstawiciele instytucji bezpieczeństwa. Podczas dyskusji nad wnioskami raportu menedżerowie NATO Innovation Fund (NIF) wprost zaznaczali, że zachodnie agencje zamówień wojskowych muszą natychmiast zaadaptować modele kontraktowania do realiów wojny technologicznej, gdzie startup z Kijowa, Tallinna czy Monachium dostarcza aktualizację algorytmu omijającego zakłócenia w 48 godzin, a nie w 48 miesięcy.
Pojawia się również problem płynności i wyjścia z inwestycji. Raport Dealroom szacuje łączną wartość tegorocznych wyjść w krajach NATO na 15,4 miliarda dolarów – co oznacza spadek z 18,6 miliarda dolarów odnotowanych w 2025 roku. Europejskie giełdy wciąż pozostają sceptyczne wobec debiutów spółek zbrojeniowych, a tradycyjni giganci obronni (tzw. primes, jak Rheinmetall, BAE Systems czy Thales) wolą budować własne konsorcja niż płacić wysokie wyceny za startupy napompowane kapitałem VC.
Czy to bańka spekulacyjna?
Na sam koniec – chłodna weryfikacja euforycznych deklaracji funduszy venture capital. Zjawisko gwałtownego wzrostu defence techu w Europie niesie ze sobą trzy kluczowe ryzyka strukturalne:
-
efekt „defence-washingu”: podobnie jak kilka lat temu zjawisko ESG wypaczyło rynek zrównoważonego rozwoju, tak w 2026 roku definicja Defence, Security and Resilience (DSR) stała się wytrychem. Projekty z obszaru cyberbezpieczeństwa, analityki danych czy logistyki magazynowej masowo dopisują do swoich prezentacji inwestycyjnych etykietę „podwójnego zastosowania” (dual-use), by załapać się na łatwiejsze finansowanie z funduszy publiczno-prywatnych;
-
zależność od amerykańskiego kapitału: mimo że spółki powstają w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii, w późniejszych rundach (Series C i wyżej) kluczowymi graczami pozostają fundusze ze Stanów Zjednoczonych. W praktyce oznacza to, że własność intelektualna nad kluczowymi systemami bezpieczeństwa kontynentu może docelowo podlegać jurysdykcji amerykańskiego Komitetu ds. Inwestycji Zagranicznych (CFIUS);
-
pętla łańcucha dostaw: mimo deklaracji o suwerenności, europejskie drony – w tym te z Gilching – wciąż w dużej mierze zależą od azjatyckich magnesów neodymowych, optyki i mikrokontrolerów. Jak wynika z doniesień Resilience Media, dopiero nieliczne podmioty (jak Terra) podejmują radykalne próby całkowitego wycięcia komponentów z Chin w celu stworzenia niezależnego łańcucha dostaw.
Raport Dealroom dowodzi jednego: w europejskich technologiach obronnych skończył się problem braku kapitału. Prawdziwa bitwa przeniosła się do gabinetów ministrów obrony narodowej. Jeżeli rządy w Berlinie, Paryżu czy Warszawie nie zreformują prawa zamówień publicznych i nie zaczną traktować kodu oprogramowania jak amunicji pierwszej potrzeby, dzisiejsze 10 miliardów dolarów w statystykach VC okaże się jedynie kosztownym pomnikiem technologii, które nigdy nie weszły do służby.