Porzucił etat w IT, by… ułatwić wymianę roślin z bagażnika. Jak powstał HOBB, czyli SOME dla roślin? – Adam Kozłowski

Dodane:

Aleksandra Janik Aleksandra Janik

Porzucił etat w IT, by… ułatwić wymianę roślin z bagażnika. Jak powstał HOBB, czyli SOME dla roślin? – Adam Kozłowski

Udostępnij:

„Każda roślina ma swoją historię” – to hasło stojące za aplikacją HOBB, która od swojej premiery zdobyła już dziesiątki tysięcy użytkowników. O tym, jak stworzyć przestrzeń łączącą narzędzie do pielęgnacji z bezgotówkową wymianą i dlaczego tradycyjny Instagram nie sprawdza się w świecie pasjonatów zieleni, opowiada twórca aplikacji, Adam Kozłowski.

Jak powstała aplikacja HOBB? Czemu akurat rośliny?

Sam pomysł zaczął się od rozmowy ze znajomym, który prawie 10 lat temu opowiedział mi o tym, że jego mama o 4 nad ranem jeździ na giełdę rolną aby wymienić się roślinami z bagażnika samochodu. Wtedy pomyślałem, że to absurdalne… ale taka była prawda. Od tego czasu HOBB (a raczej „Warzywniak”, jak to początkowo opisywałem) był rozbudowywaną notatką, do której dopisywałem kolejne pomysły, ciekawostki i interakcje wynikające z przypadkowych rozmów ze znajomymi.

Przez wiele lat pracowałem w IT i w designie produktów dla przeróżnych branż, a znajomym opowiadałem o tej apce tak długo, że w końcu złożyłem wypowiedzenie i uznałem, że czas ją zrobić. Miałem na ten cel sporo oszczędności i od trzech lat robię to na pełny etat, wtedy też powstał pierwszy kompletny projekt kluczowych funkcji. W międzyczasie zbierałem zespół a w styczniu 2025 założyliśmy spółkę. Sama aplikacja wyszła na rynek 8 marca 2026, w Dzień Kobiet – data oczywiście nieprzypadkowa bo to dzień nieodłącznie kojarzony z kwiatami.

Dlaczego rośliny? Przyznam, sam nie byłem fanatykiem roślin ale zawsze chciałem zrobić “coś użytecznego”, jakiś produkt, z którego mogliby korzystać moi znajomi. Dlatego najważniejszym elementem tej decyzji byli ludzie – hobbyści.

Ogromna, nietoksyczna grupa, która ma bardzo ciekawe interakcje związane z dbaniem o swoich zielonych podopiecznych. Nie próbowałem na siłę wymyślać niszy, czy problemów albo zachowań – te są uniwersalne na całym świecie. Wymiany sadzonek na grupach na Facebooku, karteczki wtykane w doniczki, ludzie, którzy znają swoje rośliny z imienia. Mam na to stały test: wystarczy w grupie trzech, czterech osób powiedzieć, że robimy aplikację o roślinach, a komuś zapalają się iskierki w oczach i zaczyna opowiadać szaloną historię paprotki, palmy czy pospolitego kaktusa. Stąd wzięło się hasło „Każda roślina ma swoją historię”.

Problemem nie jest brak treści o roślinach, tylko to, że inspiracje są na Instagramie, wiedza w wyszukiwarce, a wymiana na grupach. HOBB składa to w jedno miejsce, w którym podstawową jednostką jest konkretna roślina, nie post. Nie lubię słowa „kompleksowe” ale w sumie właśnie to było sercem projektu – wszystko w jednej darmowej apce i w oparciu o potrzeby fajnej grupy ludzi.

Konkurujecie nie tylko z apkami do rozpoznawania roślin, ale też z platformami takimi jak Facebook, Instagram. W jaki sposób chcecie zatrzymać użytkownika? Jaki jest Wasz wskaźnik retencji po tak świetnej premierze?

Nie konkurujemy z Instagramem o uwagę, bo tej walki nie da się wygrać. Konkurujemy o to, żeby człowiek miał gdzie trzymać swoje rośliny. Instagram jest zbudowany wokół twórcy i posta, a post żyje jeden dzień. W HOBB jednostką jest roślina, która ma własny profil, zdjęcia z kolejnych sezonów, harmonogram pielęgnacji, historię wymian i komentarze. Jedna obserwacja niewiele mówi, ale ta sama roślina oglądana przez tygodnie i lata zaczyna mówić dużo. Tego Instagram nie zrobi, bo nie o to w nim chodzi. Co do Facebooka – Twoi znajomi po 5 dodanym zdjeciu rośliny pewnie Cię wywalą z listy… a u nas to w sumie jedna ze ścieżek do podboju feedu inspiracji.

Druga rzecz: w HOBB nie trzeba być twórcą. Można mieć prywatny profil, dodać pięć roślin, dostawać przypomnienia o podlewaniu i nigdy nic nie opublikować. Społeczność jest możliwością, nie obowiązkiem. Zatrzymuje nas narzędzie, społeczność dokłada powód, żeby wrócić.

Co do liczb: po premierze mamy ponad 25 tysięcy pobrań i, uczciwie mówiąc, nie opowiadamy jeszcze o retencji w procentach. Kohorty budujemy dopiero od wydania rozpoznawania roślin we wrześniu, bo chcemy mieć czysty punkt odniesienia przed i po. Wskaźnik, na którym nam dziś najbardziej zależy, to odsetek osób, które dodają pierwszą roślinę. To jest nasz największy lewar i wokół niego przebudowujemy onboarding. Nie zależało nam na dziesiątkach tysięcy pustych kont a oferowanie darmowego rozpoznawania roślin jest idealnym wejściem do tego aby móc napisać posta o tej specyficznej roślinie, do tego pierwsze przypomnienie o podlewaniu czy rekomendacje innych profili z tym samym gatunkiem w kolekcji.

Startupy gonią za własnym AI, tworząc modele czy nakładki. Wy z tego zrezygnowaliście, wybierając Pl@ntNet. Czemu postawiliście na takie rozwiązanie?

Bo rozpoznawanie roślin to problem, który ktoś już rozwiązał dobrze, i to w sposób, który nam pasuje. Pl@ntNet jest projektem francuskich instytutów badawczych, platformą nauki obywatelskiej, a jej baza rośnie dzięki zdjęciom od ludzi z całego świata. Trudno o lepsze dopasowanie wartości do tego, co sami próbujemy budować jako aplikację nastawioną na treści tworzone przez społeczność.

Nie chcemy budować narracji o własnym AI, bo rozpoznawanie nie jest naszym produktem, tylko bramą do niego. W HOBB rozpoznanie gatunku kończy się tym, że roślina dostaje imię, trafia do kolekcji, dostaje harmonogram i może być wystawiona na wymianę albo oznaczona w poście. To, co dzieje się po rozpoznaniu, jest nasze. Samo rozpoznanie wolimy wziąć od ludzi, którzy robią to od lat. Mały zespół musi wybierać, gdzie wkłada energię, a my wkładamy ją w to, co dzieje się z rośliną przez kolejne lata, nie w pierwsze trzy sekundy.

Podpowiadamy gatunek, ostatnie słowo zawsze należy do użytkownika. I rozpoznawanie jest za darmo, dla każdego, jak zresztą cała apka. I co ważne – rozpoznajemy gatunek, jeżeli coś dzieje się z Twoją rośliną, wolimy aby to pytanie padło w formie posta lub artykułu – wtedy odpowie Ci prawdziwy człowiek, bo już każdy ma dostęp do różnych agentów a my chcemy mieć miejsce, w którym to właśnie ludzie dzielą się wiedzą.

Ważnym elementem jest także to, że podjęliśmy się szalenie skomplikowanej apki – nie musimy wymyślać koła na nowo przy każdej funkcjonalności. Jesteśmy małym zespołem a zbudowanie własnego narzędzia lub nawet samego data setu to niesamowite koszty.

Co po rozmowach z hobbystami najbardziej Was zaskoczyło? Być może było coś, co wpłynęło na architekturę aplikacji?

Trzy rzeczy, wszystkie zmieniły architekturę apki.

Pierwsza: ludzie nadają roślinom imiona. Nie „monstera”, tylko „Zosia, monstera, od 2021, po babci”. Listy roślin na kontach w HOBB to często pełne, dwuczłonowe imiona własne, z wiekiem i opisem. Dlatego roślina ma u nas własny rekord z historią, a nie jest tagiem przy zdjęciu. Stąd też hasło, które wykorzystujemy przy promocji funkcji rozpoznawania roślin: łatwiej dbać o coś, co znasz z imienia.

Druga: Różnorodność i mit tego, że kwiatkami interesują się tylko kobiety. W tej grupie są ludzie, którzy nie są twórcami i nigdy nie nagrają rolki, ale mają kolekcje, którymi warto się chwalić, i wiedzę, o którą warto pytać. Ktoś, kto ma 1 kaktusa z początku pandemii pewnie wie o nim całkiem dużo. Po drugiej stronie mamy ludzi, którzy notorycznie rotują rośliny na parapecie. Z tego wzięła się bezgotówkowa wymiana w aplikacji i decyzja, że w HOBB da się być „kimś” na dwa sposoby: jako osoba, która pisze, inspiruje i odpowiada, albo jako cichy kolekcjoner, którego zna się z roślin, nie z postów lub wręcz totalnie prywatny profil. Apka jest w tym ostatnim przypadku tylko i aż narzędziem przydatnym w pielęgnacji rośliny.

Trzecia: Już dawno dowiedziałem się, że ludzie potrafią w 56-metrowym mieszkaniu posiadać dosłownie 300 roślin. Dlatego nie ograniczamy wielkości kolekcji. I już to niezwykłe zaangażowanie potwierdzają indywidualne osoby, które dodały ponad 40 artykułów, 100+ postów lub posiadają 230+ roślin na koncie.

I jedno zaskoczenie, które ciągle wraca: baza wiedzy mówi, czego gatunek potrzebuje, ale nie mówi, jak on się zachowuje w konkretnym mieszkaniu, w konkretnym mieście, przy konkretnym oknie. Na to odpowiadają ludzie, nie encyklopedia. Dlatego treści w HOBB tworzy społeczność, a my zrobiliśmy jej na to miejsce.

Wybraliście podejście bez paywalli i opłat. W jaki sposób zarabiacie?

Tu muszę jedną rzecz doprecyzować, bo nie chcę, żeby wyszło za ładnie. Bez paywalli: tak, cały rdzeń aplikacji, czyli: kolekcja, harmonogram, wymiana, społeczność i rozpoznawanie są darmowe i nic nie jest zablokowane za płatnością. Ale reklamy w aplikacji są, mówimy o tym wprost, chociaż staramy się aby nie przeszkadzały w codziennym używaniu. Naszym drugim źródłem dochodu jest alternatywa dla reklam, czyli HOBB+, dobrowolna subskrypcja, która je wyłącza i dodaje kosmetyczne drobiazgi przy profilu, ale nie daje realnej przewagi. Traktujemy ją bardziej jak zrzutkę na utrzymanie narzędzia, trochę jak Patronite, niż jak lepszą wersję aplikacji. Nie chcemy dzielić społeczności na lepszych i gorszych a samej apki jako demo, gdzie bez wyciągania karty masz jakiś półprodukt.

Po drugiej stronie tego ekosystemu istnieją też firmy i organizacje: szkółki, projektanci ogrodów, sklepy, usługi. Widzimy dla nich miejsce w HOBB, ale w takiej kolejności, że firma najpierw wnosi wartość, odpowiada, doradza, pokazuje, i dopiero później może pojawić się transakcja. Oczywiście mamy różne plany na ciekawe formy nietoksycznej monetyzacji w przyszłości, ale nie ma chyba teraz sensu, by za daleko w nią wybiegać.

Skąd na to pieniądze? Zaczęliśmy od sporych oszczędności, bo wiedzieliśmy, że nie da się tego zrobić za kilka tysięcy złotych. Po tym, jak udało nam się spiąć kluczowe elementy układanki, a nasze środki się kończyły postanowiłem… no jak to inaczej określić – poprosić o pieniądze moich przyjaciół i znajomych. Oni słyszeli o tym projekcie od lat, wiedzieli, że mamy niesamowitych ludzi i ogromną determinację, żeby zrobić to najlepiej jak możemy. Dzięki ich wsparciu udało nam się zamknąć 2 tury inwestycji typu Friends & Family jeszcze przed premierą produktu.

Inwestorów z zewnątrz szukamy dopiero teraz, kiedy produkt realnie się obronił, mamy zaangażowanych użytkowników, wiemy co działa, a co musieliśmy poprawić, jakie mamy cele. Najpierw pełnoprawne narzędzie, potem skala. Chcemy, żeby HOBB się świetnie rozwijał i zarabiał, i wierzymy, że przy odpowiedniej skali będzie to bardzo dochodowy biznes. Nie udajemy altruistów, nie próbujemy też udawać, że produkt jest już rentowny. Wiemy, że, aby zarabiać w modelu reklamowym, potrzebujemy większej skali i dlatego staramy się pozyskać kolejne środki.

Planujecie wyjście na pierwszy rynki europejskie. Czy społeczność miłośników roślin w innych krajach różni się czymś od tej polskiej? Czy może jest to jedna, uniwersalna pasja?

Pasja jest jedna, warunki nigdy te same. Ogrodnictwo jest globalne, ale monstera w Kanadzie i monstera w Białymstoku mają inny klimat, inny sezon, inne światło, inne sklepy, inną dostępność. Dlatego nie wyobrażamy sobie wejścia na nowy rynek jako przetłumaczenia aplikacji. Baza wiedzy może powiedzieć, czego gatunek potrzebuje, ale „jak to działa u mnie” wie tylko lokalna społeczność. Każdy kraj musi ją sobie zbudować, my możemy dać miejsce i narzędzia.

Sama społeczność roślinna jest dość podobna wszędzie. Różnice są w szczegółach, w tym, co się kolekcjonuje, co jest rzadkie, jak wygląda sezon. Dlatego nastawiamy się na krajowe informacje w feedzie inspiracji oraz – co ważne – będziemy monitorować jak w danym kraju użytkownicy dostosowują rutyny pielęgnacji danego gatunku. Chcemy, żeby lokalne doświadczenia użytkowników z czasem wpływały na to, co aplikacja podpowiada w danym kraju.

Kierunki, o których myślimy, to na pewno cała Europa, Stany Zjednoczone i Kanada, bez ustalonej kolejności i bez terminów. Nie chcemy zaczynać od zgadywania. Wolimy przetestować rynek, posłuchać, poprawić i dopiero wtedy zdecydować, gdzie i w jaki sposób warto intensywnie działać. Tutaj znowu kluczowe znaczenie ma fakt, że jesteśmy platformą social-media. Musimy odpowiednio dostosować regulaminy i uprawnienia aplikacji – to też ogromne wyzwanie, którego byliśmy świadomi od początku i wiedzieliśmy, że nie można tego zrobić “na kolanie”.

Wspominacie o tym, że docelowe chcecie stworzyć skrojone narzędzia dla różnorodnych społeczności. Co macie w planach? Czy zobaczymy w przyszłości HOBB dla akwarystów, stolarzy, miłośników kawy?

Na dziś i na najbliższe lata HOBB to rośliny, i to jest świadomy wybór. Wolimy zrobić jedną rzecz tak, żeby to niezwykłe hobby miało jak najlepiej dostosowane narzędzie niż dziesięć rzeczy na pół gwizdka. Dlatego kierunek to raczej HOBB jako marka ogrodowa, teraz hobbyści, później także biznesy a w przyszłości może nawet produkty i usługi pod naszym szyldem. Dlatego robimy wszystko aby każda aktualizacja aplikacji sprawiała, że użytkownicy byli coraz bardziej zadowoleni. Chcemy aby nasze logo czy kolory kojarzyły się z roślinami – nie tylko w Polsce.

Ale fakt – to, co zbudowaliśmy pod spodem, jest szersze niż rośliny. Podstawowa jednostka to obiekt, który ma historię: zmienia się w czasie, ma właściciela, można go wymienić, można o niego zapytać, można się nim pochwalić bez bycia twórcą. Akwarium, instrument, stare auto, to wszystko pasuje do tej samej mechaniki. Czyli tak, widzimy, że ten model da się skopiować.

Natomiast „skrojone narzędzia dla różnych społeczności” znaczy dziś coś skromniejszego: w świecie roślin są bardzo różne grupy, kolekcjonerzy doniczkowych, ogrodnicy, ludzie od balkonów, i firmy, które je obsługują. Najpierw chcemy dobrze zaopiekować się nimi. Kiedy to zadziała, porozmawiamy o kolejnych pasjach. Tego nie obiecuję, ale nie wykluczam. I tak mamy już plan funkcji na najbliższe kilka lat.