Jedna jaskółka: bromance

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Jedna jaskółka: bromance

Udostępnij:

Ilu mężczyzn można narazić na śmierć, żeby uratować jednego? Od tego pytania — i od plaży Omaha z „Szeregowca Ryana” — zaczyna się opowieść o bromance. O męskiej przyjaźni, która jest znacznie starsza niż samo, dość zabawne słowo wymyślone dopiero w latach 90.

O bromance, męskiej przyjaźni i micie samotnego wilka

Mężczyźni stoją ściśnięci jeden przy drugim. Jeszcze żyją. Za chwilę część z nich przestanie. Nie ma tu miejsca na bohaterstwo w pomnikowym wydaniu: pierś wypięta, spojrzenie skierowane ku przyszłości, dobrze skrojony mundur. Są wymioty ze strachu, woda, piasek, krew, urwane kończyny, ogłuszający huk, a potem ta szczególna cisza, którą Steven Spielberg w swoim filmie „Ocalić szeregowca Ryana” na chwilę nakłada na obraz. To ten moment, kiedy kapitan Miller traci kontakt z rzeczywistością. Jeanine Basinger, historyczka kina, pisała o tej sekwencji, że dźwięk, montaż, ruch kamery, barwa i aktorstwo zostały skonstruowane tak, aby nie tyle pokazać walkę, ile wrzucić widza w samo jej doświadczenie.

I właśnie tam, na Omaha Beach, dzieje się coś, co interesuje mnie bardziej niż wszystkie militarne szczegóły. Jeden mężczyzna ciągnie drugiego. Ktoś osłania kolegę. Ktoś pochyla się nad rannym, choć sam znajduje się pod ostrzałem. Ktoś wykonuje rozkaz, który może go zabić, ponieważ jeśli go nie wykona, zginą inni. Potem cały film zostanie zbudowany wokół pytania jeszcze bardziej absurdalnego: ilu mężczyzn można narazić na śmierć, aby ocalić jednego?

Nie warto tego romantyzować. Armia nie jest klubem przyjaciół, wojna nie jest ekstremalną formą integracji, a żołnierze na plaży znaleźli się przede wszystkim dlatego, że stali się częścią wielkiej państwowej machiny przemocy. W chwili zagrożenia abstrakcyjna machina zamienia się jednak w bardzo konkretnego człowieka obok. To jego podnosisz. Jemu podajesz rękę. Po niego wracasz.

Jedna z najstarszych męskich deklaracji brzmi być może nie: „kocham cię”, lecz: „nie zostawię cię tutaj”.

I tak, nieco okrężną drogą, docieramy do słowa, które w tym kontekście brzmi niemal komicznie: bromance.

Słowo młode, uczucie bardzo stare

Oxfordzki słownik definiuje bromance po prostu jako bardzo bliską przyjaźń między dwoma mężczyznami. Sam wyraz jest oczywistym zrostem słów brother i romance. Za jego autora powszechnie uważa się Dave’a Carniego, redaktora kontrkulturowego magazynu skateboardowego „Big Brother”, który w latach 90. używał go w odniesieniu do intensywnych relacji łączących skaterów spędzających razem całe dnie.

Bromance nie narodził się w gabinecie psychologa. Powstał wśród chłopaków włóczących się po ulicach, zaliczających gleby na deskorolkach, żartujących przy tej samej ławce na tym samym osiedlu. Najpierw było wspólne działanie, dopiero potem pojawiła się nazwa.

Słowo jest więc młode, ale zjawisko, które próbuje nazwać, należy do najstarszych ludzkich historii. I chyba właśnie dlatego bromance okazuje się pojęciem tak intrygującym. Trochę odsłania, a trochę zasłania. Mówi mężczyźnie: wolno ci kochać drugiego mężczyznę — ale zaraz dodaje asekuracyjny nawias: spokojnie, chodzi tylko o przyjaźń.

W tym sensie człon bro działa jak językowy pas bezpieczeństwa przypięty do słowa romance.

Badanie Stefana Robinsona, Erica Andersona i Adama White’a z 2018 roku jest w tym ujęciu szczególnie ciekawe. Trzydziestu heteroseksualnych studentów kierunków sportowych w Wielkiej Brytanii opisywało swoje relacje typu bromance jako emocjonalnie intymniejsze, bardziej demonstracyjne fizycznie i oparte na większym zaufaniu niż standardowe przyjaźnie. To niewielka, wysoce specyficzna próba — nie wolno tworzyć z niej portretu całego pokolenia — pokazuje jednak zmianę języka: badani potrafili mówić o bliskości z innym mężczyzną bez poczucia, że zagraża ona ich męskości.

A przecież zanim ktokolwiek ukuł termin bromance, mężczyźni przyjaźnili się już od kilku tysięcy lat.

Gilgamesz miał Enkidu, Achilles miał Patroklosa

Jedna z najstarszych zachowanych wielkich opowieści ludzkości jest w gruncie rzeczy historią o tym, co jeden mężczyzna robi z życiem drugiego.

Gilgamesz spotyka Enkidu. Najpierw są rywalami, potem towarzyszami. Wspólnie dokonują rzeczy niemożliwych, a kiedy Enkidu umiera, Gilgamesz nie potrafi wrócić do dawnego życia. Żałoba po przyjacielu uruchamia w nim obsesję na punkcie śmierci i nieśmiertelności.

Komentatorzy z British Museum zwracają uwagę na coś, co dzisiejszemu czytelnikowi może burzyć wygodne szufladki: starożytny tekst opisuje relację obu bohaterów językiem, który brzmi niemal erotycznie, choć nie przedstawia jednoznacznego aktu seksualnego. Pytanie „homoseksualność czy przyjaźń?” jest zresztą częściowo źle postawione. Przykładamy współczesne kategorie tożsamości seksualnej do kultury, która układała je zupełnie inaczej. Bezsporne pozostaje jedno: miłość Gilgamesza do Enkidu stanowi główny motor całego eposu.

Podobny kłopot pojawia się przy Achillesie i Patroklosie. Marco Fantuzzi, analizując Iliadę, podkreśla wyjątkową intensywność ich więzi. Uważa jednak, że u samego Homera pozostaje ona wyraźnie aseksualna; erotyczne interpretacje rozwinęły się dopiero w późniejszej tradycji antycznej.

Arystoteles uznawał przyjaźń za warunek konieczny dobrego życia. Rozróżniał relacje oparte na korzyści, przyjemności oraz cnocie. Ta ostatnia — najwyższa — realizuje się wtedy, gdy przyjaciele pragną dobra drugiego człowieka ze względu na niego samego. I co okaże się za chwilę kluczowe dla epoki algorytmów, filozof dodawał rzecz nader przyziemną: prawdziwa przyjaźń wymaga czasu i zażyłości. Zapragnąć przyjaźni można błyskawicznie; zbudować ją — nie.

Dwa tysiące lat przed stworzeniem silników rekomendacyjnych grecki myśliciel zdiagnozował więc podstawową bolączkę współczesnych platform społecznościowych.

Nie istnieje przycisk „pomiń”, który pozwoliłby przeskoczyć czas.

Cycero w traktacie Laelius de amicitia również lokował przyjaźń po stronie cnoty i bezinteresownej życzliwości, a nie czystej użyteczności. Michel de Montaigne poszedł jeszcze dalej. Kiedy usiłował wyjaśnić swą więź z Étienne’em de La Boétie, brakowało mu racjonalnych argumentów.

Pozostawało słynne: „Bo to był on; bo to byłem ja”.

W jego ujęciu przyjaźń nie potrzebowała żadnego zewnętrznego celu. Nie była XVI-wieczną formą networkingu.

Pobrzmiewa w tym coś niemal rewolucyjnego z perspektywy współczesności, w której od każdej relacji żądamy wymiernego zwrotu z inwestycji częściej, niż bylibyśmy skłonni przyznać.

Encyklopedia przyjaźni

Lubię zaglądać do starych kompendiów, bo encyklopedia to coś więcej niż magazyn wiedzy. To wierna fotografia tego, co dana epoka uznawała za warte zdefiniowania.

W pierwszym tomie francuskiej Encyclopédie z 1751 roku pod hasłem Amitié przyjaźń opisano jako szczególny rodzaj harmonijnej i prawej relacji, w której uczestniczy nie tylko rozum, lecz także serce. Pada tam znamienna intuicja: przyjaźń rodzi się z ludzkiej niewystarczalności. Człowiek dotkliwie odczuwa własną słabość, szuka więc kogoś, z kim mógłby dzielić radości i cierpienia.

Brzmi to niemal jak polemika z poradnikiem samowystarczalnego samca alfa, sformułowana niemal trzy stulecia przed jego wydaniem.

W XVIII-wiecznych lożach wolnomularskich męska przyjaźń zyskała wręcz wymiar instytucjonalny. Historyk Kenneth Loiselle dowodzi, że francuska masoneria stanowiła przestrzeń głębokich, emocjonalnie zaangażowanych relacji: sprzyjała im wymiana listów, wizyty, rytuały braterstwa oraz idea egalitaryzmu ponad podziałami stanowymi. Co ciekawe, już wtedy tlił się lęk, że tak silna więź homospołeczna zostanie odczytana w kluczu erotycznym.

Problem, który bierzemy za wskroś współczesny — jak okazać drugiemu mężczyźnie miłość, by otoczenie nie doszukiwało się podtekstu seksualnego — ma więc bardzo długą brodę.

Wiek XIX dostarcza pod tym względem jeszcze bogatszego materiału. E. Anthony Rotundo opisał fenomen tzw. romantic friendship wśród młodych przedstawicieli amerykańskiej klasy średniej. Relacje te cechowała ogromna czułość, emocjonalność i egzaltacja języka, a mimo to funkcjonowały one w społeczeństwie jako w pełni akceptowalna, transparentna forma przyjaźni. Przekładanie ich bezpośrednio na nowoczesne matryce orientacji seksualnej byłoby błędem poznawczym.

To jedna z największych pułapek analizowania dawnej korespondencji. Kiedy mężczyzna w 1837 roku pisze do druha, że tęskni za nim bardziej niż za kimkolwiek na świecie, dzisiejszy odbiorca pragnie od razu rozstrzygnąć dylemat: homoseksualista czy heteroseksualista? Tymczasem należałoby wpierw zapytać, jakimi kodami i metaforami ówczesna epoka pozwalała ludziom wyrażać przywiązanie.

Eve Kosofsky Sedgwick uczyniła z tej wieloznaczności całe pole badawcze. Zaproponowane przez nią pojęcie male homosocial desire (męskie pragnienie homospołeczne) dowodziło, że braterstwa, rywalizacji, zachwytu i dążenia do wzajemnego uznania nie da się prosto odseparować od dynamiki władzy, relacji z kobietami czy sfery popędowej. Mężczyźni rywalizują o kobiety, lecz pochłonięci tą walką, bywają przede wszystkim zafascynowani sobą nawzajem.

Wiele klasycznych westernów można obejrzeć na nowo właśnie przez ten pryzmat.

Polski bromance

Polszczyzna doskonale radziła sobie bez pojęcia bromance. Dysponowała przecież druhem, kompanem, kolegą, towarzyszem, kamratem, przyjacielem, pobratymcem czy bratem broni. Każde z tych określeń niesie inny ciężar gatunkowy. „Kolega” brzmi bezpiecznie i chłodno. „Druh” pachnie leśnym ogniskiem i harcerskim mundurem. „Towarzysz” w minionym stuleciu został mocno zideologizowany. „Brat broni” z kolei natychmiast przywołuje chrzęst karabinu.

To wiele o nas mówi.

W polskiej pamięci zbiorowej męska przyjaźń nader często musiała zdawać egzamin ostateczny: w realiach wojny, konspiracji, zsyłki, partyzantki czy powstańczych zrywów. Jak gdyby codzienna, zwykła obecność nie wystarczała — należało jeszcze wyrwać kogoś z rąk oprawców, przenieść przez linię ognia lub polec ramię w ramię.

Najbardziej wyrazistym tego symbolem pozostają Kamienie na szaniec. Oswoiliśmy losy Alka, Rudego i Zośki tak dalece, że lekturowa rutyna stępiła naszą wrażliwość na dramaturgię tych wydarzeń. Tymczasem to jeden z najbardziej poruszających polskich traktatów o męskiej lojalności.

Jan Bytnar, Aleksy Dawidowski i Tadeusz Zawadzki poznali się jeszcze w czasach pokoju. Połączyły ich gimnazjum, harcerskie wędrówki i wspólne dojrzewanie. Dopiero okupacja nadała ich więzi tragiczny wektor. Po aresztowaniu Rudego planowanie akcji ratunkowej rusza natychmiast. Akcja pod Arsenałem to precyzyjna operacja dywersyjna, ale zarazem bezkompromisowy komunikat przekuty w czyn: nie zostawiamy swojego człowieka.

Prawdziwie przejmujące okazuje się jednak to, co wydarzyło się później.

Aleksander Kamiński stworzył trzon Kamieni na szaniec w oparciu o wspomnienia spisane przez Zośkę tuż po stracie przyjaciół. To oznacza, że męska przyjaźń dopełniła tu jeszcze jednej powinności: najpierw kazała ratować,potem nakazała pamiętać.

Przyjaciel, którego nie zdołano ocalić fizycznie, zostaje uratowany narracyjnie.

Kamienie na szaniec to zatem znacznie więcej niż pomnik patriotycznego wychowania. To przejmujący zapis żałoby po najbliższych towarzyszach. Kronika świata, w którym fraza „kocham cię” niemal nie pada z męskich ust, za to samo uczucie staje się fundamentem całej opowieści.

Polska kultura bliskości nieprzypadkowo tak chętnie chroniła się za pojęciem „braterstwa”. Brat nie musi tłumaczyć się z intensywności swoich emocji. Braterstwo jest obyczajowo bezpieczne, dumne, wręcz monumentalne — można je wypisać na sztandarze. Przyjaźń bywa zbyt intymna i bezbronna.

A przecież ten specyficznie polski rys bliskości istnieje również bez militarnego tła.

Odnajdziemy go w figurze kolegów z wojska, którzy zjeżdżają się przez kolejne cztery dekady. W przyjaźniach zawiązanych w szkolnej ławce, studenckim akademiku, brygadzie budowlanej, cechu rzemieślniczym czy klubie sportowym. W męskiej archeologii zdań: „z Jurkiem znamy się od technikum”, „byliśmy razem w pułku”, „ciągnęliśmy tę samą szychtę”.

Zwróćmy uwagę, jak rzadko w tych relacjach mówi się wprost o uczuciu.

Zamiast tego wskazuje się przestrzeń, w której się narodziło.

I tak docieramy do zagadnienia miejsca.

Po co mężczyźnie mężczyzna?

Do telefonu o drugiej w nocy.

Nie tego, w którym pytasz o kwartalną prognozę EBITDA, lecz tego, gdy przez ściśnięte gardło mówisz: „stary, jest źle”.

Psycholożka Niobe Way przez dekady badała relacje dorastających chłopców. Zgromadzony przez nią materiał obala mit, jakoby mężczyźni byli biologicznie czy psychicznie niezdolni do emocjonalnej zażyłości. We wczesnym i średnim okresie dojrzewania wielu nastolatków tworzy głębokie relacje, łaknąc szczerości, bezwzględnego zaufania i możliwości zrzucenia gardy przed rówieśnikiem. Dopiero później te więzi więdną pod presją kulturowego nakazu: wymogu przeistoczenia się w samowystarczalnego, twardego i powściągliwego „prawdziwego faceta”.

Oto kluczowy moment opowieści: dorastający człowiek nie tyle nie potrafi kochać, ile zostaje skutecznie oduczony okazywania bliskości.

Statystyki dowodzą zresztą, że problem nie ma wyłącznie natury teoretycznej. Z badań amerykańskiego Survey Center on American Life wynika, że w 1990 roku 55% mężczyzn w Stanach Zjednoczonych deklarowało posiadanie co najmniej sześciu zaufanych przyjaciół. W 2021 roku odsetek ten stopniał do 27%. Z kolei odsetek tych, którzy przyznają, że nie mają ani jednego bliskiego powiernika, wzrósł pięciokrotnie — z 3 do 15%. Choć są to dane zza oceanu, których nie należy bezkrytycznie przekładać na polskie realia, dynamika tej samotności daje do myślenia.

Waga relacji społecznych wykracza przy tym daleko poza subiektywne dobre samopoczucie. Metaanaliza pod kierunkiem Julianne Holt-Lunstad, obejmująca 148 badań i ponad 308 tysięcy osób, wykazała, że silne więzi międzyludzkie wiążą się z przeciętnie 50-procentowym spadkiem ryzyka przedwczesnej śmierci. To przypomnienie, że wspólnota nie jest jedynie ozdobą życia — to biologiczny warunek przetrwania.

Męski przyjaciel pełni przy tym funkcję szczególną. Zna z autopsji ciężar społecznych oczekiwań. Wie bez słów, dlaczego pewne wyzwania budzą w tobie paraliżujący lęk. Natychmiast odróżnia autentyczną pewność siebie od zwykłej pozy. Może być jedynym człowiekiem, przed którym utrata stanowiska, kapitału, tężyzny czy życiowej orientacji nie musi być maskowana gładką korpomową.

Partnerka może kochać i otaczać czułością. Rodzic — kochać bezwarunkowo. Terapeuta — diagnozować z zawodowym dystansem.

Przyjaciel jest kimś innym: świadkiem twojej egzystencji, który nie ma żadnego formalnego ani biologicznego obowiązku przy tobie trwać.

A mimo to zostaje.

Przyjaźń potrzebuje adresu

Amerykański socjolog Ray Oldenburg nazwał takie przestrzenie „trzecimi miejscami”.

Pierwsze miejsce to dom. Drugie — praca. Trzecie rozciąga się pomiędzy nimi i zazwyczaj nie służy żadnemu doraźnemu celowi produkcyjnemu. To kawiarnia, osiedlowy pub, warsztat rzemieślniczy, zakład fryzjerski, skwer, czytelnia, klub sportowy — przestrzeń, do której wchodzi się bez zapowiedzi, w której można bezkarnie trwonić czas i gdzie obecność stałych bywalców powoli przełamuje obcość.

Oldenburg podkreślał, że trzecie miejsca muszą być egalitarne, tanie, nieformalne i podporządkowane niespiesznemu dialogowi. Omawiając tę ideę po latach, eksperci UNESCO zwracają uwagę na ten sam mechanizm: nie potrzebujesz rezerwacji, możesz wejść i wyjść w dowolnej chwili, a żarty, drobne spory i powtarzalność spotkań budują tkankę lokalnej wspólnoty.

I tu wyłania się trudność, której nie przeskoczy żadna aplikacja.

Przyjaźń domaga się regularnej, pozornie bezcelowej współobecności.

To właśnie oferowało niegdyś podwórko. Albo osiedlowy trzepak czy wspomniana wcześniej ławka — jeśli pozwolimy polskiej nostalgii dojść na moment do głosu.

Pub nie był ważny jedynie ze względu na nalewane piwo, a klub sportowy — przez pryzmat jednostek treningowych. Ich najcenniejszym produktem ubocznym była powtarzalność. Zjawiasz się we wtorek — ktoś tam siedzi. Wracasz za tydzień — spotykasz go znowu. Po trzech miesiącach mówicie sobie po imieniu. Po roku wiesz o jego rozwodzie. Po pięciu latach odbierasz telefon ze szpitala.

Współczesny kapitalizm spogląda na trzecie miejsca z niechęcią, bo z punktu widzenia arkusza kalkulacyjnego są one wysoce nieefektywne. Klient siedzi godzinami, generując minimalny rachunek. W logice rentowności stolik powinien rotować co 40 minut. W logice przyjaźni ci sami trzej mężczyźni powinni bezkarnie okupować go przez pół wieczoru.

Dlatego kryzys relacji jest w dużej mierze kryzysem urbanistyki, architektury i organizacji czasu.

Praca zdalna zlikwidowała biurową kuchnię. Samochód unieważnił rozmowy na przystankach. E-commerce uśmiercił pogawędki w lokalnym sklepie spożywczym. Platformy streamingowe zamknęły wypożyczalnie kaset i płyt. Aplikacje dostawcze wyparły bary mleczne. Z kolei algorytmy muzyczne zwolniły nas z konieczności zadania drugiemu człowiekowi prostego pytania: „czego właściwie słuchasz?”.

Każda z tych innowacji oszczędza kilka cennych minut dziennie.

Dopiero po latach dociera do nas, że to właśnie z owych rzekomo zmarnowanych minut lepiło się najtrwalsze znajomości.

Nowoczesne serwisy społecznościowe stają się przez to bohaterami ponurego paradoksu: technologia desperacko usiłuje zszyć więzi, które sama wcześniej rozdarła pod pozorem optymalizacji naszej wygody.

Wyeliminowaliśmy przypadek, by następnie za ciężkie pieniądze projektować jego cyfrową imitację.

Gdzie dziś szukać przyjaciela?

Niegdyś odpowiedź na to pytanie była prostsza nie z racji wrodzonej wylewności przodków, lecz z braku alternatywy: ludzie po prostu nie mieli jak się unikać.

Szkoła, koszary, manufaktura, parafia, kopalnia, akademik, cech, fabryczna hala, podwórko, związek zawodowy, loża, osiedlowa świetlica.

Większości tych relacji nikt sobie nie wybierał. Przydzielały ich geografia, klasa społeczna, fach lub ślepy los. Nie istniał cyfrowy profil, który można było odrzucić jednym ruchem kciuka w lewo. Człowiek musiał przez pół roku znosić czyjś irytujący śmiech, nim zorientował się, że oto stoi przed nim jedyna osoba, do której zdoła zadzwonić po śmierci ojca.

Współczesność odwróciła tę dynamikę.

Najpierw selekcjonujemy. Potem z trudem próbujemy znosić.

Twórcy We3 obiecują, że ich algorytm analizuje ponad 150 zmiennych psychograficznych, by połączyć użytkowników w idealnie dobrane tria. Timeleft rezygnuje z etapu przeglądania profili, sadzając przy jednym stole kompletnie obcych sobie ludzi o zbliżonych parametrach. Bumble z powodzeniem zaimplementował mechanikę matrymonialną do budowania więzi czysto platonicznych.

To fascynujący zwrot akcji: przez wieki zrządzenie losu kreowało znajomości, które dopiero mozolnie przekuwano w przyjaźń; dziś próbujemy zoptymalizować samo zrządzenie losu.

Czy to działa? Do pewnego stopnia — tak.

Słynny eksperyment Arthura Arona z lat 90. dowiódł, że ustrukturyzowana, stopniowo pogłębiająca się wymiana intymnych wyznań potrafi błyskawicznie wytworzyć poczucie bliskości między obcymi. Badanie to spłycono w popkulturze do formuły „36 pytań, które sprawią, że się zakochasz”, jednak jego rzetelna konkluzja brzmi skromniej: środowisko sprzyjające zażyłości rzeczywiście da się zaaranżować.

Zaaranżować okoliczności nie oznacza jednak zaprogramować samej przyjaźni.

Jeffrey Hall podjął próbę oszacowania czasu niezbędnego do przejścia relacji na kolejny poziom. Z jego ustaleń wynika, że zawiązanie luźnej znajomości wymaga około 40–60 wspólnie spędzonych godzin, wejście w relację przyjacielską — 80–100, a zbudowanie głębokiej zażyłości pochłania ponad 200 godzin. Znaczenie miała przy tym nie tyle sama matematyczna suma minut, ile charakter i swoboda dzielonego czasu.

I w tym miejscu algorytm zderza się ze swą nieprzekraczalną granicą.

Może dopasować cechy. Może zarezerwować stolik. Może nawet wyliczyć prawdopodobieństwo, że dwoje ludzi zachwyca się tym samym niszowym jazzem i nie znosi porannego biegania.

Nie potrafi jednak dostarczyć owych dwustu godzin wspólnego trwania.

Nie sprawdzi, czy człowiek, który oczarował cię w trakcie kolacji, wsiądzie w samochód o świcie w deszczową niedzielę, gdy pęknie ci przewód hamulcowy. Nie zaplanuje pierwszej wspólnej porażki ani oczyszczającej awantury. Nie przewidzi, co stanie się z układem sił, gdy jeden osiągnie spektakularny sukces, a drugi zaliczy życiowe bankructwo.

System może zainicjować spotkanie. Przyjaźń wymaga czasu.

Arystoteles wygrywa z uczeniem maszynowym jednogłośną decyzją sędziów.

Discord, czyli ognisko bez dymu

Być może jednak zbyt pospiesznie stawiamy cyfrowy świat pod pręgierzem.

Co, jeśli trzecie miejsce wcale nie zniknęło, lecz przeniosło się na serwery?

Już w 2006 roku Constance Steinkuehler i Dmitri Williams postawili tezę, która wówczas brzmiała ekscentrycznie: przestrzenie gier MMO stają się nowymi „trzecimi miejscami”. Użytkownicy logują się regularnie, witają stałych towarzyszy, realizują wspólne zadania, budują klanowe rytuały i zadzierzgają relacje o różnej sile. Badacze wykazali, że środowiska te wybitnie sprzyjają tworzeniu pomostowego kapitału społecznego (bridging social capital), łącząc ludzi z odmiennych warstw i środowisk.

Dwie dekady później naturalnym spadkobiercą tej idei stał się Discord.

Platforma powstała po to, by dać graczom komfort swobodnej rozmowy podczas sieciowych potyczek. Z czasem przekształciła się w wirtualny hub więzi: u schyłku 2025 roku platforma gromadziła ponad 90 milionów aktywnych użytkowników dziennie, a ponad 90% z nich korzystało z niej w kontekście gier wideo.

Statystyki bledną jednak w zestawieniu z praktyką dnia codziennego.

Dwóch dojrzałych mężczyzn spotyka się w każdy czwartek o 21.30 na kanale głosowym.

Jeden mieszka w Krakowie, drugi w Trondheim.

Nigdy nie poszli razem do baru, nie bawili się na swoich weselach, nie uścisnęli sobie dłoni.

A mimo to jeden wie o skomplikowanej operacji matki drugiego. Drugi wspiera tamtego w żmudnym poszukiwaniu pracy. Byli połączeni na słuchawkach, gdy rozpadało się małżeństwo jednego z nich, i trwali w milczeniu przez mikrofony w noc po pogrzebie bliskiej osoby. Przekrzykują się o taktykę rozegrania rundy, politykę, transfery i mechanikę nowego Battlefielda. Po samym tonie oddechu potrafią wyczuć, że tamten ma gorszy dzień.

Czy wolno odmówić temu miana prawdziwej przyjaźni?

Socjologia podpowiada, by nie deprecjonować tych relacji wyłącznie z racji ich cyfrowego rodowodu. Badania Rachel Kowert, Emese Domahidi i Thorstena Quandta dowodzą, że wirtualne przestrzenie bywają bezcennym azylem dla jednostek wycofanych i wysoko wrażliwych, ułatwiając im zarówno inicjowanie więzi, jak i podtrzymywanie relacji w świecie realnym. Z kolei Gina Lai i Ka Yi Fung przeanalizowały proces ewoluowania relacji graczy z Hongkongu: od zupełnej anonimowości, przez kontakty online, aż po przeniesienie znajomości do świata offline.

To burzy czarno-białą narrację o rzekomym „uwiądzie relacji”. Discord nie musi być zaprzeczeniem plemiennego ogniska — bywa jego technologicznym spadkobiercą. Przy ognisku również nie wpatrywano się bez przerwy sobie w oczy: dłubano w drewnie, spoglądało się na płomienie, a fundamentalne rozmowy toczyły się niejako na marginesie czynności. Kiedyś dokładało się bierwiono do ognia; dziś instaluje się aktualizację gry.

Męska ekspresja wyjątkowo dobrze czuje się w takim formacie, gdyż nie wymaga konfrontacyjnego kontaktu wzrokowego. Dwóch facetów musi po prostu „coś wspólnie robić”. Gra tworzy bezpieczny bufor: pozwala wyrzucić z siebie lęk przed utratą zdrowia między jedną potyczką a drugą albo napomknąć o kłopotach w związku podczas ekranu wczytywania mapy.

Oto paradoks: nowoczesne medium, powszechnie oskarżane o atomizację społeczeństwa, potrafi odtworzyć jedną z najstarszych matryc męskiej solidarności.

Nie rozmowę w zamian za działanie — lecz rozmowę osadzoną wewnątrz działania.

Samotny wilk, który nie widział watahy

A skoro mowa o mitologiach, pora zmierzyć się z figurą samca alfa.

To jedna z tych nośnych metafor, które zrobiły oszałamiającą karierę w popkulturze głównie dlatego, że brzmią zbyt efektownie, by ktokolwiek zawracał sobie głowę ich weryfikacją.

„Alfa” zadomowił się w podręcznikach biznesowych, podcastach o sukcesie, manosferze, korporacyjnym slangu i poradnikach uwodzenia. Tuż obok kroczy „samotny wilk”: twardziel tak samowystarczalny, że nie potrzebuje nikogo.

Sęk w tym, że dzikie wilki zachowują się zgoła inaczej, niż chcieliby autorzy postów na LinkedInie.

Biolog L. David Mech, którego wczesne publikacje mimowolnie przyczyniły się do popularyzacji pojęcia „alpha wolf”, od dekad cierpliwie prostuje ten błąd. Pierwotna koncepcja powstała w oparciu o obserwacje sztucznie stłoczonych osobników w niewoli. W warunkach naturalnych wataha nie jest korporacją zarządzaną przez bezwzględnego despotę, lecz po prostu rodziną. Osobnik określany mianem „alfa” to zazwyczaj ojciec lub matka grupy. Swojej pozycji nie wywalczył w krwawym turnieju dominacji — po prostu doczekał się potomstwa i dba o jego przetrwanie.

Także psychologia przywództwa weryfikuje ten wizerunek. Badania nad percepcją liderów wykazują wprawdzie powszechną skłonność do stereotypowego kojarzenia władzy z dominującym mężczyzną, w praktyce jednak zespoły preferują przywódców budujących autorytet na wiedzy, prestiżu i kompetencjach, a nie na brutalnej presji.

Bromance nie jest więc fanaberią ani miękkim dodatkiem do męskości — jest odtrutką na jeden z jej najbardziej toksycznych i kosztownych mitów.

Silny człowiek to nie ten, który nie potrzebuje nikogo. Taki człowiek jest po prostu dramatycznie samotny.

Prawdziwa dojrzałość polega na umiejętności wybrania ludzi, przed którymi bez obaw odsłonimy bezradność. Lider pozbawiony kogoś, komu może wprost wyznać: „nie wiem, co robić”, staje się niebezpieczny dla własnego otoczenia. Władza pozbawiona szczerej przyjaźni szybko ulega samozachwytowi.

Król Lear potrzebował błazna, rzymski wódz w rydwanie — szeptu przypominającego o śmiertelności, współczesny dyrektor generalny — opłacanego trenera kadry zarządzającej.

Czasem wystarczyłby po prostu stary kumpel.

Dwóch mężczyzn na ekranie

Popkultura wiedziała o tym na długo przed powstaniem działów HR.

Męski duet to jeden z najsprawniejszych mechanizmów w historii dramaturgii. Sherlock Holmes potrzebuje doktora Watsona nie tylko jako asystenta, lecz jako kotwicy, która czyni jego chłodny geniusz znośnym dla świata. Frodo ma Sama, Butch Cassidy — Sundance Kida, Riggs — Murtaugha, Maverick — Goose’a, a Chudy — Buzza Astrala. Vincent Vega i Jules Winnfield w Pulp Fiction mogą rozwodzić się nad niuansami francuskiego burgera dlatego, że Quentin Tarantino bezbłędnie wyczuwa specyfikę męskiego kontaktu: mężczyźni rzadko zaczynają od zwierzeń. Muszą najpierw szczegółowo przedyskutować wagę „ćwierćfunciaka z serem”, aby widz pojął, jak głęboko są ze sobą zżyci.

Właśnie dlatego tak znakomicie broni się komedia Stary, kocham cię. Jej reżyser uczynił osią fabuły to, co dotąd bywało jedynie tłem: dorosły facet u progu ślubu uświadamia sobie, że nie ma żadnego prawdziwego przyjaciela, i wyrusza na poszukiwania powiernika dokładnie tak, jak wyrusza się na poszukiwanie życiowej partnerki.

Film bawi, ponieważ dotyka wstydliwego tabu: współczesny mężczyzna bywa mistrzem w zapraszaniu kobiet na randki, ale jest całkowicie bezradny, gdy przychodzi mu zaprosić innego faceta do przyjaźni.

Nie wypracowaliśmy do tego kulturowego rytu.

Zdanie: „Czy zechcesz zostać moim przyjacielem?” w ustach czterdziestolatka brzmi groteskowo i podejrzanie.

Mężczyźni wymyślili więc rytuały zastępcze: mecz, piwo, wyprawę na ryby, wspólny rower, grzebanie w silniku, konsolę, siłownię, remont czy biznesowy projekt. Wspólne działanie bywa społecznym alibi dla emocjonalnego zbliżenia.

Może dlatego hymny o męskiej przyjaźni rzadko epatują czułymi słowami — zamiast tego opiewają wierną obecność: With a Little Help from My Friends, He Ain’t Heavy, He’s My Brother czy Old Friends. Tę samą mądrość przechowują przysłowia. Powiedzenie, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”, nie opisuje charakteru relacji — opisuje moment próby.

A malarstwo? Rembrandt na płótnie Dawid i Jonatan nie potrzebował militarnego zgiełku. Wystarczył gest pożegnania dwóch mężczyzn. Biblijna relacja Dawida i Jonatana przez stulecia uchodziła za kanon najwznioślejszej więzi, nieustannie prowokując spory o to, gdzie kończy się braterskie oddanie, a zaczyna erotyzm.

Znowu ta sama granica. Znowu pilnujemy kordonu sanitarnego baczniej niż samej przyjaźni.

Czy bromance jest gejowski?

Najprostsza odpowiedź: nie musi być.

Pytanie ciekawsze: dlaczego z taką natarczywością musimy to rozstrzygać?

Definicje słownikowe kładą nacisk na platoniczny charakter bromance’u. Samo pojęcie ukształtowało się jako bufor bezpieczeństwa legalizujący emocjonalną bliskość między heteroseksualnymi mężczyznami. W badaniach Robinsona, Andersona i White’a to właśnie wygaszenie panicznego lęku przed posądzeniem o homoseksualizm pozwoliło młodym mężczyznom na swobodniejszą ekspresję uczuć. Teoria inkluzywnej męskości (inclusive masculinity theory) tłumaczy ten zwrot jako element powolnej erozji sztywnych gorsetów patriarchalnych.

Słowo bromance wykonuje jednak dwie sprzeczne prace naraz.

Z jednej strony ma potencjał emancypacyjny. Pozwala powiedzieć: możesz przytulić kumpla, tęsknić za nim, powiedzieć mu prosto w twarz, że jest dla ciebie ważny, pojechać z nim pod namiot i płakać w jego obecności — i nie przestajesz być facetem.

Z drugiej strony pojęcie to ma posmak asekuranctwa. Wznosi płotek ochronny: pozwalamy wam na bliskość, ale musimy opatrzyć ją osobną etykietą, by wszyscy mieli stuprocentową pewność, że w grę nie wchodzi seks.

Kobieca przyjaźń nigdy nie potrzebowała podobnego certyfikatu bezgrzeszności.

Ron Becker i Judith Weiner, badając odbiór filmu I Love You, Man, wykazali, że etykieta bromance pozwala mężczyznom eksplorować intymniejsze modele braterstwa, a zarazem nieustannie uspokajać otoczenie co do ich tożsamości seksualnej.

Dlatego jałowe wydają się spory o to, czy Achilles „naprawdę był gejem”, Gilgamesz „pożądał Enkidu”, a Montaigne „wyłącznie przyjaźnił się” z La Boétie. Kategorie seksualne nie są wiecznymi, uniwersalnymi szufladami zesłanymi nam przez naturę na początku dziejów.

Warto zadać inne pytanie: dlaczego męska czułość tak nieodmiennie wymusza na obserwatorach natychmiastową kategoryzację seksualną?

I co bezpowrotnie tracimy, gdy każdą głęboką ludzką relację bez reszty redukujemy do erotyki?

Startup, czyli bromance z vestingiem

Dolina Krzemowa czy startupowy ekosystem szerzej kocha mit samotnego demiurga: Steve Jobs, Elon Musk, Mark Zuckerberg, Dawid Pałka i doktor Michał Wrzosek.

Pojedyncze nazwisko łatwiej sprzedać w mediach niż skomplikowany organizm złożony z setek inżynierów. Biografia domaga się herosa, okładka magazynu pragnie twarzy, a turbokapitalizm uwielbia kult jednostki niemal tak gorąco, jak bardzo w rzeczywistości zależy od pracy zespołowej.

Tymczasem historia innowacji to przede wszystkim historia twórczych duetów.

Bill Hewlett i Dave Packard zaprzyjaźnili się na Uniwersytecie Stanforda na długo przedtem, nim w wynajętym garażu w Palo Alto położyli zręby pod koncern HP. Współczesna spółka HPE bez wahania określa ten sojusz mianem „przyjaźni, od której wszystko się zaczęło”.

Brian Chesky poznał Joego Gebbię w Rhode Island School of Design w 2000 roku. Połączyły ich sport, ambicja, codzienne pojedynki w ping-ponga i projektowa pasja. Chesky wspominał po latach, że już w 2004 roku Gebbia rzucił proroczo, iż któregoś dnia założą wspólnie globalną firmę. Kilka lat później powstało Airbnb. Oczywiście fundamenty sukcesu współtworzył trzeci partner, Nathan Blecharczyk, a sprowadzanie losów technologicznego giganta do relacji dwóch designerów byłoby takim samym uproszczeniem jak przypisywanie całego dorobku Apple Jobsowi. Nie zmienia to faktu, że męska przyjaźń stanowiła gotową infrastrukturę zaufania, zanim w ogóle powstała linijka kodu.

Steve Huffman i Alexis Ohanian zamieszkali w jednym pokoju na pierwszym roku University of Virginia. Zanim powołali do życia Reddit, bezskutecznie próbowali przekonać fundusz Y Combinator do aplikacji służącej zamawianiu jedzenia. Odrzucono projekt, ale zainwestowano w ludzi. Reszta przeszła do kanonu przedsiębiorczości.

Najbardziej pouczającej lekcji dostarcza jednak historia marki Warby Parker. Czterej koledzy z Wharton — Neil Blumenthal, Dave Gilboa, Andy Hunt i Jeff Raider — mieli pełną świadomość, że wejście w wielki biznes może zniszczyć ich prywatną więź. Wdrożyli więc bezwzględną regułę comiesięcznych spotkań oczyszczających atmosferę: każdy kolejno siadał na „gorącym krześle”, podczas gdy pozostali z pełną szczerością punktowali jego potknięcia i irytujące nawyki. Zgodnie z relacją Blumenthala i Gilboy założyciele złożyli sobie obietnicę, że wzajemny szacunek i lojalność zawsze wezmą górę nad doraźnym interesem spółki.

Oto bromance w najbardziej dojrzałym wydaniu: nie jako wspólne selfie z branżowej gali,  lecz jako instytucjonalny mechanizm zarządzania kryzysem.

Przyjaźń założycieli daje organizacji coś bezcennego: gigantyczny kapitał pierwotnego zaufania. Niesie jednak ze sobą śmiertelne ryzyko. Biznes wnosi w relację dokładnie to, czego Montaigne za wszelką cenę starał się uniknąć: strukturę własnościową, hierarchię służbową, status, pieniądze i oczekiwania zewnętrznych inwestorów.

Struktura udziałów bywa bezlitosnym papierkiem lakmusowym uczuć.

Dlatego najlepsze zespoły to wcale nie te, które deklarują, że nigdy nie wchodzą w spory. Przed takimi organizacjami należałoby raczej uciekać. Prawdziwą siłę mają te, które potrafią przenieść do biznesu fundament przyjaźni: niezbywalne prawo do powiedzenia wspólnikowi: „popełniasz kardynalny błąd” — bez ryzyka, że zachwieje to fundamentem całej relacji.

Najdłuższy bromance

W popkulturowym obrazie męskiej przyjaźni brakuje jeszcze jednego, kluczowego kadru: dwóch starych mężczyzn.

Nie mają po trzydzieści lat. Nie tańczą z puszkami piwa na letnim festiwalu. Nie nagrywają modnego podcastu. Nie padają sobie w ramiona po golu na stadionie. Nie budują jednorożca w Dolinie Krzemowej.

Po prostu siedzą na parkowej ławce.

Jeden niedosłyszy, drugi po raz setny powtarza tę samą anegdotę z młodości. Obaj wspominają nazwiska ludzi, o których nikt na świecie już nie pamięta.

I to jest być może najbardziej radykalna, ostateczna postać męskiej bliskości.

Gerontologia dostarcza dowodów na to, że ów obraz to coś więcej niż ckliwy landszaft. John Ratcliffe, Paul Galdas i Mona Kanaan, badając próbę blisko siedmiu tysięcy Brytyjczyków powyżej 50. roku życia, odnotowali u starszych mężczyzn wyraźnie gorszą jakość relacji przyjacielskich oraz ich niemal całkowite uzależnienie emocjonalne od partnerki. Mężczyźni ci wykazywali również tendencję do wypierania poczucia osamotnienia, nawet gdy obiektywne wskaźniki jednoznacznie wskazywały na społeczną izolację.

Polskie badania Anity Abramowskiej-Kmon i Wojciecha Łątkowskiego rysują jeszcze bardziej uderzający obraz. Z analizy danych z pięciu edycji „Diagnozy Społecznej” wynika, że przejście na emeryturę gwałtownie potęgowało prawdopodobieństwo poczucia samotności u mężczyzn; zachowanie choćby częściowej aktywności zawodowej stanowiło z kolei silny bufor ochronny. Autorzy upatrują w tym bezpośredniego skutku podtrzymania codziennych, rutynowych relacji społecznych.

Zakończenie pracy zawodowej okazuje się więc czymś znacznie poważniejszym niż zmianą bilansu finansowego.

To tąpnięcie egzystencjalne.

Wraz ze zdaniem służbowego laptopa, przepustki i kluczy mężczyzna bezpowrotnie oddaje sieć kilkunastu drobnych więzi, które przez trzy dekady dyskretnie porządkowały jego rzeczywistość. Nie wydzwaniał do tych ludzi po godzinach — nie było takiej potrzeby, po prostu z nimi był.

I tu powraca koncepcja Oldenburga. Kiedy bezpowrotnie znika „drugie miejsce” — praca — „miejsce trzecie” staje się sprawą życia i śmierci. Działka, warsztat samochodowy, kawiarnia, osiedlowa ławka, chór parafialny, koło wędkarskie czy remiza. Dowolny azyl, w którym można przebywać jednocześnie z konkretnego powodu i zupełnie bezinteresownie.

Dramat męskiej starości polega na tym, że przyjaciel staje się najbardziej potrzebny dokładnie wtedy, gdy znikają wszystkie instytucje, które wcześniej tę bliskość taśmowo produkowały: szkoła minęła, wojsko się skończyło, zakład pracy przeszedł do historii, a dorosłe dzieci ruszyły w świat.

Żadna aplikacja nie wygeneruje trzydziestu lat wspólnego losu.

Najważniejszą wartością wieloletniej przyjaźni nie jest przecież zbieżność bieżących upodobań.

Jest nią wspólne archiwum.

Wieloletni przyjaciel pamięta twoją wersję sprzed awansów, małżeństw, rozwodów, bankructw, siwizny i brzucha. Doskonale pamięta, kim byłeś, zanim zacząłeś podpisywać się obecnym tytułem służbowym. Zna twoje prywatne cmentarze. Pamięta puenty żartów, których nikomu nowemu nie da się już wytłumaczyć bez półgodzinnego wstępu.

Stary przyjaciel jest zewnętrznym twardym dyskiem naszej tożsamości.

Gdy odchodzi, tracimy nie tylko człowieka. Tracimy bezpowrotnie kopię zapasową samych siebie.

Może dlatego sędziwi przyjaciele potrafią godzinami trwać w milczeniu. W młodości cisza bywa niezręczna — zwiastuje brak tematów. Na starość jest świadectwem, że niczego już nie trzeba sobie udowadniać.

Gdybyśmy chcieli uczciwie zmierzyć bromance, nie pytajmy o liczbę uścisków, wspólnych wypadów czy wiadomości na komunikatorze.

Należy zmienić jednostkę miary – na lata.

Nie zostawię cię tutaj

Wróćmy raz jeszcze na Omaha Beach.

Szeregowiec Ryan nie jest filmem o bromance. W obliczu hekatomby to modne słowo brzmi wręcz niestosownie. Film traktuje o żołnierskiej powinności, koszmarze wojny, ofierze i długu zaciągniętym u poległych. A jednak jego podstawowa komórka dramaturgiczna pozostaje przejmująco kameralna.

Człowiek ratujący człowieka obok.

Męska przyjaźń najpełniej manifestuje się nie w płomiennych deklaracjach, lecz w z pozoru błahych odruchach: w tym, że ktoś pamięta, by nie proponować ci kawy po zmroku; że zadzwoni po twojej trudnej rozmowie, choć sam nie ma w tym żadnego interesu; że bezbłędnie wyczuwa, kiedy twoje zdawkowe „wszystko gra” oznacza zupełną rozsypkę; i że od dwudziestu lat wysyła ci w urodziny to samo absurdalne zdjęcie.

A potem robi to przez lat trzydzieści. I czterdzieści.

Przyjaźń w przeważającej mierze składa się właśnie z takiej prozaicznej materii. Bohaterstwo to rzadki incydent. Zwykły wtorek przychodzi co tydzień.

I chyba dlatego mam wewnętrzny kłopot ze słowem bromance. Jest poręczne, błyskotliwe, lekkie, podszyte bezpieczną ironią. Lecz zarazem bezlitośnie obnaża nasze cywilizacyjne skrępowanie. Musieliśmy naprędce ukuć neologizm, by oswoić coś, co Gilgamesz przeżywał tysiące lat temu, o czym Arystoteles pisał bez cienia zażenowania, co Montaigne traktował jako najwspanialszy dar losu, a Zośka utrwalał na kartach rękopisu po tragicznej śmierci Rudego i Alka.

Aplikacje mogą posadzić dwóch nieznajomych przy wspólnym stoliku. Psychologia wytłumaczy nam, dlaczego potrzebują setek godzin, by stopniał dystans. Socjologia wyjaśni, z jakich powodów wstydzili się okazać sobie czułość. Historia przypomni, że ich pradziadkowie wymieniali listy pełne emfazy, których dziś nikt nie odważyłby się wysłać ze strachu przed drwiną. Discord stworzy cyfrowe ognisko oddalone o tysiące kilometrów, a startup powstanie dzięki temu, że dwaj wspólnicy uwierzyli sobie mocniej niż arkuszom finansowym.

Żadna z tych dziedzin nie wyjaśni jednak do końca, dlaczego spośród miliardów istnień ten jeden konkretny człowiek staje się dla nas bratem z wyboru.

Ani dlaczego cztery dekady później bez wahania odbieramy jego nocny telefon.

Po czterystu pięćdziesięciu latach to Montaigne wciąż daje najprostszą i najpełniejszą odpowiedź:

„Bo to był on; bo to byłem ja”.

Bibliografia:

  1. About Discord | Our Mission and Story, Discord, https://discord.com/company
  2. A Letter from co-founder Brian Chesky, Brian Chesky / Airbnb, https://news.airbnb.com/a-letter-from-co-founder-brian-chesky
  3. Amitié, L’Encyclopédie, 1re édition, Denis Diderot, Jean le Rond d’Alembert (red.), https://fr.wikisource.org/wiki/L%E2%80%99Encyclop%C3%A9die/1re_%C3%A9dition/AMITI%C3%89
  4. Between Men: English Literature and Male Homosocial Desire, Eve Kosofsky Sedgwick, https://www.degruyter.com/document/doi/10.7312/sedg90478/html
  5. Bromance — definition, Oxford Advanced Learner’s Dictionary, https://www.oxfordlearnersdictionaries.com/definition/english/bromance
  6. Bromance: Male Friendship, Love and Sport, Stefan Robinson, Eric Anderson, https://link.springer.com/book/10.1007/978-3-030-98610-0
  7. Brotherly Love: Freemasonry and Male Friendship in Enlightenment France, Kenneth Loiselle, https://academic.oup.com/cornell-scholarship-online/book/13791
  8. Comrades in Love, Marco Fantuzzi, w: Achilles in Love, https://academic.oup.com/book/33085/chapter-abstract/282068274
  9. Deep Secrets: Boys’ Friendships and the Crisis of Connection, Niobe Way, https://www.hup.harvard.edu/books/9780674072428
  10. Desire, love, identity: LGBTQ+ histories, British Museum, https://www.britishmuseum.org/visit/object-trails/desire-love-identity-lgbtq-histories
  11. The Experimental Generation of Interpersonal Closeness: A Procedure and Some Preliminary Findings, Arthur Aron, Edward Melinat, Elaine N. Aron, Robert Darrin Vallone, Renee J. Bator, https://journals.sagepub.com/doi/10.1177/0146167297234003
  12. From online strangers to offline friends: a qualitative study of video game players in Hong Kong, Gina Lai, Ka Yi Fung, https://journals.sagepub.com/doi/10.1177/0163443719853505
  13. The Great Good Place: Cafés, Coffee Shops, Bookstores, Bars, Hair Salons, and Other Hangouts at the Heart of a Community, Ray Oldenburg, https://www.jstor.org/stable/jj.9561417
  14. How many hours does it take to make a friend?, Jeffrey A. Hall, https://doi.org/10.1177/0265407518761225
  15. HPE History, Hewlett Packard Enterprise, https://www.hpe.com/us/en/about/history.html
  16. I Love You, Man: Gendered narratives of friendship in contemporary Hollywood comedies, Karen Boyle, Susan Berridge, https://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1080/14680777.2012.740494
  17. The Impact of Retirement on Happiness and Loneliness in Poland—Evidence from Panel Data, Anita Abramowska-Kmon, Wojciech Łątkowski, https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC8465952/
  18. Inclusive Masculinity Theory: overview, reflection and refinement, Eric Anderson, Mark McCormack, https://www.tandfonline.com/doi/full/10.1080/09589236.2016.1245605
  19. Making sense of a bromance: Talking with straight men about I Love You, Man, Ron Becker, Judith Weiner, https://intellectdiscover.com/content/journals/10.1386/qsmpc.1.3.315_1
  20. Men’s Social Circles are Shrinking, Daniel A. Cox / Survey Center on American Life, https://www.americansurveycenter.org/why-mens-social-circles-are-shrinking/
  21. Nicomachean Ethics, Book VIII, Aristotle, https://www.perseus.tufts.edu/hopper/text?doc=Perseus%3Atext%3A1999.01.0054%3Abook%3D8
  22. Of Friendship, Michel de Montaigne, https://sourcebooks.web.fordham.edu/pwh/iolaus-ren.asp
  23. Older men and loneliness: a cross-sectional study of sex differences in the English Longitudinal Study of Ageing, John Ratcliffe, Paul Galdas, Mona Kanaan, https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/38308255/
  24. Reddit — Founded by UVA alumni, UVA Innovates, https://innovates.virginia.edu/companies/reddit
  25. The Relationship Between Online Video Game Involvement and Gaming-Related Friendships Among Emotionally Sensitive Individuals, Rachel Kowert, Emese Domahidi, Thorsten Quandt, https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/24660878/
  26. Romantic Friendship: Male Intimacy and Middle-Class Youth in the Northern United States, 1800–1900, E. Anthony Rotundo, https://www.jstor.org/
  27. Social Relationships and Mortality Risk: A Meta-analytic Review, Julianne Holt-Lunstad, Timothy B. Smith, J. Bradley Layton, https://journals.plos.org/plosmedicine/article?id=10.1371/journal.pmed.1000316
  28. Starting and staying in business with friends, Dave Gilboa, Neil Blumenthal / Kauffman Foundation, Khan Academy, https://www.khanacademy.org/college-careers-more/entrepreneurship2/interviews-entrepreneurs/warby-parker/v/warby-parker-3
  29. Stereotypes versus preferences: Revisiting the role of alpha males in leadership, Evolution and Human Behavior, https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1090513824000011
  30. Third places, true citizen spaces, Ray Oldenburg, Karen Christensen / UNESCO, https://www.unesco.org/en/articles/third-places-true-citizen-spaces
  31. The Bromance: Undergraduate Male Friendships and the Expansion of Contemporary Homosocial Boundaries, Stefan Robinson, Eric Anderson, Adam White, https://link.springer.com/article/10.1007/s11199-017-0768-5
  32. To dwell among gamers: Investigating the relationship between social online game use and gaming-related friendships, Emese Domahidi, Ruth Festl, Thorsten Quandt, https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0747563214000831
  33. Translating War: The Combat Film Genre and Saving Private Ryan, Jeanine Basinger, https://www.historians.org/perspectives-article/translating-war-the-combat-film-genre-and-saving-private-ryan-october-1998/
  34. We3: How It Works, We3, https://www.we3app.com/how-it-works/
  35. Where Everybody Knows Your (Screen) Name: Online Games as “Third Places”, Constance A. Steinkuehler, Dmitri Williams, https://academic.oup.com/jcmc/article/11/4/885/4617703
  36. Wolf News and Information — Alpha Wolf Concept, L. David Mech, https://davemech.org/wolf-news-and-information/
  37. „Zośka”, „Alek” i „Rudy” – bohaterowie z „Szarych Szeregów”, Zintegrowana Platforma Edukacyjna, Ministerstwo Edukacji Narodowej, https://zpe.gov.pl/a/zoska-alek-i-rudy—bohaterowie-z-szarych-szeregow/DBF8FEMAT