Jak wiele można dostrzec na filmie „Zobaczysz wszystko”?

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Jak wiele można dostrzec na filmie „Zobaczysz wszystko”?

Udostępnij:

Ten film nie jest o tym, o czym mogłoby się wydawać.

Napięcie wokół filmu „Zobaczysz wszystko” opiera się na założeniu, że najlepiej oglądać go, wiedząc o nim jak najmniej. Czyli: nie warto czytać recenzji, słuchać podcastów, zaglądać na fora czy fanpage’e. A jeśli komuś już udało się zobaczyć najnowsze kinowe dzieło Nathana Fieldera, sam twórca prosi go o jedno – by zdradzał jak najmniej.

Dla recenzenta to z jednej strony sytuacja nie do pozazdroszczenia, z drugiej – szalenie motywująca. Trzeba bowiem znaleźć sposób, by rzetelnie ocenić film, a jednocześnie uszanować wolę reżysera i nie psuć Wam, widzom, niespodzianki.

Prawda wyszła na jaw dawno temu

To oczywiste, że jako redakcja żyjąca na co dzień sprawami startupów nie mogliśmy przejść obojętnie obok filmu poświęconego jednemu z najgłośniejszych przekrętów technologicznych ostatnich lat – sprawie założycielki spółki Theranos. Akcja dokumentu skupia się przede wszystkim na Elizabeth Holmes i jej ówczesnym partnerze, Billym Evansie, a rozgrywa się na kilkanaście dni przed pójściem Holmes do więzienia. To właśnie w tym fragmencie mamy rzekomo poznać jej prawdziwe oblicze i – zgodnie z obietnicą zawartą w tytule – „zobaczyć wszystko”.

Tyle że im dłużej oglądałem ten obraz, tym mniej ciekawiła mnie sama founderka Theranosa, a bardziej frapowała jej osobliwa strategia komunikacyjna. Z każdą kolejną upływającą minutą Holmes jako postać stawała się coraz bardziej blada i jednowymiarowa. Zamiast na niej skupiałem się na pytaniu: jak wielu współczesnych founderów ucieka się do półprawd, celowych niedomówień i lawirowania w etycznej szarej strefie, byle tylko sprzedać opowieść o swoim produkcie i zyskać przychylność inwestorów?

W filmie jest kilka momentów, które pozwalają wyrobić sobie zdanie o Holmes i odpowiedzieć na pytanie: czy oszukiwała z premedytacją, czy tak bezgranicznie wierzyła we własną wizję, że przestała dostrzegać wady mitycznego aparatu do badania krwi? Te sceny pojawiają się jednak na wczesnym etapie, więc Fielder, obiecując, że „zobaczymy wszystko”, raczej nie miał na myśli ujawnienia nieznanych dotąd faktów o Theranosie.

Skandal ten został już przecież szczegółowo naświetlony – zarówno przez dziennikarzy śledczych, jak i podczas procesu sądowego. O skali zniszczeń wciąż zresztą przypominają byli pracownicy spółki. Co ciekawe, ich zdaniem film Fieldera jest próbą wybielenia Holmes i zatarcia ogromu wyrządzonych szkód. Nie chodzi przecież wyłącznie o majątki bogatych funduszy venture capital – ucierpieli przede wszystkim pacjenci. Niektórym z nich błędnie diagnozowano HIV, inne osoby fałszywie informowano o poronieniu, mimo że ciąża rozwijała się prawidłowo.

Co więc można zobaczyć?

Mniej więcej w połowie seansu dochodzi do narracyjnego twistu. Niestety, przez własną nieuwagę dowiedziałem się o nim wcześniej z audycji Kuby Janiszewskiego w TOK FM. Nie zamierzam jednak powielać tego błędu i odbierać Wam seansu. Zdradzę jedynie, że zastosowany przez reżysera zabieg odwraca uwagę od startupowej oszustki, kierując kamerę w stronę finansowej elity, amerykańskiej alt-prawicy oraz toksycznej męskości.

Zamiast pogłębionej analizy mechanizmów rządzących rynkiem i patologii komunikacyjnych (co miałoby dużą wartość edukacyjną), dokument przeistacza się w opowieść o hermetycznym świecie milionerów – całkowicie oderwanym od realiów, z którymi mierzy się przeciętny człowiek. Całość wciąż intryguje, ale jest to raczej ciekawość voyeurystyczna – podsycana chęcią podglądania życia wpływowych elit – niż dociekanie: „jak właściwie mogło dojść do tak gigantycznego oszustwa?”. Zamiast analizy dostajemy narrację skupioną na celebrytach i establishmentowych figurach: wtórną, nieco narcystyczną i obojętną na to, co najbardziej interesuje środowisko startupowe, przedsiębiorców oraz analityków rynku.

Impet pierwszej części znacznie wyhamowuje, a kombinacje podejmowane przez Fieldera miast budować dramaturgię – przeciwnie, osłabiają ją. Gmatwanina narasta do tego stopnia, że zadawałem sobie pytanie: „po co?” Ale chyba najcięższym zarzutem jest ten, iż Fielder dokonuje w swoim blisko trzygodzinnym filmie pewnych niefortunnych wyborów etycznych. I jako twórca mający przewagę nad biernymi widzami, zdaje się mniej lub bardziej subtelnie sterować naszym sumieniem, jakby zapominając o swojej roli. To jeszcze bardziej potęguje wrażenie, że film, jego bohaterowie alienują się od nas, od publiczności. I zamiast myśleć nad sprawnym poprowadzeniem fabuły, wikłają się w kwestie, które są ważne dla nich – osobiście, emocjonalnie.

Z balkonu widać więcej

Być może kojarzycie „Film balkonowy” Pawła Łozińskiego – zrealizowany w trakcie pandemii dokument o ludziach przechodzących pod oknem reżysera. Autor nawiązywał z nimi dialog, poznawał ich obawy, troski i nadzieje; próbował śledzić ich losy, jeśli tylko pojawiali się tam regularnie.

Tamta skromna opowieść o zwykłych ludziach wydała mi się nieporównywalnie bliższa i bardziej wciągająca niż wielopiętrowa, rozdmuchana historia duetu Holmes i Evans. A przede wszystkim – o wiele bardziej szczera.

Czytaj także: