Jedna jaskółka: lęk

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Jedna jaskółka: lęk

Udostępnij:

Opowieść o cichym wspólniku postępu to jednocześnie opowieść O przedsiębiorcach, którzy próbują oswoić przyszłość, inwestorach bojących się przegapić okazję i maszynach, które miały uwolnić nas od niepokoju. A także o Hieronimie Boschu, muzycznym piekle, sztucznej inteligencji i pewnej nocy, podczas której nic złego się nie wydarzyło.

Trzecia siedemnaście

Jest trzecia siedemnaście nad ranem. Nasz bohater, nazwijmy go Krystian, właśnie się obudził i sięga po telefon.

Właściwie trudno powiedzieć, co wyrwało go ze snu. Nie rozległ się żaden alarm, nie zadzwonił inwestor, nie przyszła wiadomość o wypowiedzeniu umowy przez kluczowego klienta. W domu panuje cisza. Za oknem również nic szczególnego się nie dzieje.

Krystian —założyciel młodej spółki technologicznej — sprawdza jednak pocztę. Potem komunikator. Następnie saldo rachunku, statystyki sprzedaży, może jeszcze LinkedIn, na którym ktoś właśnie ogłosił pozyskanie kilku milionów dolarów finansowania. Na koniec zagląda do kalendarza. Jutro, a ściślej mówiąc: dzisiaj, ma rozmowę z potencjalnym inwestorem.

Odkłada telefon. Przez chwilę patrzy w sufit. Nic złego się nie wydarzyło.

Gdyby zadzwonił klient z reklamacją albo bank z informacją o problemach z płynnością, niepokój przedsiębiorcy miałby przynajmniej wyraźny przedmiot. Można byłoby podjąć działanie, wykonać telefon, znaleźć rozwiązanie. Tymczasem jego głowę zaprząta coś, co jeszcze nie nastąpiło, a być może nigdy nie nastąpi.

W języku codziennym powiedzielibyśmy, że po prostu się boi. Filozofowie byliby zapewne bardziej precyzyjni. Strach zazwyczaj dotyczy konkretnego, uchwytnego zagrożenia. Lęk bywa bezprzedmiotowy i rozproszony. Nie potrzebuje napastnika, pożaru ani nadciągającej burzy. Wystarcza mu mglista możliwość, że gdzieś, kiedyś, coś pójdzie nie tak.

Czy nie zakrawa na paradoks fakt, że współczesna gospodarka, która z taką dumą opowiada o innowacjach, odwadze i przekraczaniu barier, w niemałym stopniu napędzana jest emocją, o której jej liderzy wolą milczeć?

Przedsiębiorca boi się porażki. Inwestor — przegapienia okazji. Pracownik — utraty znaczenia. Twórca sztucznej inteligencji — niekiedy tego, że jego dzieło wymknie się spod kontroli. Klient — że bez najnowszej technologii zostanie w tyle.

Wszyscy próbują zdążyć przed czymś, czego nie potrafią jednoznacznie nazwać.

Być może więc postęp technologiczny nie jest wyłącznie kroniką ludzkiej ciekawości, pomysłowości i ambicji. Być może stanowi zarazem zapis naszych gorączkowych prób ucieczki przed niepewnością.

I skoro już raz dopuścimy do siebie taką myśl, to nie sposób zapytać: dokąd właściwie uciekamy?

Jutro, którego nie ma w Excelu

W 1921 roku amerykański ekonomista Frank H. Knight opublikował książkę Risk, Uncertainty and Profit. Nie przypuszczam, by była to lektura obowiązkowa wśród dzisiejszych założycieli startupów. A szkoda. Knight uchwycił bowiem dystynkcję, która pozwala zrozumieć źródło sporej części ich codziennych rozterek.

Oddzielił ryzyko, które da się szacować za pomocą rachunku prawdopodobieństwa, od niepewności — zjawiska niemożliwego do wiarygodnego skwantyfikowania.

Możemy obliczać prawdopodobieństwo awarii podzespołu na podstawie danych o tysiącach identycznych egzemplarzy. Znacznie trudniej prognozować powodzenie produktu, dla którego rynek dopiero ma powstać. Nie dlatego, że brakuje nam odpowiednio złożonego arkusza kalkulacyjnego, lecz dlatego, że nie znamy wszystkich możliwych scenariuszy.

Knight uważał niepewność za konstytutywny element działalności gospodarczej. Jego diagnoza pozostaje uderzająco aktualna dziś, gdy zaawansowane modele finansowe, predykcyjne i statystyczne nadają przyszłości pozory niemal księgowej oczywistości.

Weźmy startup na wczesnym etapie rozwoju. W prezentacji inwestorskiej widnieje prognoza przychodów rozpisana na pięć lat. W odpowiednich komórkach starannie wyliczono dynamikę sprzedaży, koszty pozyskania klienta (CAC), marżę oraz przepływy pieniężne. Każda liczba wygląda profesjonalnie; niektóre podano z dokładnością do drugiego miejsca po przecinku.

Tyle że matematyczna precyzja zapisu nie jest tożsama z trafnością przewidywania.

Arkusz kalkulacyjny ma tę wdzięczną właściwość, że nigdy nie miewa wątpliwości egzystencjalnych. Jeśli wpiszemy odpowiednie formuły, bez szemrania wygeneruje optymistyczną przyszłość. Nawet jeśli przed chwilą całkowicie ją zmyśliliśmy.

Nie twierdzę, że prognozowanie jest pozbawione sensu. Przeciwnie — stanowi warunek racjonalnego planowania. Problem zaczyna się w chwili, w której mylimy narzędzie porządkujące myślenie o przyszłości z gwarancją jej ziszczenia.

Czy nie na tym polega jedna z najbardziej charakterystycznych sprzeczności naszej epoki? Mierzymy coraz więcej, ponieważ coraz trudniej znosimy świadomość, że tego, co najważniejsze, zmierzyć się nie da.

W raporcie Global Entrepreneurship Monitor 2025/2026 znajdujemy dane, które powinny ostudzić zapał każdego, kto portretuje przedsiębiorców jako jednostki organicznie uodpornione na strach. W 41 spośród 48 gospodarek objętych badaniem co najmniej 40% dorosłych dostrzegających obiecujące szanse rynkowe przyznawało, że to właśnie obawa przed niepowodzeniem powstrzymałaby ich przed założeniem własnej działalności.

Innymi słowy: miliony ludzi widzą szansę, lecz paraliżuje ich koszt ewentualnej pomyłki.

Za deklarowanym lękiem kryją się twarde realia: brak poduszki finansowej, zobowiązania rodzinne, bariery kapitałowe, niestabilność prawna czy brak systemowego wsparcia. Nie każdy niepokój jest irracjonalny i nie każda przezorność świadczy o braku odwagi.

Człowiek dysponujący majątkiem rodzinnym oraz człowiek utrzymujący dom z pojedynczej pensji nie podejmują takiego samego ryzyka, nawet jeśli w rejestrze sądowym otwierają formalnie identyczne podmioty. Przekonywanie ich obu, że sukces wymaga po prostu „wyjścia ze strefy komfortu”, byłoby nie tyle naiwną motywacją, ile protekcjonalnym nietaktem.

Lęk ma jednak także swój wymiar relacyjny.

Gabriella Cacciotti wraz ze współpracownikami w badaniu opublikowanym w 2016 roku na łamach Journal of Business Venturing wykazała, że strach przed porażką biznesową nie jest monolitem. Kształtuje się w określonym kontekście społecznym i potrafi działać dwojako: paraliżować albo mobilizować do wzmożonego wysiłku.

W tym miejscu wyłania się mechanizm znacznie bardziej frapujący niż mity o nieustraszonych innowatorach. Przedsiębiorca nie obawia się wyłącznie utraty kapitału. Często po prostu boi się utraty twarzy.

W środowisku startupowym sukces rynkowy stał się tożsamy z legitymizacją jednostki. Założyciel nie tylko zarządza przedsiębiorstwem, ale też sam staje się jego marką — ucieleśnia je, legitymizuje i firmuje własną biografią. Gdy wycena rośnie, jego narracja staje się wzorcem sukcesu. Gdy spółka upada, granica między nieudanym projektem a osobistą klęską człowieka bywa niebezpiecznie płynna.

Nawet głośno celebrowana „kultura porażki” bywa w gruncie rzeczy fasadowa. Środowisko entuzjastycznie nagradza potknięcia tylko wtedy, gdy stanowią one malowniczy wstęp do spektakularnego triumfu w kolejnej rundzie finansowania. Porazka jest czymś przejściowym. Trudno natomiast o brawa dla porażek definitywnych, które nie doczekały się szczęśliwego epilogu.

Raport GEM ujawnia tu zresztą intrygujący paradoks: osoby, które niedawno zamknęły działalność gospodarczą, częściej deklarują chęć podjęcia kolejnej próby niż ci, którzy nigdy firmy nie prowadzili. Być może namacalne zderzenie z porażką odziera ją z obezwładniającego mitu i okazuje się mniej destrukcyjne niż paraliżujące wyobrażenie o niej. Choć i tu zalecałbym ostrożność interpretacyjną — do gry powracają nierzadko ci, którzy po prostu dysponują zasobami pozwalającymi na kolejny start.

Najdroższa rzecz na świecie: okazja, która nas ominęła

Lęk nie zawsze zmusza do ucieczki. Czasami działa odwrotnie — wymusza nerwową aktywność.

W świecie kapitału funkcjonuje specyficzna odmiana niepokoju. Nie dotyczy ona straty zainwestowanych środków, lecz potencjalnego zysku, który mógł stać się naszym udziałem. Ktoś wchodzi w nowy trend technologiczny. Inny podmiot ogłasza uruchomienie kolejnego funduszu. Na nagłówkach pojawia się wycena spółki, która w kilkanaście miesięcy urosła o rząd wielkości. W grę wchodzą znane nazwiska, potem kolejne. Machina narracyjna rusza z kopyta.

Z początku obserwujemy to z chłodnym dystansem. Później z zaciekawieniem. Wreszcie pojawia się natrętna myśl: czy przypadkiem nie przegapiliśmy najważniejszego przewrotu gospodarczego dekady, pozostając w roli bezradnych widzów?

Zjawisko FOMO – czyli fear of missing out – zyskało popularność głównie za sprawą platform społecznościowych. Andrew Przybylski i współautorzy w badaniu z 2013 roku opisali je jako chroniczny lęk przed wykluczeniem z satysfakcjonujących doświadczeń przeżywanych przez innych. Na rynku venture capital i aniołów biznesu mechanizm ten zyskuje jednak zwielokrotnioną siłę rażenia.

Wyobraźmy sobie komitet inwestycyjny, który odrzucił projekt na wczesnym etapie, by dwa lata później dowiedzieć się, że ów startup ma już wycenę jednorożca. Czy decydenci opłakują wyłącznie utracony zwrot z inwestycji? Zapewne tak. Lecz równie dotkliwy bywa cios wymierzony w poczucie profesjonalnej przenikliwości. Stawką przestają być same pieniądze. Stawką staje się branżowy prestiż.

Socjologia i psychologia rynków finansowych oferują tu solidniejsze wyjaśnienia niż anegdotyczne opowieści o zazdrości. Opublikowane w 2025 roku badanie Following in the Footsteps of Others: Social Proof in Angel Groups szczegółowo analizuje rolę dowodu społecznego w decyzjach inwestorów anielskich. Zachowania i decyzje innych graczy stają się potężnym sygnałem korygującym własną ocenę ryzyka.

Nie każda pogoń za nowinkami wynika ze ślepego owczego pędu; wiedza renomowanych uczestników rynku bywa rzetelnym punktem odniesienia. Granica między czerpaniem z mądrości zbiorowej a uleganiem panice stada pozostaje jednak wyjątkowo cienka.

Stąd bierze się anatomia technologicznych trendów. Zanim innowacyjny produkt zdąży udowodnić swoją użyteczność i rozwiązać jakikolwiek realny problem, rynek zaczyna drżeć na myśl, że spóźni się z alokacją kapitału. Narracja promocyjna nie musi już przekonywać, że przyszłość będzie lepsza. Wystarczy, że zaszczepi w nas przeświadczenie, iż ta przyszłość rozegra się bez naszego udziału. A to poczucie dla wielu bywa nie do zniesienia.

Podobną inżynierię perswazji stosuje współczesny marketing technologiczny. Rzadko słyszymy prosty komunikat w stylu: „wybierz ten produkt, bo rozwiązuje twój problem”. Zastąpił go szantaż rozwojowy: „twoi konkurenci już z tego korzystają; jeśli nie wdrożysz tego dziś, za rok nie będzie dla ciebie miejsca na rynku”. W tej retoryce kryje się subtelna przemoc psychiczna. Przedsiębiorca nie wybiera już między optymalizacją a jej brakiem — staje przed narzuconym dylematem: natychmiastowa adaptacja albo definitywna marginalizacja.

Czy naprawdę w każdym procesie niezbędna jest kolejna implementacja modelu generatywnego? Czy każda organizacja wymaga przebudowy pod dyktando najnowszego oprogramowania? Czasem z pewnością tak. Zbyt często jednak biegniemy wyłącznie dlatego, że paraliżuje nas widok biegnących wokół.

Witamy w internecie. Prosimy się nie uspokajać

W 2021 roku amerykański twórca Bo Burnham zaprezentował Inside — dzieło wymykające się prostym klasyfikacjom gatunkowym, zrealizowane w warunkach ścisłej pandemicznej izolacji. Nie był to tradycyjny stand-up ani program komediowy, lecz audiowizualny traktat o samotności, cyfrowym przesycie i psychicznym wyczerpaniu. Kluczowym punktem tego projektu pozostaje utwór Welcome to the Internet.

Burnham wciela się w nim w rolę groteskowego mistrza ceremonii cyfrowego jarmarku. Stylizowany na demonicznego konferansjera z międzywojennego kabaretu, zamiast zapowiadać estradowe popisy, kusi odbiorcę nieograniczonym dostępem do zasobów sieci: wiedzy, rozrywki, pornografii, politycznego oburzenia, teorii spiskowych i ludzkich dramatów. Wszystkiego naraz, bez chwili wytchnienia.

Wstęp brzmi niemal sielankowo; kabaretowy ton fortepianu przypomina popisy wodewilowych iluzjonistów. Jednak w miarę narastania tempa i maniakalnej ekspresji utwór przeistacza się w klaustrofobiczny portret uzależnienia. Sieć w ujęciu Burnhama nie przypomina uporządkowanej biblioteki, do której zaglądamy w poszukiwaniu konkretnego tomu. Jest halą targową zaprojektowaną tak, byśmy pod żadnym pozorem nie odnaleźli wyjścia.

To precyzyjna metafora ekonomii uwagi (attention economy). W tradycyjnym modelu handlu wyzwaniem było skłonienie klienta do przekroczenia progu sklepu. W realiach cyfrowego kapitalizmu nadrzędnym celem wielu platform stało się uwięzienie użytkownika w przestrzeni permanentnej ekspozycji na bodźce, gdzie każde spojrzenie, kliknięcie i pauza podlegają monetyzacji.

Shoshana Zuboff w monumentalnej pracy nad kapitalizmem inwigilacji opisała model, w którym surowcem staje się samo ludzkie doświadczenie — przechwytywane, przetwarzane w dane behawioralne i wykorzystywane do przewidywania, a docelowo także modyfikowania naszych wyborów. Nawet jeśli nie każda cyfrowa usługa wpisuje się w ten schemat, trudno zaprzeczyć istnieniu strukturalnego konfliktu między modelem biznesowym opartym na zaangażowaniu a higieną psychiczną odbiorcy.

Aplikacja mająca podtrzymywać relacje towarzyskie nieustannie konfrontuje nas z życiem, które toczy się poza nami. Platforma do budowania kariery zamienia się w tablicę cudzych sukcesów, wyzwalając mechanizmy destrukcyjnego porównywania się. Serwis informacyjny, zamiast objaśniać procesy, formatuje nagłówki tak, by budzić pierwotny odruch zagrożenia — bo nic nie klika się lepiej niż lęk.

Znamy te wszystkie mechanizmy, nieprawdaż?

Nie trzeba doszukiwać się tu cynicznego spisku inżynierów. Za wyjaśnienie znakomicie posłuży nam bezduszna logika optymalizacji: wskaźniki przychodowe rosną proporcjonalnie do czasu spędzonego przed ekranem.

W ten sposób dochodzi do fundamentalnego paradoksu: technologie zaprojektowane, by oszczędzać nasz czas i wysiłek, doprowadziły do lawinowego wzrostu spraw domagających się natychmiastowej reakcji. Boimy się, że coś przeoczymy — sięgamy więc po smartfon. Z ekranu wylewa się strumień informacji o wydarzeniach, w których nie braliśmy udziału — odkładamy go z poczuciem winy, by za kilka minut powtórzyć ten sam gest. Pętla się zaciska: niepokój generuje zachowania, które ten sam niepokój potęgują.

Warto w tym kontekście przywołać diagnozę niemieckiego socjologa Hartmuta Rosy. W pracy Social Acceleration: A New Theory of Modernity wyodrębnił on trzy sprzężone ze sobą wymiary przyspieszenia: technologiczne, zmian społecznych oraz tempa codziennego życia.

Szczególnie celny okazuje się opisywany przez niego paradoks oszczędności czasu. Teoretycznie automatyzacja procesów — od pralki i samochodu po procesory i algorytmy pocztowe — powinna owocować nadwyżką wolnych chwil. Dlaczego zatem powszechnym doświadczeniem późnej nowoczesności jest chroniczny deficyt czasu?

Tę samą obietnicę – czyli nowy wymiar czasu wolnego – słyszymy w kontekście sztucznej inteligencji. Dzięki niej rzekomo mieliśmy zyskać więcej przestrzeni dla siebie. Nie wiem, jak wy, ale ja mam poczucie, że robię teraz jeszcze więcej. Dlaczego tak się dzieje? Otóż, jest na to wytłumaczenie. Wraz ze wzrostem wydajności narzędzi wykładniczo rośnie wolumen zadań uznawanych za niezbędne do wykonania.

Współczesny menedżer sporządza raport w ułamku czasu, jakiego potrzebował jego poprzednik ćwierć wieku temu. Tyle że uwolnioną przestrzeń błyskawicznie wypełniają nowe oczekiwania: natychmiastowy feedback na komunikatorach, nieustanny monitoring metryk, dbałość o markę osobistą i bieżące przyswajanie nowych narzędzi. Maszyna zaoszczędziła godzinę; otoczenie w ułamku sekundy znalazło sposób, by zagospodarować dwie kolejne.

Rosa zwraca również uwagę na zjawisko „kurczenia się teraźniejszości” (uwaga, trudne słowo: Gegenwartsschrumpfung). To drastyczne skracanie horyzontu czasowego, w którym dotychczasowe doświadczenie zachowuje wartość prognostyczną. Jeszcze niedawno zdobyte kompetencje gwarantowały stabilność zawodową na dekady. Dziś wiedza potrafi ulec dezaktualizacji, zanim zdążymy zamknąć cykl jej wdrożenia. Albo nim skończymy czytać książkę o nowej technologii, to ta technologia staje się już… przestarzała.

Okazuje się więc, że wiedzieć dużo to za mało. Kluczowe staje się to, by wiedzieć szybciej niż inni.

Piekło Hieronima Boscha

Ogród rozkoszy ziemskich Hieronima Boscha to powstały na przełomie XV i XVI stulecia tryptyk, eksponowany w madryckim Museo del Prado. Bez dwóch zdań, należy do najbardziej hipnotyzujących zagadek malarstwa europejskiego. Lewe skrzydło przedstawia biblijny Eden. Część centralna to oniryczna panorama zmysłowości, zaludniona przez korowody nagich postaci obcujących z gigantycznymi owocami, fantastycznymi hybrydami i architekturą przypominającą laboratoryjne retorty. Skrzydło prawe odsłania bezwzględne realia potępienia.

Najbardziej frapujący detal prawej kwatery stanowi fragment powszechnie określany mianem Piekła muzycznego.

Bosch umieścił tam gigantyczne instrumenty: lutnię, harfę, lirę korbową czy pomort. Przedmioty stworzone, by wydobywać harmonię i przynosić estetyczne ukojenie, na obrazie niderlandzkiego mistrza przeistaczają się w narzędzia wyrafinowanych tortur. Nagie ciało zostaje rozpięte na gryfie lutni niczym na krzyżu; inny potępieniec tkwi wpleciony w struny monstrualnej harfy. Narzędzia ziemskiego zachwytu stają się maszynerią udręki.

Badacze sztuki z Prado podkreślają moralizatorski i teologiczny kontekst tego przedstawienia, zakorzeniony w późnośredniowiecznej pobożności. Byłoby anachronizmem twierdzić, że Bosch antycypował epokę algorytmów czy mediów społecznościowych. Warto jednak potraktować jego wizję jako uniwersalną metaforę technokulturową. Co dzieje się z człowiekiem, gdy aparatura zaprojektowana dla wygody, bezpieczeństwa lub zmysłowej satysfakcji zaczyna podporządkowywać sobie ludzkie życie i narzucać mu własną logikę działania?

U Boscha muzyka przestaje służyć kontemplacji, stając się źródłem bólu.

Współcześnie aplikacja stworzona z myślą o higienie snu potrafi wpędzić użytkownika w ortosomnię — lęk wywołany niesatysfakcjonującym odczytem fazy REM na ekranie smartwatcha. Oprogramowanie do monitorowania produktywności zamienia każde niezagospodarowane popołudnie w powód do wyrzutów sumienia. Komunikator ułatwiający pracę zespołową zaciera barierę między życiem zawodowym a prywatnym, zamieniając dom w całodobowe biuro. To nie jest fatalizm technologiczny: istnieje wiele innowacji realnie podnoszących komfort życia i redukujących cierpienie. Granica między narzędziem wyzwalającym a mechanizmem uzależniającym bywa jednak zaskakująco płynna.

Bosch podsuwa jeszcze jedną kluczową intuicję: jego piekło nie polega na zniszczeniu świata, lecz na wypaczeniu jego porządku. To rzeczywistość, w której wektor relacji uległ odwróceniu — wytwór ludzkich rąk przejmuje władzę nad stwórcą. Trudno oprzeć się tej analogii, patrząc na współczesne ekosystemy cyfrowe. Zaprojektowaliśmy narzędzia, by zwiększyć kontrolę nad nieprzewidywalnym światem, po czym sami oddaliśmy im kontrolę nad naszym czasem, uwagą i poczuciem własnej wartości.

Nie twierdzę, że znaleźliśmy się w piekle Boscha. Jednak widok człowieka, który w środku nocy z narastającym niepokojem analizuje wykresy własnego pulsu na tarczy zegarka, przywodzi na myśl scenę, w której mistrz Bosch bez trudu odnalazłby inspirację.

Człowiek, który obawia się własnej nieprzydatności

Przez dekady industrializacji i komputeryzacji lęk przed maszyną koncentrował się wokół obawy o utratę miejsc pracy. Tkacze niszczyli krosna mechaniczne Jacquarda. Robotnicy obawiali się taśm produkcyjnych Forda. Urzędnicy i księgowi z nieufnością patrzyli na pierwsze komputery mainframe, a kasjerzy — na terminale samoobsługowe.

Joel Mokyr, Chris Vickers i Nicolas Ziebarth w głośnym eseju The History of Technological Anxiety and the Future of Economic Growth przypominają, że niepokoje te powracają falami od zarania rewolucji przemysłowej. Wbrew katastroficznym przepowiedniom automatyzacja rutynowych czynności prowadziła w dłuższym horyzoncie do powstawania nowych sektorów i przekształcania struktury zatrudnienia, a nie do trwałego bezrobocia technologicznego.

Pojawienie się generatywnej sztucznej inteligencji nadało jednak temu lękowi zupełnie nowy, egzystencjalny ciężar. Maszyna przestała być wyłącznie protezą ludzkich mięśni czy szybkim kalkulatorem powtarzalnych operacji. Zaczęła pisać książki i raporty o polskiej marce, programować systemy, diagnozować obrazy medyczne, tworzyć syntetyczną muzykę i prowadzić zniuansowany, niekończący się dialog młodymi i starymi. Wkroczyła w rejony, które przez stulecia rezerwowaliśmy dla wyjątkowości ludzkiego intelektu i wrażliwości.

Dotychczasowy paradygmat społeczny głosił, że najlepszym zabezpieczeniem przed nieprzewidywalnością rynku pracy jest edukacja i specjalistyczna wiedza. Dziś to właśnie pracownicy wiedzy — analitycy, programiści, prawnicy czy projektanci — zadają sobie pytanie o to, które obszary ich kompetencji staną się jutro zbędne.

Według danych z raportu Stanford AI Index 2026 aż 64% dorosłych Amerykanów prognozuje, że w perspektywie najbliższych dwudziestu lat rozwój sztucznej inteligencji przyczyni się do redukcji łącznej liczby miejsc pracy, podczas gdy zaledwie 5% liczy na jej wzrost.

Wskaźniki te mierzą wprawdzie społeczne nastroje, a nie faktyczny bilans makroekonomiczny (eksperci z branży pozostają w swoich projekcjach znacznie bardziej powściągliwi), lecz to właśnie dynamika lęku jest tu kluczowa. Człowiek jest w stanie bez trudu zaakceptować fakt, że algorytm liczy szybciej od niego. Znacznie trudniej pogodzić się z myślą, że staje się bardziej kompetentny w domenie, na budowanie której poświęciliśmy dekady życia.

W 2018 roku zespół Muse otworzył album Simulation Theory utworem Algorithm. To monumentalna kompozycja, w której chłodne, syntetyczne brzmienia — przywodzące na myśl mroczne ścieżki dźwiękowe Johna Carpentera — łączą się z symfonicznym rockiem. W wywiadzie dla „Forbesa” lider grupy, Matt Bellamy, wprost diagnozował źródło utworu: poczucie utraty podmiotowości wobec algorytmów, które mogą uczynić ludzką pracę bezużyteczną. Uderza ambiwalencja tej muzyki: futurystyczny niepokój ubrany jest w formę podniosłego hymnu. Jakbyśmy sami nie potrafili rozstrzygnąć, czy nadciągająca automatyzacja powinna budzić w nas grozę, czy fascynację.

To zresztą najbardziej adekwatna postawa wobec AI. Technologia ta tworzy przecież niespotykane szanse: przyspiesza odkrycia farmakologiczne, wspiera diagnostykę onkologiczną, ułatwia komunikację osobom z dysfunkcjami i demokratyzuje dostęp do zaawansowanych narzędzi. Bagatelizowanie tych osiągnięć byłoby bezpodstawnym wstecznictwem. Równie niebezpieczne jest jednak ignorowanie strukturalnych zagrożeń. Szczególnie niepokojący staje się proces, w którym człowiek traci realny wpływ na decyzje algorytmiczne, zachowując za nie pełną odpowiedzialność prawną i etyczną.

Już w 1983 roku psycholog Lisanne Bainbridge w klasycznej pracy Ironies of Automation dowodziła, że automatyzacja procesów rzadko eliminuje błędy ludzkie — częściej je przemieszcza i wyolbrzymia. Operatorowi odbiera się możliwość bieżącej praktyki, zrzucając na niego odpowiedzialność wyłącznie w sytuacjach skrajnych awarii, gdy złożoność systemu przekracza możliwość szybkiej interwencji.

Trzy dekady później socjolożka Madeleine Clare Elish ukuła na to zjawisko precyzyjny termin: „moralna strefa zgniotu”. Podobnie jak strefa zgniotu w aucie ma za zadanie pochłonąć energię uderzenia, tak człowiek w zautomatyzowanym systemie staje się piorunochronem skupiającym na sobie winę za wady algorytmu, nad którym w praktyce nie miał realnej kontroli.

Wyobraźmy sobie dyrektora personalnego wdrażającego autonomiczny system selekcji CV. Narzędzie optymalizuje koszty i radykalnie skraca rekrutację. Jednak w momencie ujawnienia systemowych uprzedzeń w modelu to nie twórca oprogramowania, lecz menedżer i jego organizacja ponoszą koszty wizerunkowe i prawne. Możemy w ten sposób wykreować rzeczywistość, w której rola człowieka w procesach decyzyjnych zostanie ograniczona do minimum, za to jego obecność pozostanie niezbędna w roli instytucjonalnego kozła ofiarnego.

Perspektywa, trzeba przyznać, mało pocieszająca.

Frankenstein nie czytał instrukcji obsługi

Gdy w 1818 roku Mary Shelley publikowała Frankensteina, nie tworzyła wyłącznie prekursorskiej powieści grozy. Stworzyła ponadczasowy esej o etycznej niedojrzałości innowatora, który nie dorasta do skutków własnej kreacji. Wiktor Frankenstein marzy o przekroczeniu granicy biologicznej determinacji i zyskaniu wiecznej sławy. Gdy jednak ożywiona materia otwiera oczy, twórca ucieka w popłochu przed widokiem własnego dzieła. Źródłem katastrofy nie jest wyłącznie potwór; staje się nim przede wszystkim abdykacja stwórcy z odpowiedzialności za byt, który powołał do życia.

Przypowieść Shelley powraca dziś z nową siłą w kontekście sztucznej inteligencji, inżynierii genetycznej i technologii autonomicznych. W kulturze Doliny Krzemowej przekraczanie zastanych granic uznawano przez lata za wartość bezwzględną. Słynny slogan wczesnego Facebooka — Move fast and break things — idealnie oddawał etos ery cyfrowego optymizmu: tempo wdrożenia ceniono wyżej niż ostrożność, a regulacje prawne traktowano jako balast dławiący przedsiębiorczość.

Tyle że w miarę jak systemy cyfrowe stają się układem nerwowym cywilizacji, drastycznie rośnie cena pomyłki. Czym innym jest zawieszenie się aplikacji do zamawiania jedzenia, czym innym zaś awaria algorytmu sterującego siecią elektroenergetyczną, systemem dawkowania leków w szpitalu czy autonomicznym dronem bojowym.

W połowie XX wieku niemiecki filozof Günther Anders sformułował w odniesieniu do broni jądrowej pojęcie „rozbieżności prometejskiej” (prometheische Diskrepanz). Zwracał uwagę na niebezpieczną asymetrię między techniczną zdolnością człowieka do wytwarzania a jego poznawczą i moralną barierą w wyobrażeniu sobie całościowych konsekwencji własnego dzieła. Potrafimy wyprodukować narzędzia, których ostatecznych skutków nie jesteśmy w stanie pojąć ani przetrawić emocjonalnie.

Anders analizował cień bomby atomowej. Dziś jego koncept zyskuje drugie życie w debacie nad modelami AI o nieprzejrzystej strukturze wnioskowania. Zdolność implementacji kodu nie jest tożsama ze zdolnością przewidzenia emergentnych właściwości skomplikowanej sieci neuronowej. Dotyczy to również subtelniejszych procesów społecznych, dalekich od hollywoodzkich wizji buntu maszyn.

Przez niemal dwa stulecia fotografia i nagrania audiowizualne stanowiły fundament społecznego zaufania do faktów. Oczywiście manipulacje obrazem istniały zawsze, lecz sfabrykowanie przekonującego fałszerstwa wymagało czasu, warsztatu i znacznych nakładów. Rewolucja modeli generatywnych obniżyła koszt produkcji fotorealistycznych falsyfikatów niemal do zera. Według Global Risks Report 2026 dezinformacja i misinformacja uplasowały się na drugim miejscu w rankingu najpoważniejszych zagrożeń globalnych w horyzoncie najbliższych dwóch lat.

Prawdziwie destrukcyjny okazuje się jednak mechanizm jeszcze bardziej przewrotny niż sama zalewająca nas fala fałszywek. Prawnicy Bobby Chesney i Danielle Citron w 2019 roku opisali zjawisko tzw. dywidendy kłamcy. Polega ono na tym, że w świecie powszechnej świadomości istnienia deepfake’ów każdy sprawca realnego nadużycia może z łatwością podważyć autentyczność kompromitujących go, w 100% prawdziwych dowodów. Wystarczy rzucić cień podejrzenia: „to wygenerowała sztuczna inteligencja”.

Nie trzeba już nawet skutecznie podrabiać rzeczywistości. Wystarczy zatruć studnię powszechnego zaufania przeświadczeniem, że wszystko mogło zostać sfingowane. To kolejny fundamentalny lęk naszych czasów: lęk przed utratą wspólnego gruntu faktograficznego. A bez zaufania do elementarnej prawdy niemożliwe staje się nie tylko funkcjonowanie demokratycznego państwa, ale też jakakolwiek długofalowa działalność gospodarcza.

Nieśmiertelność na abonament

Pozostaje jeszcze jeden lęk — pierwotny, starszy niż kapitalizm, giełdy i algorytmy. To lęk przed śmiercią. W mezopotamskim Eposie o Gilgameszu sumeryjski władca przemierza krańce świata, by uniknąć kresu istnienia. W micie greckim Orfeusz schodzi do Hadesu, próbując cofnąć nieodwracalne. Przez wieki alchemicy poszukiwali kamienia filozoficznego, a współczesna medycyna regeneracyjna i inżynieria genetyczna z sukcesami przesuwają granice ludzkiej biologii.

W zmaganiach z przedwczesną śmiercią i cierpieniem tkwi esencja humanistycznego postępu. Jednak współczesna technologia wysuwa ofertę zupełnie nowego rodzaju: nie tyle przedłużenie fizycznej egzystencji, ile cyfrową symulację obecności tych, którzy odeszli. Narzędzia określane mianem botów pamięci przetwarzają korespondencję, wpisy w mediach społecznościowych, nagrania głosu oraz fotografie, by tworzyć interaktywne, generatywne awatary zmarłych.

Cristina Voinea w studium On Grief and Griefbots (2024) poddaje analizie etyczny i psychologiczny wymiar tej technologii. Czy syntetyczny głos zmarłego pomaga przepracować żałobę, czy przeciwnie — patologizuje ją, blokując naturalny proces akceptacji straty? Trudno o uniwersalną odpowiedź, lecz sam fakt zaistnienia tej usługi redefiniuje antropologię żałoby. Przez tysiąclecia śmierć kładła bezwzględny kres dialogowi. Pozostawały pamiątki, listy, nagrania i pamięć — nigdy jednak nowa reakcja ze strony tego, kto odszedł.

Dziś granica ta ulega zatarciu. Możemy rozmawiać z cyfrowym awatarem rodzica, który zmarł przed laty. System wiernie odtworzy barwę jego głosu, składnię, charakterystyczne pauzy i poczucie humoru. Odpowie na pytania o sprawy, które wydarzyły się dzisiaj.

Czy przynosi to ukojenie? Być może, w pierwszym odruchu rozpaczy. Lecz czy rozmówca po drugiej stronie interfejsu jest tą samą osobą? Tu niezbędna jest ontologiczna bezwzględność: algorytmiczny konstrukt pamięci nie ma nic wspólnego z ciągłością ludzkiej świadomości. Zdolność do generowania statystycznie prawdopodobnych odpowiedzi nie czyni z modelu osoby.

Z tą różnicą wiąże się nie tylko dylemat filozoficzny, lecz także brutalna praktyka biznesowa. Czy wolno monetyzować ludzką żałobę w modelu subskrypcyjnym? Czy dostęp do głosu zmarłego dziecka może zostać zablokowany z powodu zaległości w płatnościach albo sporu licencyjnego? Co dzieje się z cyfrową „duszą” bliskiej osoby, gdy startup zarządzający serwerami ogłosi upadłość lub zmieni politykę prywatności?

Pytania te brzmią drastycznie, lecz wynikają wprost z logiki rynkowej.

Rynek technologii oferuje nam coraz doskonalsze znieczulacze egzystencjalne. Nie każde jednak cierpienie, od którego próbujemy uciec, powinno zostać wyrugowane z naszego doświadczenia. Żałoba jest bolesna, ale stanowi zarazem ostateczne potwierdzenie wagi relacji z drugim człowiekiem i nieodwołalności jego odejścia.

Czy technologia obiecująca protezę nieśmiertelności pozwala nam lepiej uporać się ze stratą? A może jedynie odwleka w nieskończoność moment, w którym musimy stanąć twarzą w twarz z pustką?

Nie wiem. I obawiam się prostych recept.

O pożytkach z niepewności

W 1844 roku Søren Kierkegaard opublikował traktat Pojęcie lęku. Kluczowa intuicja duńskiego filozofa sprowadza się do powiązania lęku z kategorią ludzkiej wolności i możliwości wyboru.

Człowiek nie doświadcza lęku wyłącznie dlatego, że świat zewnętrzny niesie fizyczne zagrożenie. Doświadcza go przede wszystkim dlatego, że staje przed otwartym horyzontem możliwości i musi dokonać wyboru, ponosząc jego pełny ciężar. Wolność to nie tylko przywilej decydowania; to również nieuchronny ciężar egzystencji w cieniu scenariuszy, które odrzuciliśmy.

Ta diagnoza jest uderzająco trafna w odniesieniu do przedsiębiorczości.

Założyciel projektu z definicji operuje w przestrzeni wariantów alternatywnych. Może zmienić model dystrybucji, pozyskać rundę, sprzedać udziały lub zamknąć nierentowny oddział. Każda decyzja unieważnia inne potencjalne przyszłości. Nie istnieje wybór idealny, który pozwalałby zachować wszystkie otwarte furtki — a zaniechanie wyboru jest również decyzją, często najbardziej kosztowną.

Być może właśnie dlatego z taką ulgą delegujemy proces decyzyjny na narzędzia analityczne, modele ekonometryczne i algorytmy rekomendacyjne. Chcemy wierzyć, że zdejmują one z nas odpowiedzialność za nieprzewidywalność jutra.

Tyle że to iluzja. Żaden model nie zwolni nas z ciężaru świadomości, że mogliśmy postąpić inaczej.

Warto zadać sobie prowokacyjne pytanie: czy całkowita eliminacja lęku ze świata biznesu i technologii byłaby w ogóle pożądana? Nie mam tu na myśli apologii wyniszczającego stresu, bezsenności czy toksycznej kultury wypalenia zawodowego. Nie ma niczego szlachetnego w samozagładzie przedsiębiorcy, który kosztem zdrowia i rodziny buduje mit heroicznego zaangażowania. Chroniczny stres jest patologią organizacyjną, sygnałem alarmowym domagającym się radykalnej zmiany, a nie orderem zasługi.

Istnieje jednak fundamentalna różnica między destrukcyjnym stresem a egzystencjalną niepewnością, bez której ludzkie działanie traci swój sens i powagę. Nie mamy pewności, czy nasza innowacja przetrwa zderzenie z rynkiem. Nie wiemy, czy obrana strategia okaże się trafna. Nie wiemy, czy odbiorcy zrozumieją naszą wizję. Wreszcie — nie mamy gwarancji, że świat, który próbujemy skonstruować za pomocą nowych narzędzi, okaże się lepszy od tego, w którym wyrośliśmy. I być może właśnie w tej niewiedzy tkwi zarzewie autentycznej kreatywności.

Od lat karmiono nas narracją, że istotą innowacji jest bezwzględne przełamywanie ograniczeń. Szybsze układy scalone, bardziej zaawansowane sieci neuronowe, zoptymalizowane procesy korporacyjne i bezbłędne modele prognostyczne miały rozszerzać granice ludzkiej sprawczości. W wielu obszarach cel ten osiągnięto.

Tyle że sprawczość nie oznacza boskiej wszechmocy.

Możemy projektować złożone scenariusze, ale przyszłość nie stanie się naszą własnością na wyłączność. Możemy precyzyjnie mitygować ryzyko, ale nie wyeliminujemy ontologicznej niepewności. Możemy wydłużać średnią długość życia, lecz żaden algorytm nie nada mu sensu za nas.

I znów powraca Bosch. W jego tryptyku ludzie gonią za zmysłowym nasyceniem, bogactwem i techniczną ekwilibrystyką. Prawe skrzydło pozostaje mrocznym ostrzeżeniem przed pychą rozumu, który zapomina o granicach własnej kontroli. Nie chodzi o to, by popadać w technofobiczny moralizm i potępiać ludzką ambicję. Bez gotowości do ponoszenia ryzyka i wkraczania w nieznane nie powstałaby większość zdobyczy medycyny, inżynierii i technologii, które uczyniły nasze życie zdrowszym, bezpieczniejszym i godniejszym.

Nie każdy innowator to obłąkany Wiktor Frankenstein. Nie każda platforma cyfrowa to pułapka z boschowskiego piekła. Nie każda inwestycja w sztuczną inteligencję jest podszyta histerią FOMO. Rzeczywistość jest dalece bardziej wielowymiarowa, niż sugerują to jej radykalni krytycy lub bezkrytyczni ewangeliści.

Mamy jednak prawo zachować trzeźwy sceptycyzm wobec dogmatu głoszącego, że każda kolejna innowacja stanowi bezdyskusyjny krok ku emancypacji człowieka. Wyzwolenie z jednego ograniczenia niemal zawsze rodzi nowe, często niewidoczne na pierwszy rzut oka zależności.

Dlatego najważniejsze pytanie, jakie powinniśmy dziś stawiać twórcom nowoczesnych technologii, nie dotyczy wyłącznie tego, co dane narzędzie potrafi. Powinno brzmieć: od jakiego ludzkiego doświadczenia próbuje nas ono uwolnić — i co bezpowrotnie utracimy w chwili, gdy to się uda?

Trzecia siedemnaście, jeszcze raz

Wróćmy do Krystiana z początku tej opowieści.

Wciąż leży w ciemności. Smartfon spoczywa obok na szafce nocnej, a prostokątny wyświetlacz co chwila rozświetla mrok powiadomieniami. Nie stało się nic dramatycznego. Klient nie zerwał umowy. Fundusz nie zamknął rundy przed nosem. Konkurent nie ogłosił przełomu. W świetle dostępnych danych panuje spokój.

A jednak Krystian doskonale wie, że jutro — bez względu na liczbę przetworzonych tabel i bezbłędność modeli uczenia maszynowego — pozostanie jutrem: nieodgadnionym i nieprzewidywalnym. Krystian wie, że nie istnieje algorytm, który mógłby to zmienić.

Może więc kolejny raz sięgnąć do smartfona. Przejrzeć pocztę, sprawdzić wskaźniki, przeczytać jeszcze jeden raport i upewnić się, czy na pewno nie przegapił najnowszego rynkowego zwrotu. Może też odwrócić aparat ekranem do dołu i po prostu zamknąć oczy.

Ten drugi gest nie jest kapitulacją. Nie ma nic wspólnego z brakiem profesjonalizmu, bezradnością czy zaniechaniem ambicji. Jest aktem dojrzałości: uznaniem, że pełna kontrola nad rzeczywistością jest niebezpieczną mrzonką.

Jest… odwagą. Ale nie tą głośną, odmienianą przez wszystkie przypadki podczas branżowych paneli i konferencji pitchingowych. Nie tą mierzoną wyceną po kolejnej rundzie, dynamiką wzrostu czy nagłówkami w portalach technologicznych.

Jest odwagą człowieka, który wie, że przyszłość nigdy nie będzie należała do niego, a mimo to każdego ranka podejmuje trud uczestnictwa w jej współtworzeniu. Największym osiągnięciem człowieka nie będzie bowiem zbudowanie maszyny, która potrafi przewidzieć każdy scenariusz. Będzie nim umiejętność mądrego życia ze świadomością, że taka maszyna nigdy nie powstanie. A nawet jeśli powstanie — nie udzieli nam odpowiedzi na żadne z pytań, które naprawdę stanowią o sensie naszego istnienia.

Jest trzecia osiemnaście. Ekran wreszcie gaśnie. Przyszłość może zaczekać.

 Bibliografia:

  1. Anders G., Die Antiquiertheit des Menschen, t. I, 1956; t. II, 1980.
  2. Bainbridge L., Ironies of Automation, „Automatica”, 1983.
  3. Bosch H., Ogród rozkoszy ziemskich, ok. 1490–1500, Museo Nacional del Prado, Madryt.
  4. Burnham B., Welcome to the Internet, album Inside, 2021. Apple Music.
  5. Cacciotti G., Hayton J.C., Mitchell J.R., Giazitzoglu A., A reconceptualization of fear of failure in entrepreneurship, „Journal of Business Venturing”, 2016.
  6. Chesney B., Citron D.K., Deep Fakes: A Looming Challenge for Privacy, Democracy, and National Security, „California Law Review”, 2019.
  7. Elish M.C., Moral Crumple Zones: Cautionary Tales in Human-Robot Interaction, „Engaging Science, Technology, and Society”, 2019.
  8. Hill S. i in., Global Entrepreneurship Monitor 2025/2026 Global Report: From Uncertainty to Opportunity, 2026.
  9. Kierkegaard S., Pojęcie lęku, 1844.
  10. Knight F.H., Risk, Uncertainty and Profit, 1921.
  11. Lekkas H.W. i in., Following in the Footsteps of Others: Social Proof in Angel Groups, „Entrepreneurship Theory and Practice”, 2025.
  12. Mokyr J., Vickers C., Ziebarth N.L., The History of Technological Anxiety and the Future of Economic Growth: Is This Time Different?, „Journal of Economic Perspectives”, 2015.
  13. Muse, Algorithm, album Simulation Theory, 2018. Wywiad Steve’a Baltina z Mattem Bellamym, „Forbes”.
  14. Przybylski A.K. i in., Motivational, emotional, and behavioral correlates of fear of missing out, „Computers in Human Behavior”, 2013. DOI.
  15. Rosa H., Social Acceleration: A New Theory of Modernity, Columbia University Press, 2013.
  16. Shelley M., Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz, 1818.
  17. Stanford Institute for Human-Centered Artificial Intelligence, AI Index Report 2026, rozdział „Public Opinion”, 2026.
  18. Voinea C., On Grief and Griefbots, „Think”, 2024.
  19. World Economic Forum, Global Risks Report 2026, 2026.
  20. Zuboff S., The Age of Surveillance Capitalism, PublicAffairs, 2019.