Run, Thomas, run!
Bieganie to chyba jedna z najczęściej obecnych dyscyplin sportowych na LinkedIn. W poniedziałek dostajemy wysyp postów od dorosłych ludzi, którzy chwalą się wręczonym im medalem za uczestnictwo w biegu, w środę czytamy o tym, jak trudno jest się mobilizować do treningów, ale żeby nigdy, ale to naprawdę nigdy się nie poddawać, a w piątek dowiadujemy się, gdzie odbywają się zawody i gdzie będzie można spotkać poszczególnych przedsiębiorców, na jakich maratonach, zawodach, przebieżkach.
Lobby biegaczy jest tak silne, że czasem dostajemy maila z wyrzutami, że za mało w OHO! piszemy o tejże właśnie społeczności. No cóż.
Ten fenomen popularności biegania na LinkedIn wyjaśnia nam Tomasz Kowalski, który w swoim zawodowym życiu zajmuje się konwertowaniem ograniczeń w supermoce. Brzmi tak intrygująco, że aż sami chcielibyśmy spróbować – tylko obawiamy się, jakie to supermoce by się u nas pojawiły. Ale nie odbiegajmy od tematu, biegiem wróćmy do pana Tomasza. Otóż, tym, co łączy bieganie z postowaniem jest w jego opinii cierpliwość. Trzeba cierpliwie trenować. Ćwiczyć regularnie. Angażować się i nie tracić zapału, nawet jeśli przez pierwsze dwa, trzy, siedem lat nie widać rezultatów.
Ta refleksja w głowie pana Tomasza narodziła się, gdy dowiedział się, że pani Ela Glinka, posiadaczka kobiecego rekordu na dystansie półmaratonu, jest od niego lepsza. Skąd o tym wiemy? Bo Kowalski Tomasz skrupulatnie porównuje swoje osiągi z wynikami wybieganymi przez Glinkę Ewę. I to właśnie w tym momencie dzieli się tą prawdą – że na LinkedInie mistrzem nie zostaje się od razu. Że trzeba na to sobie zapracować. Krok za krokiem, jak przenikliwie pisze pan Kowalski. Regularnie i bez nerwowych ruchów, przy jednoczesnej akceptacji porażek.
Zaiste, bierzemy sobie te szczere rady do serca i od tej pory będziemy regularnie trenować pisanie postów na LinkedIna!
Tęskniliśmy
Jeśli przez ostatnie dni brakowało Wam czegoś, jeśli odczuwaliście trudną do zdefiniowania pustkę w Waszych duszach, jeśli łapaliście się na tym, że bezmyślnie scrollujecie LinkedIna – to chcemy Was uspokoić. Mieliście pełne prawo tak się czuć. Tak bowiem reaguje wrażliwy człowiek, gdy ktoś dla niego ważny zniknie mu sprzed oczu.
Tak właśnie zniknęła Magdalena Chalecka.
I znów chcemy Was uspokoić – pan Magdalena już wróciła stamtąd, gdzie była. I mimo, że jej absencja na LinkedInie nie trwała dłużej niż tydzień, to wielkie pustki nam ona uczyniła. Ale powrót pani Magdaleny ma słodko-gorzki smak. Słodki, wszak szalenie cieszymy się z jej ponownej obecności. Ale jednocześnie ubolewamy, że Chalecka Magdalena już od początku zmaga się z wyzwaniami.
„Co się pisze po tygodniu nieobecności na LinkedIN?” – rzuca na przywitanie autorka długo wyczekiwanego posta. Po czym rozkłada ręce i sama sobie odpowiada: „Nie wiem”. Po czym rozkłada ręce jeszcze szerzej i sama siebie przekonuje, pisząc: „Serio”.
Wiecie, że ona serio nie wie, co się pisze. I jak na certyfikowanego coacha, który ma za sobą więcej niż 500 sesji, to bardzo szczere wyznanie. Siedzi więc pani Magdalena przy komputerze, palce w gotowości nad klawiaturą, ale w głowie – pustka! Z tej niewiedzy, a może i bezsilności już pani Magdalena pisze to desperackie wyznanie, aby tylko zapełnić pustkę na swoim LinkedInie, aby dać znać, że jest, że żyje, że wróciła.
W tym swoim pisarskim rozedrganiu pani Magdalena dzieli się osobistą myślą: „kiedy publikujesz regularnie, po prostu działasz. A kiedy robisz przerwę, zaczynasz za dużo myśleć.” Zgadzamy się, my też jesteśmy zwolennikami działania, a nie myślenia. Im mniej myślimy o naszych działaniach, tym dla nas lepiej. Dlatego też staramy sobie nie robić przerw, tylko po prostu działamy, działamy, działamy. Myślenie jest dla słabych i niezdecydowanych!
Tylko jedna rzecz nas gdzieś tam z tyłu głowy męczy, od działania odrywa. Czy jeśli nie wiemy, co napisać, a jednak, coś piszemy, to czy to oznacza, że… nie wiemy, co piszemy?
Pani Magdaleno, proszę już tak nie znikać znienacka.
Prywatna armia Bartosza
Bartosz Cruz, założyciel AI Business LAB oraz Sterownia AI, nie uznaje półśrodków. Podczas gdy my w redakcji oglądamy tokeny sztucznej inteligencji z każdej strony, a użycie ich wymaga zawsze i bezwzględnie pisemnej zgodny Redaktora Naczelnego, tak Bartosz, jak na kapitalistę z wolnego rynku przystało, działa zupełnie inaczej. No bo – kto bogatemu zabroni?
Trzymajcie się krzeseł, zwłaszcza wy, cebulacy z Poznania i dusigrosze z Krakowa, bo oto lista wydatków Bartosza, która przyprawi Was o zawrót głowy: 258 faktur, 288 potwierdzeń płatności i 148 tysięcy złotych wydanych na Claude w 16 miesięcy!
Żyjecie, oddychacie jeszcze?
Bo nam zrobiło się gorąco, żeby nie powiedzieć słabo.
Bartosz, jak twierdzi, w 2026 roku przestał zadawać sztucznej inteligencji pytania, a przerzucił się na agentów AI. I to był początek zaciągu do prywatnej armii pana Bartosza. Konsekwentnie rekrutował, trenował, ćwiczył w boju tych agentów – po to, aby odwalały za niego czarną robotę. Dziś, jak twierdzi Cruz Bartosz, agenci projektują, analizują, testują, nadzorują, realizują… A do tego pewnie jeszcze robią pompki, przysiady, pajacyki i w ogóle. Co prawda, z tak szczegółowej, rozpisanej niemal co do minuty aktywności Bartosza i jego 51 niestrudzonych agentów nie do końca wynika, nad czym oni tak ciężko pracują, ale… kto by tam wnikał w te szczegóły, kto by pytał o efekty czy rezultaty.
I nie dziwimy się, że Bartosz Cruz wystawia sam sobie taką piękną laurkę, twierdząc, że jego doświadczenie będzie procentować w najbliższych latach, gdyż „umiejętność zarządzania agentami AI będzie jedną z najważniejszych kompetencji ostatnich lat”. Bartosz więc wie, co robi.
Ale panie Bartoszu, czy wie Pan, co zrobiłoby jeszcze większe wrażenie? Gdyby zamiast tej, skądinąd pięknej, autopromocji, zmusiłby Pan tych swoich 51 agentów do tego, aby to one chóralnie, jednym głosem tak Pana pochwaliły!
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie
Co można było robić w ostatnią świąteczną niedzielę 1 listopada? Można było wybrać się na cmentarz, by tam w zadumie, choćby przez kilka chwil i w ciszy powspominać bliskich, którzy odeszli. Można było też wybrać się na sesję do Huberta Adamczyka. Na sesję przy stole u Huberta Adamczyka. To przy tym stole i tego dnia spotkało się kilka studentów oraz kilka osób serdecznych panu Hubertowi. To szalenie miłe, że w tych czasach są jeszcze tacy ludzie, którzy chcą spędzać swój czas także z osobami nieserdecznymi, jest to ważne.
Ale zaraz, po co oni wszyscy kłębili się przy Adamczykowym stole niczym podczas staropolskiego obrzędu wywoływania dziadów? Otóż zaprosił ich gospodarz, który kilkanaście godzin wcześniej pomyślał sobie, że mogą oni „usiąść razem i popracować nad tym, jak mówić o sobie i swoich umiejętnościach”. Znów, to szalenie miłe, że są ludzie, którzy chcą w czyjś wolny, świąteczny czas organizować rzeczy zupełnie nieświąteczne, a bardzo zawodowe. Wszak ileż to już wolnych niedziel, ile wolnych dni studenci oraz osoby serdeczne panu Hubertowi przebimbały?
No właśnie.
Jak wynika z opowieści snutej przez pana Huberta, który wszak na storytellingu zna się jak mało kto, wynika, że przy stole dało się posłuchać o doświadczeniu Tomasza Billa, o budowaniu firmy w Kalifornii, o rozwoju przedsiębiorczości w Amsterdamie. Bardzo światowy stół, chyba najbardziej światowy stół, o jakim słyszeliście. Jeśli jeszcze okaże się, że był to stół z Japonii, to już w ogóle. Nic więc dziwnego, że przy takim bogactwie historii „robiły się dyskusje, dziewczyny pytały, a rozmowy otwierały kolejne wątki”.
Pan Hubert zdradza nam szczegół spotkania: „Franek przyznał, że sam wyszedł z inspiracją i zapasem weny”. Panie Franku, i o to chodzi właśnie w takie świąteczne dni, aby nie marnotrawić ich, tylko żeby chłonąć wiedzę, uprawiać networking i ładować się weną. Najlepiej na zapas.
Jak puentuje sam pan Hubert, mistrz storytellingu – „to dla mnie najciekawsze w spotkaniach. Wnosisz swoje doświadczenie, a wracasz z czymś, czego wcześniej nie miałeś.”
Na przykład – zajętej od rana do wieczora niedzieli.
Wszystkim uczestnikom spotkania szczerze zazdrościmy, a Panu, panie Hubercie – gratulujemy tak zacnej inicjatywy!
Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.