Ten pozornie techniczny postulat niesie za sobą znacznie większe konsekwencje: zmianę modelu relacji między państwem a prywatnymi gigantami technologicznymi, redefinicję odpowiedzialności za bezpieczeństwo energetyczne oraz próbę złagodzenia presji na przestarzałe sieci przesyłowe. W obliczu intensywnego boomu centrów danych wykorzystywanych przez sztuczną inteligencję, które pochłaniają gigawatowe ilości energii, amerykański system elektryczny — zgodnie z sygnałami operatorów sieci – balansuje na krawędzi przeciążenia.
Czy polski prezydent – który wszak nie kryje swojego podziwu dla amerykańskiego kolegi – mógłby lub powinien pójść w ślad Trumpa i zaangażować prywatne firmy technologiczne w budowę własnych źródeł energii?
Trump: kontekst przenoszenia odpowiedzialności energetycznej na prywatne firmy
Na czym dokładnie polega amerykańska inicjatywa?
Podczas State of the Union, Trump opisał swoją propozycję jako „rate payer protection pledge” — zobowiązanie dużych firm technologicznych do samozasilania swoich centrów danych poprzez własne systemy produkcji energii. Celem ma być ochrona gospodarstw domowych przed dalszymi podwyżkami cen prądu, które mogą wynikać z gwałtownego wzrostu popytu napędzanego przez infrastrukturę AI. Administracja nie podała jeszcze szczegółowych ram legislacyjnych ani listy zobowiązanych firm, ale według doniesień Białego Domu planowane jest formalne spotkanie z liderami sektora w marcu tego roku.
Powody tej inicjatywy są dwie. Po pierwsze, amerykańska sieć energetyczna nie nadąża za popytem, co potwierdzają stanowiska operatorów takich jak PJM Interconnection, postulujących rozwiązania, w których duże podmioty albo budują własne źródła, albo ograniczają zużycie w szczytach. Po drugie, rząd USA próbuje odciążyć konsumentów przed dalszym wzrostem kosztów energii, które – jak argumentuje administracja – częściowo wynikają z rosnącego popytu na energię z centrów danych AI.
Czy taki model energii prywatnej ma sens w Polsce?
Różnice między USA a Polską są fundamentalne — zarówno pod względem struktury rynku energetycznego, jak i roli państwa. W USA system przesyłowy jest zdecentralizowany i składa się z wielu regionalnych operatorów; inwestycje w rozbudowę infrastruktury mają charakter zarówno prywatny, jak i publiczny. Polska energetyka działa w ramach silnie scentralizowanej sieci zdominowanej przez spółki skarbu państwa i duże podmioty rynku energetycznego, takie jak Polska Grupa Energetyczna czy Tauron. To zasadnicza różnica: w USA operatorzy długoterminowo planują inwestycje rezerwowe i kontrakty mocy w modelu rynkowym. W Polsce — strategiczny mandat do zarządzania infrastrukturą ma państwo poprzez regulacje i nadzór nad kluczowymi spółkami.
Czytaj także: Kryptoustawa, dwa weta i widmo „raportu o powiązaniach”. Spór rządu z prezydentem wchodzi w fazę eskalacji
Prywatne elektrownie: potrzebne Polakom?
Rozważając scenariusz „polskiego Trumpa”, warto wyróżnić kilka kwestii. Zacznijmy od tej fundamentalnej, czyli popytu i presji na sieć. W Polsce nie obserwujemy aż tak gwałtownego skoku zapotrzebowania na energię, który byłby spowodowany jednym sektorem — jak w USA w przypadku AI. Oczywiście rozwój usług cyfrowych, chmury i centrów danych zwiększa popyt na moc, ale nie w skali gigawatów rok do roku, która destabilizuje system.
Według raportów Europejskiej Agencji Środowiska oraz operatorów sieci, zapotrzebowanie na energię w UE rośnie, ale w Polsce transformacja energetyczna prowadzi raczej do równoważenia profilu obciążenia niż gwałtownego przyspieszenia popytu. To fundamentalna różnica, która wpływa na sens tworzenia własnych elektrowni technologicznych.
Równie istotne jest też to, kto miałby budować elektrownie i przejmować ryzyko. W Stanach Trump proponuje, by to korporacje technologiczne ponosiły koszt budowy, utrzymania i operowania elektrowniami, co w USA wydaje się możliwe m.in. dzięki skali i zasobom firm takich jak Microsoft, Amazon czy Google.
W Polsce:
-
większość firm technologicznych nie operuje na tak gigantycznych skalach energetycznych jak ich amerykańskie odpowiedniki;
-
sektor energetyczny jest pod ścisłym regulacyjnym nadzorem Urzędu Regulacji Energetyki;
-
prawo energetyczne silnie definiuje podmioty uprawnione do produkcji energii i przyłączeń do sieci.
Oznacza to, że prywatyzacja odpowiedzialności za produkcję energii na taką skalę wymagałaby zmian regulacyjnych, inwestycji kapitałowych i przełamania pewnych barier rynkowych.
Czytaj także: Prezydent Nawrocki da nam jednorożca? Fundusz Rozwoju Technologii Przełomowych: komentarze ekosystemu
Możliwości Karola Nawrockiego
W Polsce prezydent formalnie nie kieruje rządem ani sektorem energetycznym — jego rola ma charakter głównie reprezentacyjny i strategiczny. W praktyce decyzje energetyczne i regulacyjne są domeną Rady Ministrów, Ministerstwa Klimatu i Środowiska, Prezesa URE oraz operatorów systemu przesyłowego. O ile prezydent może inspirować kierunek polityki i forumować inicjatywy strategiczne, to nie dysponuje narzędziami prawnymi, które zobowiązywałyby firmy do budowy własnych elektrowni.
W praktyce kluczowe pytania dotyczyłyby właśnie ram regulacyjnych dla dostawców energii i prosumentów (czy firmy mogłyby produkować energię na użytek własny w dużym wolumenie), mechanizmów taryfowych i podatkowych zachęcających do inwestycji w źródła własne oraz koordynacji z operatorem systemu, który musi zapewniać stabilność sieci.
To są kompetencje legislacyjne i wykonawcze, które leżą poza bezpośrednim wpływem prezydenta. Tym niemniej, obserwacja politycznej rzeczywistości kraju nad Wisłą pokazuje, że prezydent Nawrocki jest żywo zainteresowany poszerzaniem swoich wpływów.
Czy Polska w przyszłości powinna iść „Trumpową ścieżką”?
Eksperci wskazują, że idei autonomicznych źródeł energii nie można całkowicie wykluczyć, szczególnie w kontekście rozwoju centrów danych i inwestycji ICT czy też wzrostu zapotrzebowania w przemyśle 4.0 i AI. Nie należy zapominać też o potrzebie większej odporności energetycznej w obliczu geopolitycznych ryzyk. Jednak kluczem nie jest kopiowanie amerykańskiego modelu „obowiązku budowy elektrowni”, ale raczej elastyczna mieszanka polityki energetycznej, regulacji i rynku, która:
-
wspiera własne mikro-produkcje (np. OZE przy zakładach),
-
promuje magazynowanie energii,
-
rozwija inteligentne sieci i redukcję strat.
Mówiąc krótko, Polsce wydaje się bliżej do modelu zrównoważonego, a nie tak po prostu prywatyzującego odpowiedzialność energetyczną. Inicjatywa Donalda Trumpa, by nakłonić Big Tech do budowy własnych elektrowni jest interesującym symptomem globalnych zmian — w szczególności rosnącego zapotrzebowania na energię cyfrową i presji na tradycyjne sieci energetyczne.
Jednak kontekst polski jest inny: struktura rynku, rola państwa, skalowanie przemysłu technologicznego i mechanizmy regulacyjne nie predysponują go do pójścia wprost „trumpową drogą”. Zamiast tego sensowna jest polityka hybrydowa — wspieranie własnych źródeł energii tam, gdzie to ekonomicznie i technicznie uzasadnione, oraz budowanie odporności sieci poprzez inwestycje państwowe i prywatne.