Dawid Urban: Współpracując ze startupami, lubię widzieć w ludziach poczucie odpowiedzialności za własny biznes [wywiad część 1]

Udostępnij:
Dawid Urban to anioł biznesu, przedsiębiorca, właściciel i współwłaściciel kilkunastu firm i marek. Łącznie zainwestował już ponad 50 mln złotych. W wywiadzie dla Mam Startup podpowiada jak zdobyć jego inwestorskie serce, jakich startupów szuka i co ceni w ludziach najmocniej.

Zainwestował Pan już ponad 50 mln złotych w 19 firm. Z firm, które posiada Pan w swoim portfolio układa Pan pewnego rodzaju puzzle. Jak dobiera Pan elementy?

Ciekawe porównanie. Chociaż zawsze wydawało mi się, że zabawa w puzzle nie jest aż tak kosztowna. Wracając jednak do pytania – patrząc z perspektywy minionego okresu, można odnieść wrażenie, że tych spółek jest rzeczywiście sporo. Skupiając się jednak na przełomowości strategii i technologii, w które inwestuję – czas gra tu kluczową rolę. Przykładowo – w najbliższym czasie otwieramy z jedną ze spółek (Surge Cloud) pierwszy w Polsce, być może także na świecie, w pełni automatyczny, a do tego skalowalny biznesowo, sklep spożywczy w sektorze convenience pod marką Take&Go.

Spółkę, która nawet nie myślała o wejściu w przedsięwzięcie jakim jest w pełni autonomiczny sklep, choć miała ku temu wszelkie możliwe narzędzia, przejąłem nieco ponad rok temu po bardzo krótkim namyśle. Czas był mi potem potrzebny na skorygowanie biznesowej strategii i choć cząstkowe poznanie historii firmy, jak i jej właścicieli. Oczywiście wiązało się to ze sporym ryzykiem, jednak w przypadku najnowszych technologii czas gra bardzo istotną rolę. Chcieliśmy być pierwsi, jednak żeby to osiągnąć – trzeba było szybko działać. Nie było to przejęcie „książkowe”, bo gdyby takim było – być może dzisiaj w ogóle nie byłoby nas w tym miejscu, w przededniu pierwszego, epokowego otwarcia sklepu Take&Go future shop.

I tu wracamy do meritum Pani pytania. W ciągu 2 lat pozyskałem wiele spółek, które, choć działają zupełnie niezależnie, to jednak pozwalają myśleć o daleko idącej synergii. Jedną z takich spółek jest m.in. Dobra Forma, która zajmuje się produkcją mebli. Choć w statucie firmy jest produkcja mebli głównie dla sektorów biurowego, hotelowego, czy retail, to jednak Dobra Forma zaangażowała się też w merytoryczną pomoc we wdrażaniu optymalnych rozwiązań wyposażenia wnętrza autonomicznego sklepu oraz skutecznego połączenia niewidocznych gołym okiem technologii z tradycyjnymi, twardymi meblami. W swoim portfolio posiadam też spółkę Podano zajmującą się produkcją kanapek, które również znajdą się w ofercie naszych sklepów. I takich biznesowych synergii mam u siebie kilka. I choć od samego początku podstawowym celem każdej z moich spółek było jak najszybsze uzyskanie biznesowej niezależności i podążanie własnymi ścieżkami, to jednak mając w perspektywie bardzo ambitne cele, które postawiłem sobie jakiś czas temu, potrzebuję w portfolio firm z różnymi specjalizacjami i nie zamykam się na wewnętrzną synergię i współdziałanie moich spółek. I choć w tych układankach czasami bardzo ciężko jest odpowiednio ułożyć następny puzzel, to jednak staramy się, żeby krok po kroku to wszystko szło do przodu.

W domu lubi Pan układać puzzle?

Bardziej lubię patrzeć jak układają je moje dzieci. Muszę przyznać, że lepiej przy puzzlach radzą sobie moje dzieci i żona Oliwia (śmiech).

Co decyduje o tym, że podejmuje Pan decyzje o inwestycji w dany projekt? Pewnie musi „zaiskrzyć”, na czym to polega w Pana przypadku?

Nie lubię w życiu ograniczeń, dlatego przede wszystkim projekt musi być globalny, z możliwością skalowania na inne rynki. Do tego, jeśli dojdą jeszcze aspekty, które mogą zmienić świat na lepszy, jak w przypadku startupu Samurai – ochrona dzieci w sieci, czy ParrotOne – ułatwienie komunikacji dla niepełnosprawnych, to daje mi to ogromną satysfakcję. Dla mnie w życiu ważna jest misja robienia projektów „dobrych” dla świata i ludzi. Kiedy inwestowałem w Adquesto.com, to przede wszystkim dlatego, że projekt jest niepowtarzalny w skali świata, a do tego jednym z pomysłodawców jest mój brat – Patryk, twórca Siepomaga.pl.

Pewnie nie odkryję tu wielkiej Ameryki, ale bez chemii nie ma mowy o jakimkolwiek sensownym biznesie. Bo firmy to ludzie – w całej swojej złożoności. Szybkie przejęcia niestety nie zawsze dają pełny obraz możliwości, umiejętności i, co chyba najważniejsze, charakteru danego człowieka. Choć w moim przypadku zbyt wiele razy dostałem w życiu w kość, żeby nie wyciągać z tego wniosków na przyszłość i nie nauczyć się dostrzegać pewnych subtelnych niuansów już na samym początku, podczas pierwszych rozmów z przedstawicielami danej spółki. Patrząc z perspektywy czasu, podjąłem kilka decyzji, których, mając dzisiejszą wiedzę, nigdy bym więcej nie podjął. Jednak to właśnie ta wiedza, zdobywana nierzadko w trudnych biznesowych okolicznościach, jest moim dużym kapitałem.

W przypadku którego startupu decyzja o inwestycji zapadła najszybciej i ile to Panu zajęło?

Pierwszą firmą, którą chciałbym tutaj wymienić, jest Samurai – ochrona dzieci w sieci. 4 września 2017 roku jest dla mnie bardzo ważną datą. Zakończyłem w tym dniu kontrakt menadżerski dla CHIC/BAT, który miał trwać 3 lata, ale po 1,5 roku nasze drogi się rozeszły. Po podpisaniu dokumentów poczułem wielką pustkę, ponieważ był to ostatni dzień w firmie, którą traktowałem jak własne dziecko. Tego dnia mój bardzo dobry kolega Marek, umówił mnie z założycielem Samurai – Michałem – w celu prezentacji projektu. Po godzinie wiedziałem, że to coś dla mnie i nie myślałem tutaj o pieniądzach, ale o dobrej intencji Samurai – czyli jak w przyszłości chronić dzieci. I nie chodzi tu o ulice, tylko o miejsce, gdzie zagrożenia się przeniosły, czyli na strony www. Po spotkaniu jeszcze tego samego dnia zabrałem rodzinę na mecz Polska – Kazachstan i wygraliśmy 3:0. Mój syn Alan, prawdziwy pasjonat piłki nożnej, na meczu również miał dużo emocji – poznał Roberta Lewandowskiego, który podpisał dla niego koszulkę. Spotkanie nie było przypadkowe, bo rok później Robert został wspólnikiem Samurai.

Druga firma to poznańska spółka technologiczna 3RStudio, która tworzy rozwiązania z wykorzystaniem technologii VR/AR, w tym aplikacji mobilnych oraz modelowania 3D. Swego czasu, jedna z moich spółek, wspominana już Dobra Forma, mocno rozważała w swoich strategiach przygotowanie webowych aplikacji dedykowanych wyposażeniu wnętrz, wykorzystujących najnowsze zdobycze technologii. I w tamtym konkretnym momencie trafiłem, z polecenia mojego przyjaciela Macieja, właśnie na chłopaków z 3RStudio, którzy mieli ogarnięty nie tylko sam warsztat technologiczny, ale mentalnie nie bali się ciekawych wyzwań. W głębokich początkach funkcjonowania tej technologii, czyli już 2012 roku, 3Rka stworzyła jedną z pierwszych gier opartych o AR, później rozszerzoną także o wersję w VR, która była symulatorem gry bilardowej – BillaBoom 3illiards. Była to na tyle duża innowacja, że gra została pobrana ponad milion razy. A za ogólne „zasługi” w rozwoju samej technologii, 3Rka została jakiś czas później zaproszona przez firmę Google do centrali w USA.

Podczas pierwszego spotkania z przedstawicielami 3R, na którym rozmawialiśmy m.in. o możliwościach wykorzystania tej technologii w mocno tradycyjnej branży meblarskiej, wiedziałem już, że warto zainteresować się tym tematem i rozpocząć biznesową współpracę. W tym konkretnym przypadku decyzja zajęła mi parę godzin, co chyba zaskoczyło także CEO 3RStudio.

Po raz kolejny – było to obarczone dużym biznesowym ryzykiem, ale znów mówimy o temacie nowych technologii, gdzie czas ich biznesowej implementacji gra niezwykle istotną rolę. Patrząc na rozwiązania, które już powstały, ale i te, które nadal przed nami, był to bardzo korzystny krok. Ale tak jak w przypadkach pozostałych firm z mojego portfolio, tak i w 3R Studio nikt nie spoczywa na laurach i nadal powstają tam bardzo ciekawe technologiczne rozwiązania także dla firm z wielu innych obszarów rynku. Wśród klientów firmy jest m.in. jedna z najbardziej znanych, prestiżowych marek samochodów na świecie, dla której zostało przygotowane dedykowane i nowatorskie rozwiązanie w oparciu o zdjęcia sferyczne. Premiera tego rozwiązania będzie miała miejsce w marcu.

W listopadzie zainwestował Pan w Cashap, ostatnio w GIVT. Co zadecydowało, że zdecydował się Pan na te inwestycje?

Zarówno Cashap jak i GIVT mają w sobie kilka cech, które, jak te wcześniej omawiane, zgrały się jako całość. Przede wszystkim są to odważne i nowatorskie inicjatywy – co osobiście bardzo lubię. Co równie istotne, są one doskonałą odpowiedzią na zmieniające się potrzeby w społeczeństwie i w zero-jedynkowych kategoriach rozwiązują konkretny biznesowy problem. GIVT rozwiązuje problem ubiegania się o odszkodowania za opóźniony lub odwołany lot, a sporo osób w ogóle nie wie, że takie pieniądze im po prostu przysługują. Zlecając odzyskanie pieniędzy spółce GIVT, nie musimy się praktycznie o nic martwić. Także o płatność za usługę, która pobierana jest na zasadzie success fee tylko i wyłącznie w momencie uzyskania takiego odszkodowania dla klienta. Mamy więc do czynienia z sytuacją win-win. A że skuteczność firmy jest bardzo wysoka, a cała procedura możliwa jest do zrealizowania w niezwykle prosty sposób, bo bez wychodzenia z domu – firma rośnie w gigantycznym tempie, rozwijając się na kolejnych rynkach. Tak samo jest w przypadku aplikacji Cashap, która odpowiada na potrzeby szczególnie młodszej części społeczeństwa, umożliwiając stworzenie online’owej zbiórki wśród swoich znajomych i rodziny na zakup wymarzonych produktów, czy usług np. na urodziny. Także i tutaj synergia odpowiedniej strategii, rozwiązania konkretnego „problemu”, a nade wszystko duża chemia pomiędzy pomysłodawcami projektu a mną, sprawiły, że te inwestycje doszły do skutku.

Prawa pasażerów to ostatnio dosyć popularny temat. Powstaje wiele firm zajmujących się tym obszarem. Czy jest to według Pana rynek, który w najbliższym czasie będzie się rozwijał?

Zdecydowanie tak. Patrząc na szybkość rozwoju firmy i skalę zainteresowania jej usługami ze strony klientów, uważam strategię GIVT za bardzo udaną. Potwierdzają to też inni inwestorzy, którzy przekazali swoje pieniądze i know-how do spółki. Jedną z takich osób jest Helene Zaleski, która była głównym inwestorem w Alior Banku. Co równie istotne – byliśmy jedną z pierwszych tego typu firm na rynku i zdążyliśmy wyrobić sobie opinię wśród dużej rzeszy klientów. Dla każdej nowej osoby korzystającej z naszych usług, pozytywne opinie od innych użytkowników mają niebagatelne znaczenie. Co równie istotne, większość obsłużonych przez nas klientów zostaje z nami i zgłasza się po kolejne odszkodowania od linii lotniczych. Gwarantujemy bowiem nie tylko bardzo wysoką skuteczność pozyskania pieniędzy dla naszych klientów, ale też dbamy o to, żeby robić to na bardzo uczciwych zasadach, w tym m.in. wykorzystując wspomniany już wcześniej model success fee. A że lotów mamy coraz więcej, to raczej trudno przypuszczać, żeby nasza oferta nie zyskiwała na znaczeniu u coraz większej grupy odbiorców.

Platforma GIVT istnieje stosunkowo krótko, a mimo to ma na koncie kilka dużych sukcesów biznesowych. Jest już obecna na 30 rynkach europejskich, obsługuje klientów w 9 językach, a do tego otrzymała grant od NCBiR w wysokości 11,5 mln na rozwój sztucznej inteligencji. Co jest wyznacznikiem takiego sukcesu? Czym platforma różni się od konkurencji?

To prawda. Działalność w obszarze odszkodowań lotniczych spółka rozpoczęła w czerwcu 2017 roku, a po roku działalności na polskim rynku i zebranych tu doświadczeniach, w lipcu ubiegłego roku wyszła dla testu na pierwsze rynki zagraniczne – bułgarski, rumuński i na rynki anglojęzyczne w UE. Zgodnie z przewidywaniami potencjał biznesowy okazał się bardzo duży. Po kolejnych czterech miesiącach, w grudniu ubiegłego roku, GIVT rozpoczął obsługę w kolejnych pięciu językach: niemieckim, francuskim, portugalskim, hiszpańskim i włoskim. W samym styczniu  proporcja sprzedaży wyniosła już 60% na korzyść rynków zagranicznych i z pewnością z miesiąca na miesiąc będzie rosnąć. Firma rozwija się bardzo dynamicznie. Na pokładzie ma ponad 110 specjalistów i ludzi 12 narodowości. Do tej pory z jej usług skorzystało już kilkadziesiąt tysięcy pasażerów.

Potencjał dalszego rozwoju oceniam jako bardzo duży, biorąc pod uwagę fakt, że rynek szacujemy na około 15 milionów pasażerów w skali roku, których dotknął problem opóźnionych lub odwołanych lotów, a to przekłada się na około 5 miliardów euro rocznie należnych rekompensat od przewoźników. Prognozy pokazują, że w ciągu dwóch kolejnych dekad ruch nad Europą zwiększy się do ponad 16 milionów lotów rocznie, to oznacza około 160 milionów chętnych rocznie, którzy nie będą mogli podróżować samolotami oraz ogromną liczbę przeładowanych portów lotniczych. Siłą rzeczy skala opóźnień i odwołanych połączeń lotniczych wzrośnie.

Pyta Pani skąd taki sukces? Od początku swojej działalności GIVT postawił na innowacyjność, inwestując w rozwój oprogramowania wspieranego przez sztuczną inteligencję, machine learning i big data. Grant z NCBiR pozwoli platformie GIVT na jeszcze szybszy rozwój i zwiększanie skali działania. Przede wszystkim uprości obsługę klientów oraz wpłynie na efektywność świadczonych usług. Przygotowywany w ramach dotacji system prognozowania i scoringu lotów ułatwi pasażerom planowanie podróży, pozwoli na automatyczną ocenę zakłóconych podróży pod kątem kwalifikowania ich do procedury odszkodowawczej oraz umożliwi szybsze i skuteczniejsze egzekwowanie praw pasażerów, czyli m.in. odszkodowań. System ma wykorzystywać wiele źródeł danych, w czasie rzeczywistym będzie prognozował ryzyko wystąpienia zakłóceń oraz klasyfikował ich przyczyny. Będzie to unikalne rozwiązanie w branży lotniczej.

Takie tempo rozwoju i realizacja pomysłów nie byłyby by możliwe bez dobrego biznes planu, ale przede wszystkim bez ludzi. GIVT został założony przez doświadczonych managerów – Jacka Podobę i Jacka Komarackiego, którzy skupili wokół siebie zespół o świetnych kompetencjach i doświadczeniu z istotnych dla tego biznesu branż: lotniczej, finansowej, nowoczesnych technologii, konsultingowej, digital marketingu i usług prawnych.

Gdybym miał w jednym zdaniu określić czym GIVT odróżnia się od konkurencji, to byłaby jakość obsługi klienta, szybkość działania, prosty proces, innowacyjne podejście do biznesu i nowoczesne technologie.

Jak Pan łowi takie perełki?

Jestem sobą, nie robię tu właściwie nic nadzwyczajnego. Lubię ludzi, nie boję się pracy u podstaw – od najmłodszych lat wstawałem o 4.00 rano, jeździłem z tatą po towar do naszego małego sklepiku, po czym szedłem do szkoły, a po szkole znowu do pracy – tym razem stając za sklepową ladą. To wszystko nie było dla mnie jednak pracą, lecz przyjemnością poruszania się wśród ludzi, nawiązywania bliższych relacji, poznawania zasad funkcjonowania naszego małego lokalnego świata. Był to po prostu bardzo istotny, ale i naturalny, zupełnie niewymuszony etap mojego życia. Taki mam po prostu charakter i tak też byłem w domu wychowywany przez rodziców i dziadków, z którymi mieszkaliśmy pod jednym dachem i było naprawdę przyjemnie. Dzisiaj robię to samo, choć na nieco większą skalę – buduję relacje, dużo rozmawiam z ludźmi, nie tylko w Warszawie, ale także u siebie w Ostrzeszowie i w wielu innych miejscach, gdzie jestem każdego dnia.

Nie lubię sztucznych dystansów, a że sam sporo w życiu przeszedłem – rozumiem, co może czuć osoba, która ma problem i chce o tym chwilę pogadać. I chyba właśnie ta wzajemna chemia i moje zdroworozsądkowe podejście do życia i biznesu są najistotniejszym elementem, magnesem, który przyciąga do mnie ciekawe osobowości, którym niestraszne jest rozpychanie się łokciami w trudnym biznesowym świecie. Dla mnie praca polega na przyjemności obcowania z ludźmi, zrozumienia, że każdy ma swoje mocniejsze i słabsze strony, lepsze i gorsze dni. Staram się zarażać pozytywnym podejściem, bo sam jestem przykładem jak, mając odrobinę oleju w głowie oraz sporą dozę szczęścia, można zrobić fajne rzeczy takie, jak sprzedaż firmy z małego polskiego miasteczka wielkiemu, międzynarodowemu gigantowi.

Osobiście mocno wierzę w to, że dzisiaj każdy ma równe szanse na osiągnięcie sukcesu, a jeśli ktoś naprawdę w to wierzy, ma u mnie już na starcie bardzo duży kredyt zaufania. Dzięki swoim wyjazdom na wiele różnych spotkań, targów, konferencji, eventów – poznałem naprawdę wiele ciekawych osób. Dlatego tak ważne jest dla mnie wychodzenie do ludzi, bo dzięki temu udało mi się rozpocząć wiele ciekawych biznesowych przygód oraz projektów, których jeszcze parę lat temu w ogóle nie brałem pod uwagę.

Przeczytaj drugą część wywiadu.