Rakieta jako bohater i prototyp naszego wieku
W klasycznych odczytaniach „prawdziwym protagonistą” książki bywa V-2: rakieta jako czysty produkt sprzężenia nauki, przemysłu i wojny. Ten zabieg jest dziś jeszcze bardziej czytelny, bo nasze „rakiety” zmieniły kształt: to już nie tylko stal i paliwo, lecz także algorytmy, satelity, drony, modele predykcyjne, infrastruktura obliczeniowa. Pynchon opisuje moment, w którym technika przestaje być narzędziem, a staje się losem — a ludzie (i przy okazji również instytucje) zaczynają służyć temu, co służyć miało… im samym.
W tym sensie „Tęcza grawitacji” pozostaje książką o fetyszyzacji zbrojeń, ale fetyszyzacji szczególnego rodzaju: nie tyle samej broni, co bardziej systemu systemu, który z broni tworzy właśnie bożka. W powieści Pynchona wszystko kręci się wokół rakiety V-2, jest ona z nami dosłownie od pierwszej do ostatniej strony, do ostatnich zdań powieści. Jej cień towarzyszy nam stale w podróży po różnych kontynentach. Ta supersoniczna rakieta, technologiczny absolut, „koniec produktu systemu”, dziś istnieje z nami w podobnej formie łańcucha: od militarnego projektu, przez zdobywanie finansowania, produkcję, promocję (a może i propagandę). I zdaje się, że nigdy nie jest nam mało takich militarnych przedsięwzięć, nigdy nie brakuje nam zachwytów nad kolejnym newsem o defence techu, o porozumieniu instytucji przy budowaniu kolejnych rodzajów broni.
„Oni”: paranoja jako racjonalna reakcja na nowoczesność
Jedno z najtrwalszych słów-kluczy do Pynchona to paranoja — ale nie w sensie klinicznym. Raczej jako styl poznawczy epoki, w której przyczynowość jest rozproszona, a sprawczość skryta za instytucjami. Teksty krytyczne wiążą to wprost z kompleksem wojskowo-przemysłowym: bohaterowie czują istnienie „systemu” — bezosobowego układu, w którym interes wojskowy, naukowy i korporacyjny splatają się w coś większego niż suma intencji. Przeciwstawieniem „systemu” jest „kontrsiła”.
„(to) ludzie, których celem jest stawianie oporu różnym mechanizmom kontroli społecznej. To Kontrsiła wobec Systemu i – ważnej w amerykańskiej kulturze – kalwińskiej idei predestynacji, która dzieli ludzkość na wybranych i odtrąconych. W wymiarze doczesnym to podział na tych, którzy mają władzę i pieniądze, oraz tych, którzy ich nie mają, odrzutków i antysystemowców” – mówił w wywiadzie Robert Sudół, który odpowiada za ubiegłoroczny brawurowy przekład „Tęczy”.
Tu zaczyna się pomost do bigtechów: bo „oni”, bo „system” w XXI wieku rzadko przypomina gabinet z cygarem. Częściej przypomina warstwę infrastruktury — platformy, chmury, standardy, zależności dostaw, modele biznesowe oparte na ekstrakcji danych. To nie spisek w sensie teatralnym; to architektura bodźców i decyzji, w której człowiek jest użytkownikiem, a bywa też zasobem. Pynchon — w wielu omówieniach — konsekwentnie pokazywany jest jako autor, który widzi naukę i technologię nie jako neutralne „postępy”, lecz jako mechanizmy kontroli wpisane w system dominacji.
Zbrojenia jako rytm świata, nie wyjątek
Kiedy czyta się „Tęczę” w 2026 roku, trudno ją traktować jako historyczną fantazję. Żyjemy w epoce ponownego przyspieszenia zbrojeń w Europie: według SIPRI wydatki wojskowe w Europie (z Rosją) wzrosły w 2024 r. o 17% i przekroczyły poziom z końca zimnej wojny, a globalne wydatki osiągnęły rekord i rosną nieprzerwanie od dekady.
I tu Pynchon okazuje się aktualny w sposób niekomfortowy: bo „Tęcza grawitacji” nie jest powieścią, która mówi „wojna jest zła”. To byłby banał, który utrzymałby by nas przy powieści może przez 20, górą 45 stron. Ale nie przez 848 strony, bo tyle liczy polski przekład. Historia misternie utkana przez autora mówi raczej. że wojna jest metodą organizacji nowoczesności. To laboratorium technologii, katalizator biurokracji, uzasadnienie dla „wyjątkowego” budżetu, fabryka statusu dla ekspertów, inżynierów i zarządców. W takich układach przemysł zbrojeniowy nie jest sektorem, lecz stylem myślenia: priorytetyzacja, tajność, hierarchia, dehumanizacja celu („targeting”), zachwyt nad wydajnością.
Współczesna Europa, współczesna Polska — także poprzez nowe instrumenty finansowania obronności i wspólne mechanizmy zakupów — pokazuje, że „system” Pynchona nie zniknął. On się instytucjonalizuje i unowocześnia. A instynkty, które targają zarówno „systemem”, jak i „kontrsiłą” tkwią także i w nas, ludziach współczesnej Europy, współczesnej Polski.
Korporacja jako metafizyka
Zaletą Pynchona jest to, że nie potrzebuje on wielkich deklaracji ideologicznych. Wystarczy mu detal: formularz, skrót, marka, fachowy żargon, piosenka, dowcip, raport. Krytycy zwracali uwagę, że to nagromadzenie „artefaktów historycznych” nie służy tylko realizmowi — jest systemem znaków, dzięki którym powieść opowiada o porządku ukrytym za widzialnym. Szczegółowość i precyzja historyczna jest w „Tęczy” na nieludzkim wręcz poziomie. Pynchon sprawdzał nawet prognozy pogody z lat wojennych, by wiernie odwzorować ówczesną sytuację.
Analizując książkę z tej perspektywy, widzimy, że korporacje i bigtechy są po prostu nową redakcją starej prawdy Pynchona: najskuteczniejsza władza działa wtedy, gdy nie wygląda jak władza. Gdy jest „logistyką”, „optymalizacją”, „platformą”, „ekosystemem”, „compliance”. Pynchon uwielbia ten język, bo on zdradza, że człowiek coraz częściej mieszka wewnątrz cudzych procedur. I że nawet bunt bywa przewidziany — jako segment rynku.
Sojusz techniki z pragnieniem
Najbardziej ponury, a zarazem najbardziej przenikliwy ton tej monumentalnej opowieści bierze się z tego, że Pynchon nie wierzy w czystość intencji. System działa nie tylko dlatego, że „ktoś” nim steruje, ale dlatego, że ludzie w niego wchodzą. Robią tak z lęku, z ambicji, z erotyki władzy, z marzenia o byciu po stronie zwycięskiej technologii. Jeden z akademickich komentarzy podkreślał wręcz, że powieść nie oferuje prostego sposobu obalenia kompleksu wojskowo-przemysłowego, bo jego hierarchie będą trwać także dzięki psychologii władzy i naszej podatności na jej urok.
I właśnie w tym momencie aktualność dzieła ukazuje się nam w pełni, wybucha przed oczami niczym trafiająca w cel rakieta. Dziś, gdy bigtechy i przemysł obronny coraz częściej dzielą narzędzia (AI, analiza danych, przetwarzanie obrazu, autonomizacja), a język „innowacji” służy i reklamie, i eskalacji, Pynchon brzmi jak pisarz, który opisał epokę zanim do niej formalnie weszliśmy. Nie przewidział konkretnych aplikacji. Przewidział logikę: świat, w którym technika staje się religią, korporacja — klimatem, a rakieta — ideą.
A „tęcza grawitacji”? To piękna, okrutna metafora: łuk trajektorii pocisku i łuk naszej fascynacji. Dopóki będziemy patrzeć w niebo z tym samym mieszaniną zachwytu i grozy, dopóty książka Pynchona będzie tam wisiała — jak znak, że nowoczesność ma swój balistyczny cień.