Innowacyjna firma? Żarty na bok! W ten sposób sprawdzisz, jak jest naprawdę

innowacyjna firma zarty na bok w ten sposob sprawdzisz jak jest naprawde
Udostępnij:
Nie wszystkie inwestycje w badania i rozwój prowadzą do innowacyjności, którą łatwo można zmierzyć. Wystarczy przyjrzeć się budżetom na R&D. Tego typu wydatki nie przekładają się na innowacyjność jeden do jednego. Często są to pieniądze wyrzucone w błoto.

To zadziwiające, że w Polsce – kraju gdzie na R&D wędruje 1 proc. PKB, czyli o połowę mniej niż unijna średnia – co druga firma, opisując swoje usługi lub produkty, beztrosko odmienia słowo „innowacyjność” przez przypadki. Moda na MacGyverów biznesu trwa w najlepsze. Jeśli wierzyć komunikatom marketingowym, nowatorskie rozwiązania rosną nad Wisłą jak grzyby po deszczu. Tymczasem, gdy zajrzymy pod podszewkę, okazuje się, że górnolotne deklaracje przedsiębiorców nie znajdują pokrycia w rzeczywistości. Weryfikacja tego, czy organizacja rzeczywiście stawia na kreatywność swoich pracowników i chce czerpać z niej jak najwięcej korzyści, jest wbrew pozorom dość prosta.

Jeśli chcemy, aby w Polsce do tematu innowacji podchodzono poważnie, musimy skończyć z tą lingwistyczną patologią, konsekwentnie demaskując fałszywych innowatorów i piętnować firmy tworzące komunikaty marketingowe, nie mające pokrycia w rzeczywistości. Bez prawdy i to w dużych dawkach nie możemy oczekiwać innych rezultatów niż te, które mamy obecnie. A uwierzcie mi, nie napawają one optymizmem.

Czy firma rzeczywiście wspiera innowacyjność?

Jeśli firma z dumą mówi o sobie, że wspiera innowacyjność, w pierwszej kolejności powinniśmy zwrócić uwagę na liczbę pomysłów pojawiających się każdego miesiąca oraz na liczbę prototypów i testów. W ten sposób nie mierzy się efektów, ale samo działanie, nastawione na eksperymentowanie i eksplorację. Jest ono niezwykle ważne, jeśli chcemy, żeby efekty pojawiały się regularnie. Niestety, dla większości pracowników, również na menedżerskich stanowiskach, wymienione wyżej wyznaczniki brzmią zgoła abstrakcyjnie. Od typowego Kowalskiego w korporacji wymaga się wykonywania z góry określonych, przewidywalnych zadań oraz „dowiezienia KPI-ów”, a generowanie pomysłów czy testowanie prototypów nawet mu się nie śni. Trudno zresztą znaleźć czas na tego typu działania, kiedy nie starcza go na podstawowe obowiązki. W efekcie, zamiast wnosić realną wartość do organizacji, dobrze wykształceni ludzie z intelektualnym potencjałem wykonują obowiązki, które na dobrą sprawę mogłyby nie istnieć, a i tak nikt nie zauważyłby różnicy. Czasem warto się zatrzymać i określić, które zadania są po prostu zbędne. Jest to bardzo trudne, lecz nie jest niemożliwe, i wcale nie znaczy, że połowę czasu pracy powinno się dedykować innowacjom. W takich firmach jak Facebook, gdzie odgrywają one kluczową rolę, do 20 proc. czasu poświęca się na eksplorację nowych pomysłów. Nawet 5 proc. to już bardzo dużo, jeśli wcześniej nie robiliśmy tego wcale. Poświęcając 10 proc., czyli mniej więcej pół dnia w każdym tygodniu, możemy spodziewać się realnych efektów.

Pamiętajmy, że podstawą innowacyjności jest kreatywność, a ta nie zawsze musi mieć określony kierunek. Niestety, nasza kultura zbytnio jej nie sprzyja. W szkole przede wszystkim przyswajamy wiedzę. Nauka bada i opisuje to, co już istnieje. Kreatywność natomiast odnosi się do tego, co może być. Innowacyjna firma to taka, która nie boi się tego odkrywać.

Człowiek, który gapił się na słupki w Excelu

No dobrze, a co jeśli firma twierdzi, że na badania czy rozwój przeznacza niemałe kwoty? Nie łudźmy się. W porównaniu z większością rozwiniętych Państw jesteśmy daleko w tyle. W Polsce wydatki na B+R wynoszą połowę tego, co unijna średnia. W zestawieniu z takimi państwami jak np. Korea Południowa wypadamy jeszcze gorzej. Wydatki na B+R są tam 4 razy wyższe. Załóżmy jednak, że mamy do czynienia z ewenementem na krajową skalę – firmą, która pompuje w B+R tyle pieniędzy, co Donald Trump umieszcza wpisów na Twitterze. Czy to wystarczy? Bohaterowie filmu „Człowiek, który gapił się na kozy” również prowadzili badania. Okazało się jednak, że do przechodzenia przez ściany nie wystarczą godziny medytacji i obfite zapasy LSD. Nie wszystkie badania są wartościowe i przynoszą organizacji korzyści. Ten problem dostrzegli m.in. analitycy z firmy McKinsey, którzy nie tylko doszli do wniosku, że środki inwestowane w badania i rozwój nie zawsze przekładają się na innowacyjność, lecz nawet przedstawili sposób na mierzenie takiej działalności.

– Rzadko kiedy spotykam organizacje, które w przemyślany sposób podchodzą do mierzenia opracowywanych przez zespoły R&D innowacji – przyznaje Erik Roth, Associate Partner w McKinsey, i nie chodzi mu wcale o wyliczanie zarejestrowanych patentów, lecz o monetyzację inwestycji w R&D. Jego zdaniem istnieją dwa wskaźniki, które w połączeniu dają satysfakcjonujący wgląd w opłacalność działalności badawczej. Pierwszy przelicznik to R&D-to-product (RDP), czyli stosunek wydatków na R&D do sprzedaży nowych produktów. Pozwala on określić skuteczność, z jaką wydatki na badania i rozwój przekładają się na sprzedaż nowych produktów. Drugi wskaźnik, new-products-to-margin (NPM), to stosunek procentowej marży brutto do sprzedaży nowych produktów. Określa on udział sprzedaży nowych produktów w podnoszeniu marży.

Korzystając z wyżej wymienionych wskaźników i ogólnodostępnych informacji z firmowych raportów (wydatki na R&D, marże brutto oraz sprzedaż nowych produktów) można tworzyć ciekawe benchmarki, porównując wybrane firmy z konkurencją. W ten sposób widać jak na dłoni, która organizacja zasługuje na miano innowacyjnej, a której ten samozwańczy tytuł należy bezzwłocznie odebrać. Dla wielu firm wgląd w takie statystyki to prawdziwy wake-up call. – Ratujcie przepalane budżety! – brzmi treść alarmu.

Irek Piętowski

Trener i konsultant innowacji, założyciel DT Makers – agencji konsultingowej, która zajmuje się projektowaniem produktów i usług oraz optymalizacją procesów. Od pięciu lat pomaga przedsiębiorstwom wdrażać metodę design thinking. Pracuje dla wielu międzynarodowych korporacji we wszystkich najważniejszych branżach, jak również dla startupów i instytucji publicznych. Szkoli wykładowców z państwowych i prywatnych uczelni.