Jak 24-latek z Polski stworzył firmę wycenianą na 43 mln zł? Rozmawiamy z Filipem Kozerą (Kristalic)

Dodane: 17.04.2020

Kasia Krogulec

Udostępnij:

– Jeden ze znajomych miał możliwość zainwestowania 100 tys. dolarów z funduszy Sequoia. Spotkaliśmy się z nim na kawę i po chwili powiedział, że zainwestuje w cokolwiek wymyślimy, bo wierzy nas – opowiada Filip Kozera, założyciel startupu Kristalic, który jest obecnie wyceniany na 43 mln zł.
Filip ukończył studia Machine Learning/Artificial Intelligence na Cambridge. Od razu po studiach wyjechał do San Francisco, żeby założyć firmę. W ciągu roku otrzymał 2 mln dolarów inwestycji. Z Filipem rozmawiamy o pitch deckach, sztuce pozyskiwania funduszy, ulepszaniu ludzkiego mózgu i wyzwaniach młodego foundera.

Opowiedz proszę o swoich pierwszych projektach. 

Filip Kozera: Na ostatnim roku studiów założyłem firmę Visual Cognition. W jej ramach powstała aplikacja, która dla niedowidzących opisywała co dzieje się na obrazkach w internecie. Firma odniosła sukces w kilku konkursach. Nigdy nie myślałem, że coś z tego będzie, ale dostaliśmy się do akceleratora Katapult w Oslo i otrzymaliśmy z nich 150 tys. dolarów. To było dla mnie całkiem zaskakujące. Jednak niestety ten projekt nie wypalił, ponieważ mój kumpel w ostatnim momencie się wycofał. Wcześniej nie sygnalizował, że ma takie plany. Więc poszukałem innego wspólnika, z którym we wrześniu po skończeniu studiów pojechałem do San Francisco. Po przyjeździe do Stanów nie było łatwo, bo nie miałem tam nawet łóżka i spałem na rozłożonych ręcznikach w jednej z gorszych dzielnic słynącej z narkomanii. Wziąłem ze sobą tylko 3000 dolarów, za które musiałem przeżyć i rozkręcać firmę.

Czym się zajmowaliście w San Francisco?

Pracowaliśmy w miejskiej bibliotece nad aplikacją, która miała za zadanie polepszać rozmowy internetowe. Czyli, jeśli rozmawiało się na Messengerze lub na Skypie, to program zamieniał rozmowę na tekst i przekazywał go obok połączenia audio-wideo. Po drugiej stronie w przypadku słabej łączności internetowej program odbudowywał głos tak, aby zachować płynność rozmowy. Firmy typu Skype czy Zoom nie były do końca zainteresowane naszym pomysłem, ponieważ większość ich przychodów pochodziła od dużych firm, które mają ogromne serwery i super szybki internet, więc nie muszą się martwić o jakość. Ostatecznie wyszło na to, że nawet jeśli coś jest problemem, to nie do końca ktoś chce za to zapłacić. Była to ważna lekcja na przyszłość.

Czy wcześniej zrobiliście badanie rynku? Pytaliście potencjalne firmy, czy chciałyby coś takiego kupić?

Tak. Jest około 120 firm, które oferują rozmowy wideo. Porozmawialiśmy z 3 z 7 największych i z 20 mniejszymi. Zainteresowanie było słabe. Więc zmieniliśmy zupełnie pomysł. Wtedy już mieliśmy 100 tys. dolarów on pierwszego inwestora.

Czy łatwo było pozyskać fundusze na rozkręcenie startupu?

Ciężko powiedzieć czy mieliśmy farta, czy nie, ale tak naprawdę poszło nam całkiem łatwo. Jeden ze znajomych był założycielem sporej firmy i miał możliwość zainwestowania 100 tys. dolarów z funduszy Sequoia. Spotkaliśmy się z nim na kawę i po chwili powiedział, że zainwestuje w cokolwiek co wymyślimy, bo wierzy nas. Warto zaznaczyć, że ciężko byłoby pozyskać taką inwestycję gdziekolwiek poza Stanami. Dostaliśmy ją właściwie na podstawie tylko i wyłącznie naszych kompetencji, a nie wykonanego produktu.

Czy inwestor później nie miał nic przeciwko zmianie pomysłu?

Nie, w Stanach całkiem przychylnie patrzy się na osoby, które krytycznie podchodzą do swoich pomysłów. Inwestor wie, że w naszym najlepszym interesie jest, żeby ta firma wypaliła i ufa nam, że podejmiemy dobrą decyzję. Patrzą również na to, czy jesteś gotowy poświęcić sporo czasu na startup. To nie jest tak, że zakłada się w rok startup, a potem się go sprzedaje i jest się milionerem. Przeważnie to zajmuje o wiele dłużej. Czasem jest tak, że ktoś prowadzi firmę 7 lat i okazuje się, że to się nie uda i zmienia pomysł.

Twoja historia nadaje się już na kawałek ciekawej książki biograficznej. Wszystko, co do tej pory Ci się przytrafiło, wygląda jak układanka z dobrze dopasowanych puzzli. Mam wrażenie, że jeśli coś chwilowo się nie układało, to tylko po to, by za chwilę pojawiła się korzystniejsza okazja.

Patrząc wstecz, to zazwyczaj wszystko się układa. Ja mam dużo nadziei i dużo pozytywnej energii. Być może na razie mam farta (śmiech).

Skąd bierzesz tę siłę i pozytywną energię? 

Jestem uzależniony od gór. Co roku jeżdżę na jakieś poważniejsze ekspedycje. To są wspinaczki wysokogórskie np. w Himalajach. W tym roku były Andy. Trzy tygodnie w śniegu, odczuwanie choroby wysokościowej, która jest jak bardzo mocny kac i świadomość, że pomimo to, trzeba dalej iść w górę i jeszcze w tych warunkach gotować, sprawia, że człowiek zupełnie inaczej patrzy na swoje życie. Wtedy przypominam sobie, że posiadanie prysznica w domu to jest niesamowity luksus. A dylematy czy pójść do włoskiej, czy do japońskiej knajpy, to są naprawdę bardzo błahe problemy.

Ekspedycje wysokogórskie kształtują charakter?

Takie wyprawy pozwalają mi docenić osiągnięcia cywilizacji. Wydaje mi się, że tej pozytywnej energii można się trochę wyuczyć. W Stanach Zjednoczonych i Anglii kładzie się duży nacisk na to, jak sobie radzić ze stresem. Sami inwestorzy nas wspierają, bo wiedzą, że prowadzenie startupu jest trudne. Pivoty są akceptowalne i inwestorzy za bardzo nie kręcą nosem, jak zmieniasz nagle kierunek firmy o 180 stopni.

Medytujesz?

Tak. Jestem wielkim fanem programu Head Space. Spotkałem nawet jednego inwestora, który nie inwestował, w firmy, których założyciele nie medytują. Uważam, że przede wszystkim trzeba być miłym dla siebie, bo każdy startup wiąże się z dużą niepewnością i stresem. I wiem, że to z pozoru wszystko układa się w ładne puzzle, ale od środka wygląda to zupełnie inaczej. Jest dużo nieprzespanych nocy i obgryzania paznokci.

Tworzysz plany awaryjne?

Zdecydowanie mam plany awaryjne. Pamiętam o tym, że jestem w dobrej sytuacji, nawet jakby to wszystko nie wyszło. Wiem, że zawsze sobie poradzę, ale odpowiadam przed inwestorami i ludźmi, których zatrudniam. Pracują u mnie osoby starsze ode mnie, więc nierzadko mają już rodziny lub inne zobowiązania. O siebie się nie martwię, bo zawsze mogę wyjechać do Nepalu na rok (śmiech).

Czy Cambridge przydało się w projektowaniu aplikacji?

Większość praktycznej wiedzy nauczyłem się sam z internetu, bo ona jest ogólnie dostępna. Moje studia były bardzo teoretyczne. Ale mnie zawsze interesowało bardziej zastosowanie tej wiedzy w praktyce, chciałem od razu coś zrobić; zawsze szukałem najlepszych technik do rozwiązania jakiegoś problemu. Cambridge jest starą uczelnią i nauka tam jest bardzo tradycyjna. Większość zajęć wspomaga jednak kartka i długopis.

Z kim pracujesz przy aplikacji Kristalic?

Jest nas dwóch głównych założycieli i jeden chłopak, który dołączył do nas później i ma mniejsze udziały. Ja i Jos spotkaliśmy się w Cambridge pracując nad sztuczną inteligencją. On ma doktorat, a ja mam magistra. Mieliśmy tę samą promotorkę. Jose jest z RPA. Dołączył do nas jeszcze jego kolega, który bardziej się skupia na samym produkcie. A my obaj dzielimy czas pomiędzy programowanie, i prowadzenie firmy.

Opowiedz proszę o aplikacji Kristalic.

Kristalic to aplikacja, która umożliwia robienie automatycznych notatek. Pracujemy nad algorytmami, które mogłyby zostać uogólnione do wszystkich spotkań. Chcielibyśmy zostać bankiem pamięci, który nie tylko uczy się podsumowywać rozmowy, ale też klasyfikuje wiedzę ze wszystkich rozmów, które mamy w ciągu dnia i pozwala na jej łatwe wyszukanie. Na początku będzie możliwe zapisywanie tego, co ktoś mówił na spotkaniu. Ostatecznie chcemy, żeby wyglądało to tak, żeby każdy miał swój elektroniczny bank pamięci, który sprawia ze wszystko, co usłyszymy było dostępne do wyszukiwania. Co więcej, na podstawie usłyszanych rozmów program powinien proponować informacje już wcześniej usłyszane lub zaciągnięte z innych sprawdzonych źródeł (np. Wikipedia). Planujemy również, żeby nasze rozwiązanie współpracowało z okularami Augmented Reality tak, aby odpowiednie informacje były nakładane na to co widzimy.

Jak dokładnie działa produkt, który obecnie jest w sprzedaży?

Na samym początku trzeba skupić się na małej niszy i założyć tam przyczółek swojej firmy. Skupiliśmy się na razie na osobach, które mają całkiem sporo pieniędzy. Inwestorzy, rozmawiając z ekspertami, chcą mieć super notatki oraz transkrypt. My po prostu wdzwaniamy się w rozmowę inwestora i zamieniamy mowę na tekst. Ten tekst modyfikujemy tak, żeby to się dobrze czytało, bo często ktoś mówi bardzo chaotycznie i trudno jest coś zrozumieć. Następnie wyodrębniamy pytania i odpowiedzi i podsumowujemy każde pytanie i odpowiedź, przedstawiając w ustrukturyzowany sposób całą wiedzę, którą inwestorzy mogą wyszukać na platformie web.

Czy łatwo tworzy się appkę do notowania?

Ludzie mają bardzo wysokie oczekiwania odnośnie notatek. Chcą, żeby wszystkie ich konkluzje i to, co sobie wymyślili, było dokładnie zapisywane. Bardzo często oczekują, że wejdziemy im do głowy i będziemy wiedzieli co tam jest. Więc jest to bardzo trudne zadanie.

Czy macie konkurencję? Jest jakaś podobna aplikacja?

Mamy. Jeśli chodzi o podsumowania mamy bardzo mało konkurencji, ale jeśli chodzi o notatki, to jest bardzo dobra aplikacja o nazwie Otter. Oni byli naszą konkurencją kiedy mieliśmy aplikację mobilną na samym początku. Tamten produkt był ogólnie dostępny dla wszystkich konsumentów, wiec nasze algorytmy nie były wyspecjalizowane, przez co okazało się, że nie są wystarczające. A teraz kiedy skupiliśmy się na niszy mamy mniej konkurencji.

Kto jest waszym klientem?

Głównie inwestorzy, firmy consultingowe oraz private equity. Będziemy jednak poszerzać ofertę także dla konsumentów. Teraz skupiamy się na osobach, które korzystają z usług sieci ekspertów. Na przykład GLG jest jedną z największych sieci, gdzie klienci płacą bardzo dużo za rozmowy z ekspertami. Oni pobierają wysokie opłaty za notatki i rozmowa półgodzinna z ekspertem kosztuje 1000 dolarów, a sam transkrypt kosztuje dodatkowo 300 dolarów. Więc jest ogromna możliwość, aby to ulepszyć i my oferujemy dużo tańszą i lepszą opcję danych.

Jak być pewnym, że idzie się w dobrym kierunku z projektem?

Po prostu trzeba samego siebie zapytać, czy wierzę w to, co robię. I zadawać sobie to pytanie co jakiś czas. Bardzo często dopiero dając do ręki komuś dane rozwiązanie, możemy sprawdzić, czy ono rzeczywiście jest sensowne i czy likwiduje czyjś problem. Na pewno należy robić badanie rynku odnośnie problemu, ale badanie rynku odnośnie rozwiązania bardzo rzadko wychodzi. Ludzie zbyt często chcą być mili i nie mówią nam co myślą naprawdę, albo po prostu nie wiedzą.

Poza tym uważam, że rozmowa z końcowym klientem jest bardzo ważna. Ze mną można umówić się na 15-minutową rozmowę i każdy może wpisać się w mój kalendarz bez mojej wiedzy, a ja zawsze na tym spotkaniu będę. Ponadto należy bardzo dobrze chcieć rozumieć problem i być blisko końcowego klienta. Tak samo zrobili w Airbnb – kiedy ktoś w Silicon Valley zapytał: „Gdzie są wasi użytkownicy?”, oni odpowiedzieli, że w Nowym Jorku. To powiedziano im, żeby jechali do Nowego Jorku. I pojechali. Rozmawiali ze wszystkimi swoimi potencjalnymi klientami i im akurat wyszło.

Czy nie uważasz, że to ryzykowne mówić o swojej firmie „startup”? Nie każdy chce inwestować w projekt, który przypina sobie etykietkę „startup”. 

Nigdy nie spotkałem się z taką opinią. Jest na odwrót. Nikt nie chciałby zainwestować w rozwiniętą firmę, bo skąd miałby mieć jakieś zyski? Był taki skaut, który zainwestował 100 tys. dolarów w Ubera i to zamieniło się potem w 417 mln dolarów. Wydaje mi się, że to pokazuje różnicę między startupami w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Polska nie jest jeszcze gotowa na to, żeby rozwinąć do zasięgów globalnych potencjalnie dobrą firmę typu Airbnb. Na przykład Twitch jest teraz wart wiele miliardów, ale przez około 7 lat im za bardzo nie wychodziło. Inwestorzy dali im bardzo dużo czasu na eksperymentowanie i próbowanie bardzo ryzykownych idei. Kto by przypuszczał, że znajdą się rzesze osób chcące oglądać streamy z gier? Taka firma w Polsce raczej nie dostałaby inwestycji.

Może w Polsce boją samego określenia „startup”.

Chyba tak jest. Startup w Polsce to jest młoda firma, która często już ma zysk i właściwie nie możesz się nazwać startupem, jeżeli nie masz szybkiej możliwości na zdobycie tego zysku. W Stanach startupy dostają trochę więcej luzu, co może być powodem, dlaczego to akurat tam budowane są nowe platformy. Z początku są one ryzykowne, ale znajdują nowy rynek, tworzą coś zupełnie nowego i nie przejmują niczego od innych. Często bardzo długo nie mają żadnego dochodu.

Z wielkimi pomysłami ciężko by się było wyrwać w polskim środowisku. Wydaje mi się, że w Stanach jest trochę łatwiej zdobyć fundusze i wybić się z prawdziwie „crazy” ideą. Za oceanem inwestorzy są zainteresowani tylko i wyłącznie firmami, które mogą być potencjalnie warte miliardy. Wolą zainwestować w 100 firm i ucieszą się, kiedy jedna im wypali. Startup w Stanach stara się zatrząść w posadach całym sektorem.

Czym dla Ciebie jest w ogóle startup?

Według mnie startup wydaje więcej pieniędzy na swój wzrost i nie wypłaca na przykład dywidend. W Polsce ludzie wolą mówić, że to jest firma, a nie startup. Żeby firma była startupem musi być zaprojektowana z nastawieniem na ogromny wzrost. I to właśnie przez to nastawienie wiele startupów szybko pada. Zakładają ze jeżeli coś jest  według nich słuszne, to będą bardzo szybko rosnąć. Ale często okazuje się, że ta początkowa hipoteza jest błędna. Np. firma consultingowa nigdy nie będzie startupem, bo wzrost opiera się m.in. na zatrudnianiu coraz większej ilości ludzi. W consultingu to trudne do zrobienia.

Czy nie myślałeś nigdy, że byłoby bezpiecznie zacząć od Polski? Poszukać inwestorów w miejscu, które znasz? 

Jeśli zacząłbym od Polski, to nie miałbym żadnych szans. W Stanach inwestorzy przede wszystkim inwestują w ludzi i duże idee. Na projekt Kristalic na pewno nie znaleźlibyśmy inwestorów w Polsce.

Dlaczego?

Polacy uważają, że są im potrzebne dużo szybsze zyski, które już widać na horyzoncie.  Fundusze są znacznie mniejsze, więc nie mogą pozwolić sobie na zainwestowanie w 40 firm rocznie i wspieranie ich dłużej, żeby czekać na te jedną, która będzie warta miliardy. Muszą się skupić na firmach, które szybko osiąganą dochody, najlepiej, żeby te dochody już były albo zaraz będą. W Polsce jest mniej inwestorów i pieniędzy, które są do zainwestowania.  Rok 2019 był bardzo dobrym czasem dla startupów, łatwiej było o pieniądze. W kulturze amerykańskiej jest po prostu inwestowanie w startupy. W naszym kraju niewielu ludzi, którzy mają pieniądze, chce inwestować w startupy. Wolą kupować mieszkania.

Jakie jeszcze widzisz różnice?

Usiadłem obok pewnej osoby na jakimś evencie w Polsce. Miałem plakietkę „Filip Kozera startup”, a on miał identyfikator z napisem „inwestor”. Od razu ten człowiek powiedział do mnie: „Obiecaj mi, że nie będziesz pitchował, bo jestem tym zmęczony”. Takiego czegoś nie usłyszysz w Silicon Valley, tam ludzie są super mili dla siebie. Odpowiedziałem mu, że ja już mam inwestora, ale zainteresowało go, ile dostałem pieniędzy. Jego fundusz był mniejszy niż nasze ostatnie finansowanie.

Uważasz, że inwestor powinien sam wychodzić z inicjatywą?

W Polsce o wiele więcej firm bije się o inwestycje, a powinno być na odwrót. W Dolinie Krzemowej, jeśli jesteś gorącym startupem, to inwestorzy mają się o ciebie starać. Na takim właśnie założeniu powstał największy akcelerator w stanach Y Combinator. Jest to też  najlepsze pierwsze miejsce, w które można się kierować, jeżeli ktoś ma świetny pomysł. Wystarczy zaaplikować na ich stronie, żeby mieć szansę na rozmowę. Akcelerator pokrywa koszty lotów jeżeli uzna, że pomysł ma potencjał.

Czy prezentacje w programie „Dragon’s Den” są podobne do pitchy startupowców? Też prezentujecie gotowy produkt przed inwestorami? 

W ogóle nie. Firmy, które pojawiają się w tym programie, według mnie rzadko reprezentują startupy. Tam są biznesy, które mogą szybko zarobić raczej małe pieniądze.

Jak wyglądają zatem Wasze pitche?

Siadamy w pokoju konferencyjnym inwestorów i na początku to jest bardzo luźna rozmowa. Oni chcą się dowiedzieć, kim my jesteśmy, dlaczego to robimy, jakie są nasze motywacje.

Większość startupów nie rozpada się z braku funduszy, ale najczęściej z powodu rozejścia się założycieli lub braku wiary w produkt. Inwestujący bardzo często chcą się dowiedzieć, czy jeśli pojawią się trudności, to będziemy dalej wytrwali i czy będziemy zmieniać pomysł tak, aby odniósł sukces.

Potem prezentujemy im pitch deck, który ma przeważnie około 12 slajdów. To powinno zająć 10-15 minut, po czym dostajemy pytania. Są bardzo specyficzne zasady robienia decku.  Bardzo dużo ludzi robi słabe decki. Tytuły powinny same opowiadać historię. W Silicon Valley jest używany program DocSend i on pozwala na wysłanie linku osobie, która ma przeglądać deck. Osoba oglądająca prezentację nie może dalej przesyłać tego linku.

Do czego przydaje się jeszcze DocSend?

Widzimy, ile sekund spędza inwestor na jednym slajdzie. To jest pomiędzy 2 a 6 sekund i nieważne czy tam jest dużo tekstu, czy nie. Więc trzeba mieć bardzo proste tytuły. Czytane od pierwszego do ostatniego muszą stworzyć historię, logiczną całość.

Wysyłacie zawsze pełną prezentację?

Przeważnie wysyłamy bardzo skróconą prezentację przed spotkaniem na żywo, wraz ze streszczeniem, które ma 5-6 zdań. Tworzenie czegoś krótkiego i treściwego jest o wiele trudniejsze niż rozpisywanie się na 4 strony. Uproszczona prezentacja ma 4-5 slajdów.

Jeżeli ktoś nas poprosi o full deck, to wysyłamy 10-15 slajdów. Slajdy są zrobione tak, żeby pokazać, że my mamy odpowiedź na każde pytanie i już przemyśleliśmy sobie wszystko wcześniej. Pokazujemy coś z prezentacji, aby udowodnić, że nie jesteśmy zaskoczeni pytaniem.

Na zdjęciu: Filip Kozera (pierwszy z prawej)

Jakie cechy trzeba w sobie wykształcić, żeby dobrze pitchować?

Ważne jest, żeby mieć gadane, umieć szybko odpowiadać na pytania. Mam taką umiejętność, że jeśli ktoś mnie przyprze do muru i każe mi coś opowiadać, to mój mózg pracuje na o wiele szybszych obrotach i lepiej mi się myśli. Musisz umieć ustać na nogach pod gradem pytań. Czasem inwestorzy mówią po prostu: „This is shit” – bardzo często, żeby cię wyprowadzić z równowagi i zobaczyć jak zareagujesz. Trzeba umieć grać w tę grę.

A jak się w nią gra?

Ja bym to porównał do randkowania. Spotykamy dziewczynę i nie można pokazać, że się jest niesamowicie zainteresowanym, bo ona sobie pomyśli, że jesteśmy zdesperowani. Tak samo trzeba pokazać inwestorom, że mamy jeszcze inne opcje. Wiec nie wysyłamy ciągle maili pytających o to, czy już podjęli decyzję. Ustawiam często spotkania jedno po drugim tak, żeby musieć wyjść w pewnym momencie i w trakcie rozmowy mówię: „Przepraszam mamy kolejne spotkanie zaraz i bardzo dziękujemy za poświęcony czas”. Więc zawsze trzeba być miłym, ale jednocześnie pewnym siebie. I trzeba liczyć się, z tym że dostaje się w większości odpowiedzi odmowne.

To bardzo zniechęca?

Mam kolegę w San Francisco, który poddał się po 4 przeprowadzonych rozmowach, a my tych rozmów przeprowadziliśmy 90, z czego ostatecznie 16 inwestorów się zaangażowało.  Poza tym musisz umieć trochę wywierać na nich presję, mówić albo teraz wchodzicie, bo my za 2 tygodnie zamykamy rundę, albo nigdy. W interesie inwestora leży, żeby przedłużać rozmowy. Rzadko chcą być pierwsi, czekają, aż ktoś inny wyłoży pieniądze jako pierwszy.  Jeśli nikt wcześniej nie zainwestuje, to jest o wiele większe ryzyko. Trzeba stworzyć taką sytuację, żeby się bali, że nie będzie dla nich miejsca w tej rundzie.

Gdzie nauczyłeś się takich strategii? Czy możesz przybliżyć scenariusz przykładowej rozmowy z inwestorem?

Nauczyłem się jak rozmawiać z inwestorami w akceleratorze TechStars w Seattle. Na pierwszym lub drugim spotkaniu z inwestorem trzeba go przyprzeć do muru: „Hej, czy zainwestujesz w moją firmę? Jeśli tak to, powiedz mi, w jaki sposób zazwyczaj inwestujesz”. Przeważnie oni mówią, że na razie raczej nie są zainteresowani. Więc wtedy pytam się: „Dlaczego nie?”. Na co słyszymy, że nie mamy wystarczająco dużo użytkowników. Wtedy ja mówię do niego: „Czyli rozumiem, że możesz wyłożyć kwotę, którą standardowo przekazujesz startupowi, jeśli będziemy mieć więcej użytkowników?” Następnie pytam się, co rozumie pod pojęciem „więcej użytkowników”. Po otrzymaniu odpowiedzi drążę dalej: “Jeżeli spełnimy ten warunek, rozumiem, że zainwestujesz?”. Wtedy mogę przed innymi inwestorami nazwać tę inwestycję jako soft commitment. Nikt raczej nie wypytuje, pod jakimi warunkami ktoś zainwestuje.

Co jest potem?

Idę do następnego inwestora i nie mówię mu o obiekcjach tego pierwszego, ale nadmieniam, że ten poprzedni jest zadeklarowany na określoną kwotę. Dalej zbieram takie wstępne deklaracje, żeby móc użyć tego jako argumenty w rozmowach z innymi inwestorami. Na samym początku mówimy, że zbieramy o wiele mniej.  Na przykład jeśli mamy zebrać 2 mln dolarów, to mówimy, że zbieramy 300 tys. dolarów.

Dlaczego?

Bo jeśli uzbieramy 300 tys. to idziemy do następnego inwestora i mówimy mu, że musi w tym momencie zainwestować, jeśli chce skorzystać i wtedy on częściej daje pieniądze, bo czuje presję czasu. Czyli pierwsi są używani do tego, aby ktoś w końcu wyłożył nam pieniądze. Po prostu uzyskujemy swój cel siłą perswazji.

Czy myślisz, że gdybyś studiował w Polsce i nie miał dostępu do studiów na Cambridge czy byłoby możliwe, abyś był teraz w podobnym miejscu?

Na pewno byłbym w zupełnie innym miejscu. Bardzo mi pomogło zdobycie inwestycji w Stanach i bardzo pomogło mi to, że studiowałam w Cambridge, ponieważ ta uczelnia jest znana za oceanem. Widuje się dwa typy młodych firm w najlepszych akceleratorach: jedne to są startupy, które nie mają żadnych dochodów i są bardzo wczesnymi startupami. Zazwyczaj zakładają je osoby kończące dobre uniwersytety. A drugi typ to startupy, które mają już jakieś dochody, ale founderzy mają doświadczenie w jakiejś firmie i rozumieją pewien problem, który można rozwiązać. Oni zazwyczaj nie muszą już mieć super wykształcenia.

Kto cię inspiruje?

Na pewno Elon Musk, ale to taka standardowa odpowiedź. Więc może wspomnę o kimś bardziej niszowym. Ostatnio wpadłem na Ted Talk polskiego przedsiębiorcy, Marka Zmysłowskiego, autora książki „Goniąc czarne jednorożce”. Marek wyjechał do Afryki i pomagał założyć startup, który miał być Amazonem dla Czarnego Lądu i to im wyszło. Chciałbym kiedyś spotkać się z nim na piwo i pogadać. Poza tym bardzo dużo słucham wywiadów z przedsiębiorcami. Polecam podcast Masters of Scale, gdzie założyciel LinkedIn przeprowadza rozmowy z twórcami różnych firm, i sam radzi jak założyć i prowadzić biznes. Poza tym czytam klasyki gatunku, jak eseje Paula Grahama (dostępne online) oraz książki takie jak „Zero to one” albo „The hard thing about hard things”.

Jakie są Twoje codzienne rytuały?

Mam bardzo proste przyzwyczajenia. Raz w roku staram się wyjechać na ekspedycję w góry, która trwa powyżej 2 tygodni. Wspinam się technicznie dużo w zimę w Tatrach, to są zazwyczaj wyjazdy 2-dniowe. Ostatnio byłem na Granatach. Zima dostarcza naprawdę dużo emocji i kiedy wisi się na linie, ciężko jest myśleć o czymś innym. Poza tym codziennie chodzę na siłownię, medytuję i prowadzę dziennik, w którym zapisuję 5 pomysłów na produkty lub rozwiązania jakichś problemów. Trenuje w ten sposób swój mózg. Bardzo jest ważne dla mnie także przypominanie sobie, za co jestem wdzięczny. Staram się nie pracować więcej niż 10-11 godzin dziennie.

W sobotę skupiam się na prywatnym życiu, czytam. W Warszawie lubię wyjść w piątek na imprezę, w sobotę często wychodzę na pizzę i oglądam Friendsów na Netflixie. Wierzę jednak w moc przyzwyczajeń i stosuję różne techniki, które ułatwiają zrobienie z czegoś rutyny. Szczególnie jest to użyteczne w podróżach. W 2019 r. było ich dużo, bo zacząłem rok wspinaczką w Argentynie, a potem mieszkałem po mniej więcej 2 miesiące w Seattle, San Francisco, Nowym Jorku, LA, Tel Awiwie i Warszawie.

Czy myślałeś nad tym, jakimi tematami zajmiesz się w przyszłości?

Startup to nie jest podróż na rok ani na dwa. Przeważnie startup zajmuje dużo czasu. Przewiduję, że dużą część mojego dorosłego życia spędzę pracując nad jakimś problemem i chciałbym pomóc ulepszyć ludzki mózg. Z kolei sztuczna inteligencja, nigdy nie będzie podlegać tym ograniczeniom. Zgadzam się z Elonem Muskiem, który założył firmę Neuralink, aby sprawić, żeby nasze mózgi były bezpośrednio połączone z mocą obliczeniową komputerów. A ja z kolei chciałbym skupić się na pamięci i dostarczaniu informacji. Stąd też pomysł na Kristalic.

W jaki sposób możemy ulepszać ludzki mózg?

Na przykład symulując większą ilość synaps. Jesteśmy bardzo ograniczeni biologią w tym temacie. Neuralink aktualnie przechwytuje sygnały płynące z mózgu, które są silnie oparte na metodach machine learning. Jedną rzeczą jest budowanie sztucznej inteligencji na komputerze, a drugą to powolne ulepszanie naszego mózgu. Siłę obliczeniową zostawiam Elonowi Muskowi, ale mam nadzieję, że w przyszłości Kristalic zajmie się wszystkim tym, co jest związane z pamięcią i dostarczaniem właściwych informacji w odpowiednim momencie.

 

icon-112px-padlock Created with Sketch.

Dołącz do naszego newslettera lub podaj swój adres, jeśli już jesteś naszym subskrybentem