Justyna Szawłowska rzuciła korpo i stworzyła gazetę dla korpoludzi [wywiad]

justyna szawlowska rzucila korpo i stworzyla gazete dla korpoludzi wywiad
Udostępnij:
– Chcemy apelować do siebie nawzajem o niezatracanie się w wyścigu szczurów, który sami sobie często fundujemy – Justyna Szawłowska, która przez 12 lat była pracownikiem korporacji stworzyła w 2015 roku bezpłatną gazetę dla korpopracowników. Dziś nakład Korpo Voice wynosi 60 tys. i jest dystrybuowany w 4 największych polskich miastach.

Zanim Justyna Szawłowska zdecydowała się na stworzenie własnej gazety, związana była z mediami, pracowała m.in. jako marketing menedżer w Polska Press Grupa, dyrektor marketingu w Metrohouse, była też członkiem i założycielem stowarzyszenia Lepszy Służewiec oraz Polskiej Izby Nieruchomości. Dziś przede wszystkim mówi o sobie, że jest uciekinierką z korporacji na Domaniewskiej.

– Gazeta to nie wszystko, dookoła niej zaczyna się dziać dużo fajnych projektów. Sky is the limit… trzeba tylko co jakiś czas poprawić koronę, zakasać rękawy i iść odważnie do przodu. Bo jeśli robi się coś z pasji to uważam, że to już jest 80 proc. sukcesu Justyna Szawłowska opowiada o historii Korpo Voice, o tym jak wygląda proces tworzenia gazety, o wyzwaniach z jakimi się zmaga i planach na przyszłość.

Czym się zajmowałaś zanim założyłaś gazetę Korpo Voice?

Codziennym rozmyślaniem, co by tu zrobić, aby uciec z korporacji,  w której pracowałam (Polska Press Grupa), z siedzibą w centrum słynnego Mordoru, czyli na Domaniewskiej w Warszawie. Pracowałam tam jako marketing menedżer serwisu gratka.pl. Mimo że jest to wydawnictwo, ja robiłam Internety. Wcześniej przez 7 lat zajmowałam się marketingiem w agencji nieruchomości METROHOUSE i to tu właśnie, pod szyldem agencji nieruchomości, miałam pierwszy kontakt z gazetą. Tworzyłam tam co miesiąc METROMAGAZINE, czyli bezpłatną gazetę z ofertami nieruchomości naszych klientów.

Skąd się wziął pomysł na bezpłatną gazetę dla korpoludków?

Z chęci ucieczki z korpo. To nie było miejsce i firma dla mnie, długo by opowiadać. Myślałam i myślałam jaki biznes stworzyć, aż pewnego mroźnego marcowego dnia, idąc do pracy (kilka dni po powrocie z urlopu macierzyńskiego, nie mogąc się odnaleźć po roku przerwy), pomysł sam wpadł mi do głowy. Dokładnie pamiętam ten moment, takich chwil się nie zapomina. To było na drodze pomiędzy PKP Służewiec a Domaniewską, ktoś wręczył mi kolejna ulotkę – nawet nie pamiętam z czym. Pomyślałam o tym, jak wielu ulotkarzy codziennie na mojej drodze do pracy próbuje mi coś wcisnąć. Po chwili stwierdziłam też, że taki korpoludek z marketingowego punktu widzenia to idealny potencjalny klient na całą masę dóbr i usług. Młody, wykształcony, 25-45 lat, z dużego miasta, stała praca i całkiem zasobny portfel, lubiący wypoczywać, jadać w restauracjach, myślący o kupnie mieszkania, lubiący premie przeznaczać na dobra luksusowe i markowe rzeczy. Rozejrzałam się dookoła, same biurowce, potencjalnych klientów dla wielu firm w samym Mokotowie jest 60 000. Bingo… mam to! Trzeba tylko połączyć reklamodawcę i korpoludka. Ale jak, gdzie i kiedy? Początkowo pomyślałam o serwisie internetowym, ale z racji przesytu pracą w gratka.pl szybko powiedziałam sobie: nie! Wtedy pojawiła się myśl o tradycyjnej gazecie. Złożyło się idealnie, bo właśnie wtedy dostałam prezent od matki korporacji… redukcja etatów, gadki o przejęciu moich obowiązków przez inne działy itd. W efekcie odeszłam z firmy za porozumieniem stron. Wtedy już wiedziałam, że trzeba działać. Wiedziałam, jak wydać gazetę, co to DTP, co lubi czytać korpoludek, jakie ma problemy, marzenia itd. I tak już po 2 miesiącach stałam na rogu Domaniewskiej i Wołoskiej obserwując jak korpoludki reagują na pierwsze wydanie gazety.

Nie bałaś się, że w czasach, w których papier odchodzi do lamusa, tradycyjna gazeta się nie przyjmie?

Nie, nie bałam się tego, bo zauważyłam, że po 12-miesięcznej przerwie w pracy, moje oczy odzwyczaiły się od siedzenia przez 9 godzin dziennie przed laptopem, zwyczajnie bolały. Zauważyłam też, że z przyjemnością po pracy lub w drodze do niej sięgam po rozdawaną przed metrem bezpłatna gazetę, w której mimo że nie było treści dla mnie, to i tak przeglądałam ją w ramach relaksu.  Pomyślałam, że może więcej ludzi też tak ma. Dosyć migoczących reklam i wyświetlaczy komórek. Nie pomyliłam się. To, że zaczęłam wydawać gazetę w papierze okazało się jej największym sukcesem. Oczywiście, jeśli zapytasz o rynek prasy, to rzeczywiście on umiera. Zastanów się, jak często idziesz do kiosku kupić płatną gazetę. Bo ja chyba jakieś trzy razy w roku, kiedy wiem, że przede mną urlop. Jednak to, że Korpo Voice jest gazetą bezpłatną sprawiło, że fakt wymierania prasy mnie nie dotyczy. Cały nakład znika jednego dnia w każdym z miast w ciągu zaledwie kilku porannych godzin między 6.00 a 11.00 rano, kiedy wszyscy pędzą do pracy.

Ile egzemplarzy wydrukowałaś przy pierwszym wydaniu i ile drukujesz obecnie?

Pierwsze wydanie miało 5000 egzemplarzy, a dystrybucja odbyła się tylko w Warszawie. Dziś Korpo Voice wydawane jest w nakładzie 60 tys. egzemplarzy w czterech miastach w Polsce (Warszawa, Kraków, Gdańsk i Wrocław), a w planach są kolejne.

W pierwsze wydanie zainwestowałaś jedynie 1000 zł, na co przeznaczyłaś te pieniądze?

Tyle kosztowała mnie grafika ofertówki dla klienta oraz projekt logotypu i wizualizacji pierwszej strony gazety. Zrobił to dla mnie zaprzyjaźniony grafik, po kosztach, stawki rynkowe oscylowały wtedy na poziomie 6000 zł. Wiedziałam, że bez tego nie mogę iść do reklamodawców, których musiałam pozyskać już do pierwszego wydania, by zwrócił się koszt druku, składu DTP, dystrybucji, no i by zostało na waciki (śmiech).

Kiedy projekt zaczął na siebie zarabiać?

Wiedząc, że nie dysponuję wielkimi oszczędnościami, ani bogatym wujkiem z zagranicy, mój biznes plan zakładał przychód już od pierwszego wydania. I udało się. Bez problemów znalazłam 2 klientów, którzy bez wątpliwości kupili reklamy. Pamiętam do dziś, które to były firmy i to jak stresowałam się wykręcając ich numery telefonu. Wiedziałam, że muszę im sprzedać pomysł, przekonać ich, by uwierzyli mi na słowo i zdecydowali się na reklamę w odważnym projekcie. Także, drodzy startupowcy dementuję w tym miejscu plotkę, jakoby na zysk ze startupu, trzeba było czekać przysłowiowe dwa lata.

Jaki jest Twój model biznesowy?

Prosty. Gazeta jest rozdawana bezpłatnie, a finansowana ze sprzedaży reklam i artykułów sponsorowanych. Od jakiegoś czasu klientom oferujemy też odcinki w ramach nowego projektu Korpo TV, czy pakiety świadczeń w Internecie (baner na www, post na FB, baner w mailingu do czytelników).

Kim są Twoi klienci?

Klientami są mądrzy marketingowcy i PR-owcy z mądrych firm, którzy doceniają poczytalność gazety i wiedzą że jest ona wiarygodna, a ich produkt lub usługa jest dedykowana określonej grupie docelowej. Korpoludek to osoba w wieku 25-45 lat, wykształcona, z dużego miasta, a do tego zarabiająca całkiem niezłe pieniądze i lubiąca te pieniądze wydawać. Nie zapominajmy, że pracownik korporacji to też rodzić. Mamy w gazecie sekcję felietonów Korpomama i Korpotata. Dużą popularnością cieszy się też reklama w sekcji Uciekinier z korpo, w której przedstawiamy biznesy pracowników, którzy po latach spędzonych w korpo odważyli się na własny biznes.

Jak wygląda cały proces składania gazety?

Początek to makieta. Wtedy biorę lampkę wina, otwieram Power Pointa i szkicuję całe wydanie. Na tym etapie planuję, o czym i na której stronie ma być dany artykuł, z kim przeprowadzić wywiad, ile miejsca przewidzieć na reklamy (dbam o to, by Korpo Voice nie było jedynie gazetką reklamową). Potem taka makieta zmienia wersję średnio co 2 dni, bo cały czas przychodzą mi do głowy kolejne pomysły, ale projekt wyjściowy na dany miesiąc jest już mniej więcej przygotowany. Następnie czekam na spływ tekstów od naszych korpodziennikarzy, a ja sama zabieram się za poszukiwania reklamodawców, działania marketingowe i PR-owe.

Wszystko robisz sama?

Czasem mam wrażenie, że wyglądam z boku jak ośmiornica z masą macek, a każda ręka robi coś innego (śmiech), taka przywara małych przedsiębiorców. Syndrom „Zosi Samosi” u mnie przeważa. Odeszłam z korpo po to, by więcej czasu spędzać z synem i wracać wcześniej do domu, być bardziej elastyczna w ciągu dnia, tymczasem zaczęłam pracować po 14 godzin dziennie. Fakt kocham to, co robię, to moja pasja. Dlatego nie zorientowałam się, że zaczęłam się nadmiernie eksploatować. W dniu kiedy wyszłam z dzieckiem z domu, by odwieźć je do przedszkola i mój syn stanął przy aucie w zimę i powiedział „mamo nie założyłaś mi kurtki” stwierdziłam, że nie jest dobrze i czas na to, by zatrudnić kogoś do pomocy (śmiech).

Dziś na pokładzie Korpo Voice jest już kilka par rąk, a ja z tygodnia na tydzień staram się uczyć delegowania zadań, co przyznam nie jest łatwe dla mnie. Najtrudniejszym momentem całego wydania jest dystrybucja. To około 20 osób do skoordynowania w każdym mieście. Dasz wiarę, że od 4 lat jestem osobiście na każdej dystrybucji. Nie było mnie tylko raz, ale z zacnego powodu. Tego dnia zostałam zaproszona do programu Pytanie na śniadanie do porannej rozmowy na temat typów szefów i pracy w korporacjach.

Kim są dziennikarze Korpo Voice?

Nazywamy się korpodziennikarzami (śmiech). Nie jesteśmy bowiem wykwalifikowanymi dziennikarzami, a realnymi z krwi i kości pracownikami korporacji. Większość zespołu to pracownicy największych korporacji mających siedziby w Polsce, którzy po godzinach pracy wylewają na papier wszystkie korpoabsurdy otaczającej ich rzeczywistości. Piszą pod pseudonimami (wiadomo z jakich powodów), nie zdradzają nazw firm, ale opisują to, co dzieje się za szklanymi szybami biurowców. Powiem szczerze, że najfajniejszy moment w tej pracy to dzień, w którym spływają teksty od nich, zaczytuję się w nich z przyjemnością. Czasem śmieję się, czasem mam chwilę refleksji, jedno jest pewne, te teksty są autentyczne i nikt, kto nie pracował w korporacji ich nie zrozumie. Także z tego miejsca pozdrawiam autorów sekcji takich jak Korpomama i Korpotata, Sex w mniejszym mieście, czy Liderka po przejściach. Mamy w gazecie też Korpowróżkę, która tworzy Korpohoroskop, Korpowiersze oraz ABC korporacyjnego survivalu, który od kilku lat co miesiąc przygotowuje również człowiek, który przez korpo kilka siwych włosów zyskał. Jaki mamy cel pisząc te artykuły? Apelować do siebie nawzajem o niezatracanie się w wyścigu szczurów, który sami sobie często fundujemy. Także poza tym, że gazeta jest z tzw. z przymrużeniem oka, to spełnia też ważną funkcję społeczną.

Jakie masz dalsze plany?

Rozwój Korpo TV i strony WWW, którą chcemy bardziej monetyzować i dokładać funkcji potrzebnych korpoludkom. Dalsza realizacja wyjazdów dla pracowników np. nasz cykl wyjazdów weekendowych KORPO WOMAN na chilloucie. Jednym słowem gazeta to nie wszystko, dookoła niej zaczyna się dziać dużo fajnych projektów. Sky is the limit… trzeba tylko co jakiś czas poprawić koronę, zakasać rękawy i iść odważnie do przodu. Bo jeśli robi się coś z pasji to uważam, że to już jest 80 proc. sukcesu.