Marek Kukuryka (2Riders): Chcemy włączyć w naszą historię możliwie wielu stakeholderów

Dodane: 17.12.2021

Damian Jemioło

Udostępnij:

Marek Kukuryka to prezes zarządu 2Riders P.S.A. – startupu, który tworzy linkę do holowania dla rowerzystów. Holownik ma być bezpieczny i odłączać się w sytuacjach awaryjnych. 2Riders celuje przede wszystkim w rodziny z dziećmi. Marek Kukuryka opowiada o szczegółach tego projektu.

Czym jest wasz produkt? Jak to działa?

2Riders to opatentowany, poręczny linkowy holownik rowerowy z bezpiecznym ryglem, działającym analogicznie do wiązań narciarskich – rozłącza się automatycznie w sytuacjach awaryjnych. Nasze rozwiązanie umożliwi odbywanie długich wycieczek rowerowych z dziećmi bądź osobami o słabszej wytrzymałości

Skoro to rozwiązanie podobne do np. wiązań narciarskich czy holownika, to czemu ktoś miałby nie spróbować zwyczajnie zamontować ich w swoim rowerze, zamiast kupować wasz produkt?

Choć funkcja bezpieczeństwa i sama konstrukcja rygla jest analogiczna do wiązań narciarskich, 2Riders jest zupełnie innym urządzeniem. Znane hole rowerowe adresowane są do dzieci w wieku 3–4 lat, nasz dla osób umiejących samodzielne utrzymywać równowagę – czyli od ok. 5–6 lat wzwyż. Zaletami 2Riders jest poręczność, tj. niewielkie gabaryty i masa, możliwość podłączenia w 2–3 sekundy i rozłączenia poprzez hamowanie – a przede wszystkim zachowanie swobody sterowania.

Holujący przekazuje moc i przy okazji zwiększa swój wydatek energetyczny, ale nie zanudza go, „transportując” na sztywnym holu. Sednem zaś patentu jest to, że hol samoczynnie rozłączy się, jeśli holowany zahamuje, przewróci się lub podejmie manewr wyprzedzania. W tym ostatnim przypadku bez szarpnięcia.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, tj. odłączanie się holownika przy upadku, wyprzedzaniu itp. przeprowadzaliście testy?

Prace nad naszym holownikiem trwały kilka lat, przy wsparciu inżynierów z Politechniki Białostockiej. Wszystkie funkcje zostały wielokrotnie przetestowane w warunkach naturalnych. Pół żartem, pół serio – w pierwszym kroku na dzieciach twórcy patentu, mojego wspólnika. (śmiech)

Skąd w ogóle pomysł na ten produkt?

Pomysł wykiełkował z „szybkich” tzw. life hacków twórcy patentu – młodego ojca aktywnego i zawodowo i sportowo. Od joggingu z 3,5-letnim synem na rowerze ciągniętym zwykłą linką, poprzez „linkowy tandem” rowerowy, gdzie linka byłą utrzymywana w ręku – do wymyślenia urządzenia automatycznego. Wtedy dołączyłem do projektu. Potem kilka lat patentowania, testów i ulepszeń i… jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

Do kogo w zasadzie jest skierowany? Rodziny z dziećmi?

Zgadza się, uważamy, że to urządzenie uczyni długie wycieczki rowerowe dostępne dla rodzin z dziećmi. Obecnie bardzo niewielki ułamek rodzin, w którym choć jedno dziecko ma 5–12 lat nie wypuszcza się dalej niż na kilka kilometrów. Oczywiście z urządzenia skorzystać będą mogły także inne grupy wiekowe, w których występuje dysproporcja wytrzymałości i mocy.

Czemu zdecydowaliście się na crowdinvesting zamiast pozyskania finansowania od funduszy VC?

Fundusze VC inwestują głównie w technologie IT, innowacja mechaniczna nie mieści się w strategiach znanych nam funduszy. Poza tym chcemy włączyć w historię 2Riders możliwie wielu „stakeholderów” i stąd emisja crowdinvestingowa. Byłoby super, gdyby wielu ludzi solidnie zarobiło na projekcie.

Patent oznacza, że możemy sobie pozwolić na zupełnie inne podejście do poufności na etapie prawie roku przed wprowadzeniem produktu na rynek. Wydaje nam się, że bardzo dobrze pasujemy do crowdfundingu.

Jak wyglądał sam proces patentowania wynalazku?

Za patent odpowiadał wspólnik, Michał Olszewski. Po określeniu pomysłu (rozłączalny automatycznie holownik linkowy) dokonał zapytań w google.patents.com – nie znalazłem nic bezpośrednio konkurencyjnego. Najął studenta politechniki, który przeniósł rysunki na model CAD. Po bardzo wstępnym prototypie podjął dialog z rzecznikami patentowymi; prezentowali bardzo różne podejścia. Ostatecznie wybrana została kancelaria Patpol, ponieważ Pan Dariusz Świerczyński koncentrował się na zablokowaniu możliwości obejścia zastrzeżeń (czyli najważniejszej części zgłoszenia patentowego), a nie na maksymalizowaniu szans na samym uzyskanie patentu, bez ryzyka polemiki z urzędami. A to gigantyczna różnica.

W terminie roku od złożenia patentu w Polsce byliśmy  zobligowani do rozszerzenia na inne kraje. Mieliśmy alternatywy – ścieżka oszczędnościowa (tzw. PCT) – de facto wydłużająca termin na wejście w fazy krajowe; albo od razu wejście w fazy krajowe czyli złożenie wniosku do urzędów patentowych w USA i UE – te rynki nas interesują. Wybraliśmy drugą opcję – żeby szybciej uzyskać rozstrzygnięcie w postaci przyznanego patentu. Oba urzędy podważyły część z kilkudziesięciu zastrzeżeń, ale zasadnicze zostało obronione – funkcja wypinania przy innej sile działającej do przodu i na bok.

Linka ma się wypinać przy szarpnięciu podczas jazdy rowerów linii oraz gładko podczas wyprzedzania – to ma kluczowe znaczenie, ponieważ szarpnięcie działające w bok przewracałoby rowerzystę holowanego. Proces, uwzględniający wymianę dokumentów i dialog urzędu z naszym przedstawicielem w USA przebiegł zaskakująco sprawnie. Po ok. 4 latach od tzw. daty pierwszeństwa złożenia, czyli złożenia wniosku w urzędzie polskim uzyskaliśmy patent. W Europie elementami formalnymi jest tzw. walidacja w poszczególnych krajach UE, obejmująca tłumaczenie i opłaty formalne. Ze względu na liczebność nawet tylko głównych rynków łączne koszty są wysokie. M.in. dlatego zdecydowaliśmy się pozyskać kapitał na rozwój projektu.

W czwartym roku prognozujecie sprzedaż na poziomie 75 mln zł – skąd ta pewność?

Takie założenia wydaje nam się najbardziej prawdopodobne, choć może być więcej, może być mniej. Poziom ten odpowiada sprzedaży w sztukach rocznie na poziomie 0,6% liczby dzieci w grupie docelowej (6–12 lat) w USA i UE. Zakładamy, że ze względu na prawa wyłączne wynikające z patentu nie będziemy mieli konkurencji.

Jak wygląda wasza współpraca z platformą Forc.ee?

Forc.ee opracowało założenia zabezpieczenia interesów drobnych inwestorów crowdych w sposób inspirowany umowa z funduszami VC. Narzuca pewne ograniczenia na założycieli – w skrócie nie mogą „przejeść” ani „wyprowadzić” zysków i zarabiają dopiero przy wspólnym wyjściu z inwestorami crowdowymi w ramach jednej transakcji. Ale nie blokuje działań związanych z rozwojem biznesu.

Uznaliśmy, że warto zostać, niczym Tytus ze znanego komiksu, „oblatywaczem” tej konstrukcji – nowej w wielu wymiarach, także pod względem formy prawnej – jesteśmy prostą spółką akcyjną. Forc.ee dopiero wchodzi na rynek, zdecydowali się obsłużyć nas bez retainera i istotnie wspierając nas dokumentowo i prawnie (współpracują z topowymi prawnikami).

Podoba nam się podejście Piotra Łuszczka i zespołu Forc.ee, które można skwitować określeniem „mniej a dobrze” – nastawiają się na projekty z dużą perspektywą wzrostu i niebojące się prezentować prognoz, rzetelnie opisane, ujęte w karby sensownej dla drobnych inwestorów umowy.

Zakłada, że sukces platformy w długim okresie zależy od zwrotów, jakie inwestorzy realizują na sfinansowanych projektach. Jeśli możemy pomóc w realizacji tego celu – jesteśmy gotowi zaryzykować współpracę z platformą, dla której jest to pierwszy projekt. W końcu – uważamy, że nasza oferta dla inwestorów jest na tyle atrakcyjna, że „sprzeda się” nawet z mało znanego, dopiero otwartego „sklepu”.

icon-112px-padlock Created with Sketch.

Dołącz do naszego newslettera lub podaj swój adres, jeśli już jesteś naszym subskrybentem