#OHO! Aleksandra Tyszkiewicz naprawia jaja, Liwiusz Laska tłumaczy „Lalkę”, a Mateusz Majchrzak zaorał TED

Dodane:

MamStartup logo Mam Startup

#OHO! Aleksandra Tyszkiewicz naprawia jaja, Liwiusz Laska tłumaczy „Lalkę”, a Mateusz Majchrzak zaorał TED

Udostępnij:

Jeśli czujecie, że z Waszym życiem jest coś nie tak, to dzisiejsze #OHO! może przynieść Wam trzy recepty na poprawę egzystencji. A ściślej rzecz ujmując – rozwiązania suflują nasi bohaterowie. Aleksandra Tyszkiewicz uzdrawia jaja, Liwiusz Laska łagodzi ból po premierze nowej „Lallki”, a Mateusz Majchrzak wyjaśnia, dlaczego nikt nie chciałby słuchać jego wystąpienia na TED.

Co Panu dolega?

To zwyczajowo pierwsze pytanie, które słyszy się po przekroczeniu progu lekarskiego gabinetu. Od tego zaczyna się długi proces diagnozy, a następnie jeszcze dłuższy proces leczenia. I o ile takie pytanie słyszymy od lekarzy wszelkiej maści (a jeden kolega słyszy to nawet od szeptuchy, do której chodzi, bo taniej i krótsze kolejki), o tyle nie spodziewaliśmy się usłyszeć takie pytanie na LinkedIn. A stawia je Aleksandra Tyszkiewicz, specjalistka od strategii i marketingu.

Chce ona sprawdzić, czy nasze, czy Wasze marketingowe jaja „pozwalają wyjść z komunikacją poza utarte schematy”. Szczególnie interesujące w kontekście ewaluacji jaj (oczywiście – ewaluacji strategicznej, a nie biologicznej, co podkreśla pani Aleksandra) jest to, czy aby te jaja nie uniemożliwiają mówić nam naszym własnym głosem.

Pamiętamy, że raz kolega podczas integracyjnego meczu naszej redakcji dostał futbolówką sami-wiecie-gdzie i przez dłuższą chwilę nie mógł mówić żadnym głosem. A gdy już umiejętność mowy wróciła, to jego głos nijak nie brzmiał jak ten, do którego się przyzwyczailiśmy.

Najlepsze pani Tyszkiewicz Aleksandra zostawia na koniec, na sam finisz. W momencie, gdy myślimy, że dochodzimy do sedna, to pani Aleksandra wyciąga z rękawa asa. I poszerza ofertę swoich badań o nową pozycję:

„zbadam, czy walisz na oślep”.

Co dolega Rzeckiemu?

To pytanie pamiętamy z lekcji języka polskiego, które odbywały się w czasach, gdy w szkole wciąż rządzili nauczyciele, nie było sporów o kotlety schabowe, a wszelkie waśnie między uczniami były rozstrzygane szybciej i sprawniej niż za pomocą rzecznika praw ucznia, rady praw ucznia, komitetu rodzicielskiego oraz sądu kapturowego w postaci grupy rodziców na WhatsAppie.

To pytanie powróciło do nas dziś – już w zupełnie innych czasach – czasach, gdy opiekunom sen z powiek spędzają warzywa strączkowe, serwowane dzieciom raz w tygodniu. A wróciło to pytanie za sprawą Liwiusza Laski, prezesa ZUS.

Przyznajmy, że wróciło w idealnej porze. Oto bowiem nasz biedny, umęczony kraj znów jest na skraju wojny domowej. Atmosfera między dwoma obozami się zagęszcza: ci, którzy krytykują serialową „Lalkę” mają coraz mniej wyrozumiałości dla tych, którzy z netfliksowych odcinków czerpią radość. Oto Laska Liwiusz mówi, żeby „nie skupiać się na emocjach i sercowych rozterkach Wokulskiego”. Proponuje on, by odrzucić tę sentymentalną, nieco już trącącą myszką warstwę romantyzmu. Co jest ważne przy oglądaniu „Lalki”?

Przy oglądaniu „Lalki” ważne jest pamiętanie, że był to świat bez ZUSu. Po tak śmiałym stwierdzeniu Laska Liwiusz nie czeka i zasypuje nas argumentami, potwierdzającymi jego tezę. Szczególną uwagę poświęca właśnie na analizę losu subiekta Rzeckiego – jak trudno temu człowiekowi żyło się bez Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, bez takich ludzi jak pan Liwiusz.

„Świat bez prawa do zasiłku chorobowego, bez świadczeń na dzieci, bez rent i emerytur – „Lalka” jest nie tylko o miłości, ale i o świecie bez zabezpieczenia socjalnego” – tłumaczy nam pan Liwiusz. I od tej pory, oglądając „Lalkę”, a zwłaszcza sceny z subiektem Rzeckim widzieć będziemy zatroskanego prezesa ZUSu, którego wyraz twarzy mówi:

„jak oni mogli żyć bez ZUSu, no jak?!?!?”

Co dolega konferencjom spod znaku TED?

To pytanie słyszeliśmy dość dawno temu i z natłoku obowiązków wszelakich, a także z uwagi, że świat pędzi przed siebie jak oszalały, po prostu o tym pytaniu zapomnieliśmy. Przypomniał nam je ekspert snu, czyli Mateusz Majchrzak. To ciekawa konstrukcja logiczna, że akurat ktoś, kto zajmuje się snem dobrej jakości, wyciąga na światło dzienne temat zahaczający o mary senne, o koszmary wręcz. Bo w opinii pana Mateusza, te konferencje są właśnie koszmarem.

Ale do rzeczy, do rzeczy!

Rzuca już na wstępie Mateusz Majchrzak głośny statement, bardzo głośny, caps lockiem wybity, czerwonym fontem wyróżniony. Mówi nam, że zrezygnował z wystąpienia na TED. Po czym pyta, czy ma nam powiedzieć szczerze, czemu takiej decyzji dokonał.

Panie Mateuszu, szczerze?

Szczerze no to nie tak za bardzo się tym zajmowaliśmy. Szczerze to pana rezygnacja umknęła naszej uwadze, dopóki pan nie postanowił nam o niej szczerze opowiedzieć.

No ale skoro już pan nalega, to dobrze, posłuchajmy, co też Pana pchnęło do tak dramatycznej decyzji.

W skrócie – panu Mateuszowi nie chciało się nagrać próbnego przemówienia ani pójść na próbę generalną. Kręcił nosem na tytuł wystąpienia, zaproponowany mu przez zapraszających go organizatorów. No i bardzo zniechęcił go fakt, że jego arcyważne wystąpienie „o konieczności zmiany przepisów dla pracowników zmianowych” obejrzy może 500 osób, bo jak twierdzi Majchrzak Mateusz, polskich filmów na TED już nikt nie ogląda.

Nie to co wystąpień „o konieczności zmiany przepisów dla pracowników zmianowych”, te to zawsze na topie i zawsze hot.

Dawno temu pewien katowicki raper, niejaki Miuosh powiedział na koncercie zarejestrowanym na płycie „Panowie z Katowic. Live”, że nawet gdyby miał grać dla pięciu osób, to i tak to będzie robić.

Przegryw.

Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.