#OHO! Maciej Wojtas naucza Szymona Negacza, dokąd biegnie Robert Kuc, a Michał Wrzosek ma większą grahamkę niż Księżulo

Dodane:

Aleksander Armata-Gnat Aleksander Armata-Gnat

#OHO! Maciej Wojtas naucza Szymona Negacza, dokąd biegnie Robert Kuc, a Michał Wrzosek ma większą grahamkę niż Księżulo

Udostępnij:

To jest ten moment w tygodniu, gdy trzeba się zatrzymać i zobaczyć, czy aby gdzieś nie popełniamy błędu. Albo czy w ogóle wiemy, dokąd biegniemy i po co to robimy. A skoro już stoimy, to co nam szkodzi chwycić za pożywną grahamkę, albo i dwie? Byleby nie sięgać po mrożoną pizzę. Apelują o to do nas: Maciej Wojtas, Robert Kuc oraz Paweł Petryna. Inspiracją do odcinka byli także bohaterowie: Szymon Negacz i nieoceniony Michał Wrzosek.

Szymonie Negaczu, weź się do roboty

Można zazdrościć Szymonowi Negaczowi wiedzy? Można.

Można zazdrościć Szymonowi Negaczowi zasięgów? No ba!

Ale najbardziej zazdrościć można tego, że są wokół niego ludzie, gotowi za darmo, bezinteresownie, z wielką życzliwością dzielić się wiedzą. Po to, aby Szymonowi Negaczowi pracowało się lepiej.

Skierujmy snop światła na Macieja Wojtasa, do tej chwili skromnie stojącego w cieniu. To ów człowiek zadeklarował: „Mam lepszy pomysł na posty Szymona Negacza”. Wojtas Maciej, postać być może do tej pory nieznana, pilnie śledzi internetowe trendy, biegle porusza się po wirtualnym świecie i generalnie nawet jeśli Wasz profil umiera – to pan Maciej przyjdzie Waszemu profilowi z pomocą. Oczywiście, jak w danej chwili nie będzie pomagał chociażby Szymonowi Negaczowi. Jako że my sami na platformach społecznościowych poruszamy się z gracją słonia w składzie porcelany, a nasze profile nie tylko umarły, ale i zgniły, po czym zmartwychwstały jako zombie, dlatego z wielką ciekawością zagłębiliśmy się w lekturę poradnika autorstwa Macieja Wojtasa.

Czytamy i czytamy, biegniemy niecierpliwie wzrokiem po kolejnych słowach. Natrafiamy najpierw na Książula (tak, serio), potem mijamy Tomasza Karwatkę i Macieja Kaweckiego, no i gdzieś w drugiej części niekrótkiego artykułu wypatrujemy nazwisko Negacza. Po czym widzimy zdanie:

„nie widzę powodów, żeby w postach Szymona Negacza czymkolwiek gmerać.”

Cóż… jak to mawiał Królik Baks: to by było na tyle.

Człowieku, zatrzymaj się wreszcie

Robert Kuc to człowiek, który jak sam deklaruje, pomoże nam odzyskać wolność. Cóż więc się dziwić, że niczym kania łaknąca dżdżu, tak i my przywarliśmy oczami do monitora, licząc, że mądre słowa Kuca Roberta wyzwolą nas z okowów. Zwłaszcza że na zdjęciu w poście widzimy pięknego, wysportowanego młodzieńca, ubranego w profesjonalne sportowe skarpety, getry spodenki, we wszystko, co kojarzy się nam z zawodowym bieganiem uprawianym przez amatorów. No i wielki medal, który pan Robert dumnie dzierży w dłoni.

Widać od razu, że to człowiek wolny – człowiek wyzwolony, nie biorący udziału w żadnym wyścigu szczurów.

Biegacz Roberty Kuc stwierdza, że całe życie gdzieś biegniemy: do kolejnego celu, do większej firmy, lepszego wyniku.

Nota bene, my już nigdzie nie biegniemy. Odkąd spostrzegliśmy się, że nasza kondycja psychofizyczna donikąd nas nie zaprowadzi, to porzuciliśmy wszelkie bieganie, a nawet i ruch jakikolwiek, więc od dłuższego czasu tkwimy po prostu w jednym miejscu. Robert Kuc kontynuuje swoją motywacyjną przemowę, rodem z amerykańskich filmów o sportowcach.

„Kiedy osiągasz jedną rzecz, za chwilę pojawia się następna” – stwierdza biegacz-biznesmen. I stwierdza od razu., że „można tak biec naprawdę długo”. I w takiej sytuacji warto sobie zadać pytanie: „a dokąd ja właściwie biegnę?”

Pełna zgoda, my byśmy nawet nieśmiało zaznaczyli, że to pytanie powinno być pytaniem, które nam towarzyszy od momentu, gdy wprawimy nasze nogi w ruch. Ale my tam się nie znamy. Za to zna się pan Robert i płynnie przechodzi do bolesnej obserwacji:

„mam wrażenie, że w biznesie bardzo dużo rozmawiamy o tym, jak przyspieszyć: jak skalować, jak więcej zarabiać, jak być bardziej produktywnym.” Natomiast, jak wytyka nam pan Robert Kuc, „zdecydowanie za mało rozmawiamy o tym, czy w ogóle warto biec w kierunku, który sobie obraliśmy.”

I teraz, przysłuchując się analizie pana Roberta, wnioskujemy, że wszyscy uczestniczymy w jakimś biegu masowym, gdzie absolutnie nikt się nie orientuje, dokąd i po co zmierza. A nawet jeśli wydaje się nam, że wiemy – bo na przykład biegniemy po jeszcze jeden projekt czy jeszcze jednego klienta – to jest to bieg absolutnie bez sensu i do niczego nas nie prowadzący. Mówi nam to człowiek trzymający w dłoni wielki medal za swój bieg, więc brzmi to wiarygodnie.

„Można dojść naprawdę daleko i dopiero na mecie zorientować się, że przez większość drogi nie było nas tam naprawdę” – filozoficznie puentuje pan Kuc, a my aż zatrzymujemy się na dłuższą chwilę nad sensem tego zdania. Jeśli i Was dopadają biegowe rozterki, to śmiało, podbijajcie do pana Roberta Kuca i porozmawiajcie sobie o tym, dokąd pędzicie.

Idąc dalej

Każdy biegacz Wam powie, że po wysiłku koniecznie należy uzupełnić węglowodany. A gdzie takich węgli jest najwięcej? Nie wiemy. Ale na pewno jakieś są w bułce. A że bułka to grahamka od Michała Wrzoska, niekwestionowanego autorytetu w kwestii jedzenia oraz obserwacji osób otyłych, to na pewno musi to być grahamka, jakie jeszcze świat nie widział, a Wasze usta nie kosztowały. Jest o tym święcie przekonany Paweł Petryna, konsultant wideo dla biznesu, czyli człowiek idealny do kulinarnych rekomendacji ze specjalizacją w pieczywie.

Petryna Paweł jest bardzo mocno oburzony tym, że wszyscy piszą o mrożonej pizzy, a nikt na jego LinkedInie nie mówi ani słowem o bułce Wrzoska. Choćby jeden okruszek informacji o tym, jak dobre są te grahamki, choćby jeden maciupeńki….

A tu nic.

Dlatego Paweł Petryna, być może odrywając się od swojej grahamkowej uczty, rzuca się do nadrabiania strat.

„Brawo, brawo, brawo” – krzyczy pan Petryna, a my czujemy się przekonani, zmotywowani jesteśmy, by pobiec do Żabki (oczywiście, jeśli pan Robert Kuc uzna, że do Żabki po bułkę od Wrzoska biec można), nakupić tyle grahamek, ile wejdzie nam do siatki, do plecaka, do torby, po czym wrócić do redakcji i oddać się węglowodanowej uczcie. Oczywiście, bez przesady, bo obżarstwo może sprawić, że w oczach Michała Wrzoski staniemy się otyłą osobą i wtedy weźmie on nas pod obserwację – jak to z otyłymi osobami ma on w zwyczaju.

Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.