Dary losu
Wiecie, jak to jest, gdy przychodzi Wam mierzyć się z wyjątkowo trudnym problemem przez wyjątkowo długi czas? My wiemy. Nie daje spokoju taki problem, wyjść z głowy nie chce, wstaje z nami i z nami się kładzie. No po prostu koszmar, czasem nawet dosłownie, bo ten problem nam się śni. I tak to trwa, aż nadciągną posiłki. Aż los się do nas uśmiechnie – i pojawi się taki Maurycy Fortuna.
Otóż Fortuna Maurycy, nazywający się liderem zmiany, postanowił zmierzyć się z polską demografią. To wyzwane, na którym poległy najtęższe głowy. Wciąż w Polsce rodzi się za mało Polek i Polaków, co grozi nam wyludnieniem.
„Powiem wprost” – mówi pan Maurycy, a my nadstawiamy ucha. Panie Maurycy, słuchamy!
„Urzędowa pieczątka przestaje mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie” – oznajmia autor posta, tłumacząc w ten sposób dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące urodzeń w Polsce. Brzmi enigmatycznie, więc czytamy dalej analizę pana Fortuny. Początkowo przygląda się on liczbom, przedstawia nam statystyki dotyczące tego, gdzie rodzi się więcej dzieci w związkach pozamałżeńskich. Zagląda w tabelę, by poszukać, gdzie poza małżeństwem rodzi się więcej dzieci, w miastach czy na wsiach.
„Priorytetem jest stabilność w relacji i poczucie sprawczości, a nie formalność” – konkluduje pan Fortuna, twierdząc, że dzieci rodzą się poza małżeństwem z czystego pragmatyzmu. Dorzuca do tego jeszcze tak intrygujące hasła jak „niepewność jutra” czy „drogie mieszkania”, a my powoli się gubimy, coraz trudniej nam nadążyć za rozpędzoną myślą Maurycego Fortuny.
Czy on mówi o małżeństwach, czy o dzieciach, czy o dzieciach poza małżeństwem czy już o niepewnym jutrze?
A gdy pan Maurycy grzmi z posta, że „projektujemy rozwiązania dla świata, który powoli przestaje istnieć”, to już w ogóle nie sposób, o co chodzi. Czy chodzi o te dzieci dalej? Że to one źle projektowane, bo poza małżeństwem? Czy też świat powoli przestaje istnieć, bo Fortuna Maurycy przekonuje nas o niepewności jutra?
Puenta lidera zmiany jest taka: „czas wreszcie spojrzeć na te dane bez oceniania, a z czystym zrozumieniem trendu”. My zaś odpowiadamy: panie Maurycy, niech pan nas poratuje i nam to lepiej wyjaśni, abyśmy na czysto mogli ten trend zrozumieć.
Przyszłość swą widzę bezdzietną
Pewnie i Wy należycie do tego licznego grona osób, które stale pytają panią Paulinę Mazur – która jest facylitatorką i trenerką – o to, dlaczego nie ma ona dzieci. My jeszcze nie zdążyliśmy, przyznajemy. I najwyraźniej już nie zdążymy, gdyż pani Mazur właśnie nam to wyjaśniła na LinkedIn. I bardzo dobrze, o jedną niewiadomą mniej w tym naszym życiu.
Ze złożonego, wielowątkowego postu, takiego, w którym narracja zmienia tempo szybciej niż fabuła w filmie Fritza i Wersow (to film o pięknej miłości, dlatego wydał się nam adekwatny), wnioskujemy, że pani Mazur nie potrafi sobie wyobrazić swojego jutra z dzieckiem.
Pani Paulina Mazur, jak przystało na reprezentantkę pokolenia Z, staje w obronie zetek, które – jak to z zetkami regularnie bywa – są przez wszystkich atakowane i ciemiężone. Bo zarzuca się zetkom, że nie chcą mieć dzieci, bo tak jest im wygodniej, łatwiej, przyjemniej. Że niby młodzi ludzie wolą karierę, podróże, rozwój, że są na wygodzie skupione. A przecież wszyscy wiemy, że młodzi ludzie, że te zetki są najmniej konsumpcyjne, najmniej zachłystują się technologiami, że one właściwie nic nie kupują, nigdzie nie jeżdżą.
Pewnie zetki się nasłuchały proroctw pana Fortuny o niepewności jutra i po prostu się boją końca świata?
Autorka posta kontynuuje swój wywód, oparty o rzeczową, pogłębioną analizę, na którą składają się odpowiedzi aż 99 par. I pani Mazur dochodzi do wniosku, że decyzja o dziecku to przede wszystkim pytanie: „czy widzę dla niego miejsce w mojej przyszłości?”
I że na dziecko decydują się te osoby, które widzą dla dziecka miejsce w swojej przyszłości.
Uff, całe szczęście! Co by to się działo z tymi dziećmi, gdyby decydowały się na nie osoby, które dla dzieci przyszłości nie widzą…?
Pomocna dłoń
Czasem słyszymy tu i tam, że w OHO jesteśmy niepoważni. Że to rubryka humorystyczna, uciekająca się do niskich pobudek. Skądże znowu! Oto najlepszy dowód: chcemy wykorzystać tę przestrzeń, aby pomóc konkretnej osobie w konkretny sposób. Mianowicie, chcemy sparować ze sobą dwie osoby, które najwyraźniej się potrzebują i które wzajemnie mogą sobie wiele dać. Klasyczny przykład obustronnych korzyści.
Otóż, Gearad Przychodzeń, znany być może wam z obszaru sprzedaży, pożalił się na LinkedIn, że już od 4 miesięcy znaleźć pracy nie może. Widać po jego poście, że to poszukiwanie nowego stanowiska kosztuje go sporo nerwów. Widać jak na dłoni, gdyż Gerard nie ukrywa swoich nerwów. Ergo, nie trzeba być geniuszem, by domyślić, jak sfrustrowany jest pan Przychodzeń. Trochę jakby zazdrości innym pracującym, trochę jakby nimi gardzi, trochę jakby się przechwala ciocią z Ameryki, z którą rozmawia o 4.00 nad ranem. Trochę tak jakby ubliża, trochę tak jakby pluje w twarz – cóż, najwyraźniej ciągłe prasowanie koszul, czyli ostatnimi czasy najważniejsza rzecz w życiu pana Przychodzenia, pewnie go już nudzi. Wytyka „starym spaśluchom” (powinno być raczej „spaślakom”, panie Gerardzie, tak tylko podpowiadamy), że na targi chodzą w tanich garniturach, dlatego szalenie jesteśmy ciekawi drogiej garderoby pana Gerarda. I byśmy go nawet na jakieś targi zaprosili, aby tam błysnął tą koszulą na kant wyprasowaną, być może w tej koszuli na tle „starych spaśluchów” pan Przychodzeń błyszczałby jak gwiazda i raz-dwa, szybciuteńko pracę znalazł?
No ale nie sama szata zdobi człowieka. I tu przechodzimy do drugiej części duetu, który chcemy stworzyć – do dobrze Wam znanego Tomasza Karwatki.
Tomasz Karwatka ma jedną fantastyczną cechę: uwielbia się dzielić poradami. Rzadko spotyka się człowieka tak chętnego do podpowiadania, jak dobrze żyć, jak lepiej nawiązywać relacje, jak skutecznie inwestować, jak dbać o szczęście (swoje i innych) tudzież – jak zarabiać więcej, a przy tym mniej pracować. Tomasz wypełnia naszego LinkedIna poradami, a gdy akurat nie ma go na tej platformie, to właśnie pisze książkę z poradami lub też jest w drodze do studia, by nagrać podcast czy webinar – z poradami, rzecz jasna.
Być może pochłonięty prasowaniem koszul i wysyłaniem swojego CV Gerard Przychodzeń jeszcze nie natrafił na karwatkowe tipsy i lifehacki. Nic nie szkodzi – od czego jesteśmy my? Chcielibyśmy połączyć obu panów. A zainspirował nas do tego ostatni, jak zwykle życiowy i pełen konkretnych porad post pana Tomasza. Pan Tomasz wymienia w nim trzy zabójcze red flagi. I ta czerwień tych flag jest tak bijąca po oczach, że z trudem doczytaliśmy do końca posta, tak świetnie pisze Tomasz. Uwaga – porady pana Karwatki nie tyczą się tylko inwestowania, tyczą się one także tego, jak Karwatka Tomasz dobiera wspólników oraz pracowników.
No właśnie – pracowników, Panie Gerardzie! Niech Pan posłucha, czego absolutnie w ogóle nigdy i przenigdy robić nie należy.
Musi Pan, Panie Gerardzie, być konkretny. Karwatka podpowiada: „nie umiesz prostym językiem, w dwóch, trzech zdaniach, opowiedzieć, co robicie? To prawdopodobnie tego nie rozumiesz!” Więc Pan, Panie Gerardzie, niech Pan skupi się mniej na tych koszulach, cioci i „spaśluchach”, a bardziej rozpisuje się Pan o swoim zawodowym doświadczeniu.
Drugi tip: nie wolno narzekać ani oczerniać! W łagodnych, roześmianych oczach Tomasza Karwatki jest Pan, Panie Gerardzie albo marudą, albo nie radzi Pan sobie z komunikacją. Niech Pan się uśmiechnie! Niech Pan tym uśmiechem zarazi innych, nas i nawet samego Tomasza Karwatkę! Opowieści o krzywdzie i traumach (zwłaszcza tych przeżytych na targach ze „spaśluchami”) niech Pan zostawi na sesję terapeutyczną. Tak podpowiada Tomasz.
No i na koniec – nie warto być cynicznym. Jak zauważa Tomasz Karwatka, a my te słowa zacytujemy, bo są zbyt mądre, aby je przekręcać: „cynizm odstręcza ludzi, którzy wierzą w misję i wizję”. A kto nie wierzy w misję i wizję Tomasza Karwatki, z Tomaszej Karwatką pracować nie może. Tak się niestety składa, że wygląda Pan, Panie Gerardzie, na nieco cynicznego człowieka. Prosimy o bardziej „pozytywny drive”, cokolwiek to znaczy, ale to już Tomasz Karwatka Panu wytłumaczy.
Jak Pan te trzy rzeczy wdroży w życie, to wrota do kariery w funduszach inwestycyjnych, startupach, tudzież innych spółkach otworzą się przed Panem szeroko, że hej!
Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.