Na okładce magazynu „Time” Sam Altman sąsiaduje z Paris Hilton, Elon Musk z szefową związków zawodowych Liz Shuler, a Dario Amodei z aktorem Josephem Gordonem-Levittem. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak redakcyjny trik, jak klasyczny clickbait, mający sprowokować internet do lawiny komentarzy. Tyle że nie warto z takimi uwagami się rozpędzać. Tegoroczna lista TIME100 AI chce nas przekonać, że w 2026 roku najbardziej wpływowymi ludźmi sztucznej inteligencji przestali być wyłącznie ci, którzy ją budują. Coraz częściej są nimi również ludzie próbujący zdecydować, kto za AI zapłaci, kto na niej zarobi, czyje książki wolno wykorzystać do treningu modelu, czyją twarz można wygenerować bez zgody i kto zachowa pracę.
Kogo my tu mamy?
„Time” opublikował czwartą edycję TIME100 AI, wybierając ludzi, którzy zdaniem redakcji w największym stopniu kształtują dziś rozwój sztucznej inteligencji. Lista została podzielona na liderów, innowatorów, ludzi kształtujących otoczenie AI oraz myślicieli. Są na niej przedstawiciele OpenAI, Anthropic, Google DeepMind, IBM, Oracle, ByteDance, Alibaba, Huawei, AWS, Databricks czy chińskiego Moonshot AI. Są badacze, twórcy modeli, producenci półprzewodników, inwestorzy i regulatorzy.
Ale są również Bernie Sanders, Ben Affleck, Joseph Gordon-Levitt, pisarka Andrea Bartz, przewodnicząca AFL-CIO Liz Shuler i właśnie Paris Hilton.
To nie przypadek. To definicja „wpływu”, którą przyjął magazyn na potrzeby tegorocznego rankingu. Zresztą, oddajmy głos samemu redaktorowi naczelnemu „Time’a”. Sam Jacobs tłumaczy nam, że technologia w ciągu kilku lat przeszła drogę od ciekawostki do stałego elementu pracy, organizacji życia i zdobywania wiedzy. Tegoroczna lista ma więc odzwierciedlać nie tylko wyścig laboratoriów budujących coraz potężniejsze modele, lecz także narastający konflikt o ich społeczne konsekwencje. Jacobs wskazuje wprost na starcie Anthropic z Pentagonem, wyścig w budowie centrów danych oraz rosnący polityczny opór reprezentowany m.in. przez Sandersa, Shuler i Gordona-Levitta.
Tym samym, TIME100 AI 2026 nie jest już listą ludzi tworzących sztuczną inteligencję. Jest listą ludzi uczestniczących w walce o to, czym sztuczna inteligencja stanie się dla reszty społeczeństwa.
Paris Hilton, czyli AI widziane od strony ofiary
Jeszcze kilka lat temu umieszczenie Paris Hilton na jednej liście z czołowymi badaczami AI zapewne stałoby się memem. Tym razem żart szybko przestaje być zabawny. Tym szybciej, im szybciej zrozumiemy kontekst umieszczenia celebrytki w tym zetawieniu. „Time” opisuje Hilton nie jako celebrytkę czy przedsiębiorczynię, lecz jako „advocate against deepfakes” — działaczkę walczącą z deepfake’ami. Brzmi jakby znajomo, nieprawdaż?
Czytaj także: Scam nie może się opłacać Rafał Brzoska rusza z inicjatywą „150%”
Jej zainteresowanie problemem ma wyjątkowo osobiste źródło. Ponad dwie dekady temu były partner Hilton opublikował bez jej zgody intymne nagranie. Dziś technologia generatywna sprawia, że do stworzenia podobnego materiału sprawca nie potrzebuje już nawet prawdziwego filmu. Hilton zaangażowała się w Waszyngtonie w działania na rzecz regulacji niekonsensualnych materiałów seksualnych tworzonych cyfrowo, w tym w poparcie ponadpartyjnego DEFIANCE Act. W maju tego roku wraz z dziennikarką technologiczną Laurie Segall firmowała czternastoodcinkową serię dokumentalną na TikToku Searching for Mr. Deepfakes, dotyczącą operatora jednego z serwisów publikujących pornograficzne deepfake’i.
Hilton powiedziała „Time’owi”: „To mogło przydarzyć się dosłownie każdemu.”
Przez pierwsze lata boomu generatywnej AI debata publiczna była zdominowana przez pytanie: co potrafi model? Hilton reprezentuje inną fazę tej dyskusji: co człowiek może zrobić, kiedy model zrobi coś z nim? Jej obecność na TIME100 AI pokazuje więc zmianę środka ciężkości. Deepfake przestał być technologiczną sztuczką demonstrowaną na konferencjach. Stał się problemem prawa do wizerunku, przemocy seksualnej, reputacji i bezpieczeństwa.
W tym sensie Paris Hilton pasuje do zestawienia być może bardziej, niż mogłoby się wydawać. Owszem, nie buduje modelu – ale pomaga budować granice tego, co za pomocą modeli będzie można legalnie robić.
Ben Affleck handluje AI
Równie niespodziewane jest umieszczenie na liście nazwiska znanego aktora, Bena Afflecka. Nie znalazł się on na liście jako hollywoodzki przeciwnik technologii. Wręcz przeciwnie. Aktor i reżyser od dawna przekonuje, że kino należy do dziedzin trudniejszych do całkowitego zastąpienia przez sztuczną inteligencję, natomiast ogromna część mozolnej pracy produkcyjnej i postprodukcyjnej może zostać przez nią przyspieszona. Założył InterPositive, firmę rozwijającą modele pomagające filmowcom w postprodukcji na podstawie należących do nich materiałów. Według „Time’a” przedsiębiorstwo zostało w marcu sprzedane Netflixowi za raportowane 587 mln dolarów, a Affleck został doradcą koncernu.
Jego stanowisko jest ciekawsze niż proste „dobre AI dobre” kontra „złe AI”.
Affleck deklaruje, że chce używać automatyzacji tam, gdzie może ona uwalniać ludzi od kosztownej technicznej pracy. Jednocześnie popiera on „Creators Coalition on AI„, która domaga się ochrony twórców przed niekontrolowanym wykorzystywaniem ich pracy. Sama koalicja podkreśla, że nie zamierza odrzucać AI. Domaga się jednak przejrzystości, zgody i wynagrodzenia za wykorzystane treści, ochrony przed deepfake’ami oraz zachowania ludzkiego udziału w procesie twórczym. Organizacja ujmuje różnicę dość celnie: spór nie przebiega między technologią a kulturą, lecz między ludźmi, którzy chcą wdrażać ją szybko, a tymi, którzy chcą wdrażać ją dobrze.
Joseph Gordon-Levitt chce, żebyśmy przestali być tylko klientami
Współzałożycielem „Creators Coalition on AI” jest właśnie aktor Joseph Gordon-Levitt. „Time” umieścił go nie w kategorii innowatorów, lecz Shapers — ludzi kształtujących kierunek rozwoju sztucznej inteligencji.
Gordon-Levitt zwraca uwagę na problem, który w technologicznej debacie łatwo zgubić wśród benchmarków i parametrów modeli: firmy są skonstruowane tak, aby maksymalizować wartość dla właścicieli. Nie ma żadnej automatycznej gwarancji, że cel ten będzie pokrywał się z interesem społecznym.
Gordon-Levitt nie twierdzi, że AI należy zatrzymać. Przeciwnie, widzi możliwość demokratyzacji twórczości. Obawia się jednak koncentracji siły gospodarczej i technologicznej w rękach niewielkiej grupy przedsiębiorstw. W marcu został też pierwszym globalnym rzecznikiem ONZ ds. cyfrowego zarządzania skoncentrowanego na człowieku.
W epoce internetu użytkownik bardzo długo występował przede wszystkim jako konsument platform. Tymczaem, w epoce AI stawka jest większa: jest równocześnie konsumentem, źródłem danych, właścicielem wizerunku, potencjalnym dostawcą materiału treningowego, pracownikiem podlegającym automatyzacji i wyborcą mającym zdecydować, jak daleko pozwoli technologii wejść w każdą z tych sfer.
Rola Gordona-Levitta to coś więcej niż tylko rola wizerunkowa. Zahacza on dość mocno o politykę. A skoro o polityce mowa…
Bernie Sanders i pytanie, którego Dolina Krzemowa bardzo nie lubi
… czas przyjrzeć się Berniemu Sandersowi. Senator z Vermont rzadko korzysta z AI i — jak powiedział „Time’owi” — nie próbował nawet płatnego modelu. Mimo to znalazł się wśród stu najbardziej wpływowych osób tej branży. Dlaczego?
Bo próbuje zakwestionować ekonomiczną umowę stojącą za boomem AI.
Sanders ostrzega przed koncentracją własności, automatyzacją miejsc pracy i powstaniem systemów przewyższających możliwości kontroli społecznej. W marcu tego roku zaproponował zatrzymanie budowy nowych centrów danych AI do czasu ustanowienia federalnych zabezpieczeń, a kilka miesięcy później poparł projekt jednorazowego 50-procentowego podatku płaconego w akcjach przez największe firmy AI, którego aktywa miałyby trafić do publicznego funduszu majątkowego.
Najmocniej brzmi jednak jego deklaracja dotycząca superinteligencji: „musimy zatrzymać jej rozwój.” Krótko i dosadnie.
Można uważać taki postulat za rozsądny, radykalny albo technologicznie naiwny. Ale trudno zaprzeczyć, że polityk zmusza nas do refleksji nad pytaniem: jeżeli AI rzeczywiście wygeneruje gigantyczny wzrost produktywności, kto stanie się właścicielem tej produktywności?
Tu warto oddzielić polityczną retorykę od danych.
Międzynarodowa Organizacja Pracy szacuje, że około jedna czwarta pracowników na świecie wykonuje zawody w jakimś stopniu wystawione na działanie generatywnej AI, ale podkreśla, że znacznie bardziej prawdopodobna od masowego znikania całych zawodów jest transformacja wykonywanych zadań. Jeszcze świeższy przegląd badań MOP z czerwca 2026 roku mówi podobnie: efekty dotyczące produktywności są realne, ale nierówne, natomiast dowodów na wielkoskalowe wypieranie ludzi z rynku pracy wciąż jest mało. Znacznie wyraźniejsze są zagrożenia związane z pogłębianiem nierówności, pogorszeniem perspektyw ludzi młodych i zmianą autonomii pracowników.
Sanders może więc przesadzać z dokładnością katastroficznych prognoz. Nie przesadza jednak, kiedy twierdzi, że AI staje się problemem dystrybucji władzy.
Liz Shuler: AI schodzi z konferencji technologicznych do zakładów pracy
Z podobnego powodu pojawia się Liz Shuler, przewodnicząca AFL-CIO — największej amerykańskiej federacji związków zawodowych. Swoją drogą, czy słyszeliście, aby liczące się w Polsce związki zawodowe podnosiły temat roli AI? No właśnie. A tymczasem w USA… jeżeli Silicon Valley mówi o „productivity gains”, związki zawodowe pytają: czyją produktywność mierzymy i kto otrzyma wynikające z niej pieniądze? Shuler próbuje uczynić skutki automatyzacji jednym z tematów amerykańskiej polityki wyborczej. AFL-CIO chce zmobilizować 16 milionów członków związków podczas wyborów środka kadencji, a stanowisko polityków wobec AI i utraty miejsc pracy ma stać się jednym z kryteriów udzielania im poparcia.
Shuler deklaruje, że jej opór to nie jest sztuka dla sztuki i postawa antytechnologiczna. Jak twierdzi, jej sprzeciw dotyczy „nieuregulowanej, nieokiełznanej AI”, a nie samej technologii. To z pozoru drobne rozróżnienie może stać się jednym z najważniejszych politycznych podziałów następnej dekady. Czy już wkrótce przestanie obowiązywać dwugłos: nie „za AI” kontra „przeciw AI”, a pojawi się dylemat: AI jako infrastruktura prywatnej władzy kontra AI podlegająca negocjacji społecznej?
Co ciekawe, także dane MOP dostarczają argumentów dla takiej perspektywy. Najnowsze badania organizacji wskazują, że wpływ generatywnej AI jest silnie zróżnicowany, a najbardziej wystawione na zmiany bywają zawody o dużym udziale pracy poznawczej i administracyjnej. ILO szczególnie podkreśla potrzebę dialogu społecznego przy wdrażaniu technologii.
Andrea Bartz. Jedna pisarka przeciwko modelowi językowemu
Jeszcze lepiej zmianę natury konfliktu widać w historii Andrei Bartz. Autorka bestsellerowych thrillerów dowiedziała się, że pirackie kopie jej książek znalazły się w zbiorach wykorzystywanych przez systemy AI. Jak mówi „Time’owi”, kiedy zobaczyła maszyny produkujące całe strony naśladujące wypracowywany latami styl, poczuła się, jakby dostała „cios w brzuch”.
Bartz została jedną z głównych powódek w pozwie zbiorowym przeciwko Anthropic. Sprawa zakończyła się ugodą wartą 1,5 mld dolarów. Reuters opisuje ją jako największą tego rodzaju ugodę dotyczącą praw autorskich; objęci nią autorzy i wydawcy mogli otrzymywać pieniądze za książki pochodzące z pirackich zbiorów. Sprawa Bartz nie rozstrzygnęła, że samo trenowanie modeli na książkach chronionych prawem autorskim jest nielegalne. Wręcz przeciwnie: amerykańskie sądy zaczęły dopuszczać możliwość uznania treningu na legalnie pozyskanych materiałach za fair use. Granica została postawiona przede wszystkim przy pozyskiwaniu i przechowywaniu pirackich kopii.
To subtelność prawna, ale gospodarcza różnica jest fundamentalna. Jeżeli modele przyszłości mają pochłaniać znaczną część światowej produkcji intelektualnej, pytanie o pochodzenie tych danych może zdecydować o tym, czy powstanie gigantyczny rynek licencjonowania treści, czy równie gigantyczny konflikt prawny.
Bartz znalazła się na liście dlatego, że nazwisko jednej pisarki stało się nazwą precedensowej sprawy. To wręcz podręcznikowy przykład wpływu bez napisania ani jednej linii kodu.
Lista outsiderów jest ważniejsza niż lista prezesów
Oczywiście rdzeń TIME100 AI nadal tworzą ludzie bezpośrednio budujący technologię i piszący ów wspomniany przed chwilą kod.
Sam Altman, Greg Brockman i Mark Chen reprezentują OpenAI. Są Dario i Daniela Amodei z Anthropic, Elon Musk, Arvind Krishna z IBM, Larry Ellison, Jeff Bezos, szef AWS Matt Garman, Ali Ghodsi z Databricks, Eddie Wu z Alibaba, przedstawiciele Huawei, SMIC i ByteDance. W kategorii innowatorów znajdziemy m.in. twórców Cursor, Moonshot AI, Cerebras, Harvey czy Suno.
Ale właśnie nazwiska z obrzeży tej grupy są dla nas najciekawsze. Pokazują, że infrastruktura AI składa się dziś już nie tylko z GPU, modeli i centrów danych. Składa się również z sądów, związków zawodowych, Hollywood, prawa autorskiego, organizacji międzynarodowych, polityki wyborczej i praw do własnego ciała oraz wizerunku.
To naturalny etap dojrzewania technologii. Kiedy samochód był eksperymentem inżynierskim, najważniejszy był jego konstruktor. Kiedy samochodów pojawiły się miliony, równie ważni stali się ludzie projektujący drogi, przepisy ruchu, ubezpieczenia, podatki, normy bezpieczeństwa i miasta.
AI właśnie przekracza podobną granicę.
A gdzie jest Polska?
W edycji TIME100 AI 2026 nie natknęliśmy się na osobę, która byłaby Polką, Polakiem tudzież przedstawicielką polskiej organizacji.
W 2025 roku na TIME100 AI znalazł się Jakub Pachocki, urodzony w Polsce chief scientist OpenAI, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego i jedna z kluczowych postaci stojących za GPT-4 oraz linią modeli rozumujących OpenAI. „Time” opisywał go jako człowieka wyznaczającego kierunki badań firmy i przypominał jego rolę w przesunięciu OpenAI w stronę reasoning models. Na tę samą listę trafił również Mati Staniszewski, współzałożyciel ElevenLabs. Rok wcześniej, w 2024 roku, wyróżniono jego wspólnika Piotra Dąbkowskiego; „Time” pisał wprost o ElevenLabs jako startupie założonym przez dwóch polskich przyjaciół.
Tym bardziej tegoroczna nieobecność jest dostrzegalna. I domaga się słowa komentarza
Pierwszy komentarz może wybrzmieć pesymistycznie: Polska wciąż nie zbudowała organizacji AI o globalnej sile porównywalnej z OpenAI, Anthropic, DeepMind, Mistral, ByteDance czy największymi chińskimi laboratoriami. Mamy świetnych informatyków, badaczy i przedsiębiorców, ale najgłośniejsze polskie nazwiska osiągają globalny wpływ zazwyczaj już wewnątrz organizacji zbudowanych poza Polską. Modelowym przykładem jest tu właśnie Pachocki.
Drugi komentarz – tak przekornie – byłby krzepiący. A mianowicie, Polska pojawia się w światowej czołówce AI, tyle że niekoniecznie na okładkach z Samem Altmanem i Paris Hilton. W cytowanym wcześniej globalnym indeksie MOP metodologię oparto m.in. na szczegółowej klasyfikacji niemal 30 tys. zadań oraz danych pochodzących z polskiego systemu klasyfikacji zawodów. W gronie autorów znajdują się Paweł Gmyrek, Karol Kamiński, Filip Konopczyński, Agnieszka Ładna i Konrad Rosłaniec.
To w sumie całkiem interesujący paradoks: oto bowiem nie mamy przedstawiciela na TIME100 AI 2026, a jednocześnie polscy badacze współtworzą jedno z ważniejszych międzynarodowych narzędzi pozwalających mierzyć skutki AI dla rynku pracy. Być może właśnie to najlepiej opisuje miejsce Polski w dzisiejszym ekosystemie: mamy ludzi zdolnych pracować na światowym poziomie, ale znacznie rzadziej instytucje zdolne koncentrować wokół siebie światową władzę technologiczną.
A lista „Time’a” jest przecież przede wszystkim listą władzy.
Najważniejsza informacja kryje się między nazwiskami
Można oczywiście potraktować TIME100 AI jak każdy ranking tego rodzaju: trochę poważnego dziennikarstwa, trochę arbitralności, trochę budowania marki i wystarczająco dużo znanych nazwisk, żeby okładka sprzedała magazyn. Sama redakcja „Time” otwarcie przyznaje, że nie istnieje jedna matematyczna miara wpływu. Tegoroczny wybór poprzedziły miesiące pracy reporterów i konsultacje ze źródłami oraz ekspertami. Ale jeśli potraktować listę jak dokument epoki – a właściwie, czemu by jej tak nie potraktować – to wyłania się z niej ważna historia.
W pierwszej fazie rewolucji AI pytaliśmy: kto zbuduje najlepszy model?
Potem zadaliśmy pytanie: kto zdobędzie wystarczająco dużo GPU?
Teraz dochodzi cały wachlarz nowych zagadek: kto będzie właścicielem danych? Kto otrzyma pieniądze za automatyzację? Czy model może przeczytać książkę bez płacenia autorowi? Czy może skopiować aktora? Czy wolno wygenerować cudze nagie ciało? Czy pracownik ma prawo wiedzieć, że algorytm ocenia jego pracę? Czy państwo może zatrzymać rozwój superinteligencji? I kto właściwie ma prawo odpowiedzieć na wszystkie te pytania?
Dlatego Paris Hilton na okładce TIME100 AI wcale nie jest dziwactwem. Jest znakiem, że sztuczna inteligencja stała się zbyt ważna, zbyt powszechna, zbyt wszechobecna, by pozostawić ją wyłącznie ludziom zajmującym się sztuczną inteligencją.