Planujemy wykorzystać nasze urządzenie do poszukiwania zatopionych szwedzkich okrętów – Łukasz Porzuczek (Grupa GeoFusion)

planujemy wykorzystac nasze urzadzenie do poszukiwania zatopionych szwedzkich okretow lukasz porzuczek grupa geofusion
Udostępnij:
Firma GeoFusion od 2017 roku zajmuje się usługami związanymi z badaniem gruntu, a od 2012 roku wykonuje również badania dna morskiego. Innowacyjna na skalę europejską maszyna, którą zbudowała firma kosztowała 6,5 mln złotych. Projekt został sfinansowany dzięki unijnej pożyczce. O całym przedsięwzięciu rozmawiamy z Łukaszem Porzuczkiem, prezesem spółki Grupa GeoFusion.

Czy praca w pańskiej firmie jest niebezpieczna?

Łukasz Porzuczek: Jeśli dba się o przestrzeganie procedur bezpieczeństwa, to nic złego nie powinno się stać. My dbamy bardzo, więc nie mieliśmy dotąd wypadków, ale wiem, że konkurencyjne firmy w Europie zaliczyły kilka eksplozji.

Skąd u pana zainteresowanie tym, co kryje dno Bałtyku?

Paradoksalnie wszystko zaczęło się na lądzie. Wykonywałem zlecenia przy wykopaliskach archeologicznych. Posiadane przez nas urządzenie pozwala „zajrzeć” w głąb gruntu bez wykonywania pracochłonnych wykopów. Rozmawiając ze specjalistami i zdobywając doświadczenie zrozumiałem, że nasz sprzęt idealnie nadaje się także do badania morskiego dna w poszukiwaniu niewybuchów, niewypałów i innych powojskowych niespodzianek. Bardzo szybko odkryłem, że to gospodarczo obszar praktycznie nie zagospodarowany, a potrzeby są całkiem spore.

Co było dalej?

Najpierw działaliśmy w okolicach Darłowa. Pierwsze komercyjne zlecenie otrzymaliśmy w 2012 roku i krok, po kroku byliśmy w tym coraz lepsi. Zaczęliśmy rozważać konstrukcję sprzętu, który lepiej będzie sprawdzał się przy naszej pracy.

Mówimy tu o poszukiwaniu wybuchowych pamiątek po II wojnie światowej, czy są to też nowsze obiekty?

Bardzo różnie, na przykład w okolicach Darłowa to najczęściej pozostałości po II wojnie, ale pracujemy też na rzecz klienta z okolic Gdyni, który ma koncesję na wydobywanie z dna morskiego kruszywa. Tak się złożyło, że wydobycie odbywa się na pograniczu morskich poligonów: poniemieckiego i współczesnego. Tam niewybuchy są jak skwarki w kaszy.

Co jeszcze znajdujecie?

Nasze urządzenie świetnie nadaje się do poszukiwania wraków i innych dużych obiektów zakopanych w mule.

To może i skarbów?

Właściwie tak. Właśnie myślimy nad tym, by wykorzystać nasze urządzenie do poszukiwania zatopionych szwedzkich okrętów, które w czasie „potopu” wywoziły z Rzeczpospolitej zagrabione dobra.

Cały czas się zastanawiam, kto jeszcze może potrzebować waszych usług? O podwodnych kopalniach już wiemy. Kim jeszcze są pana klienci?

Koncesjonariusze budujący farmy wiatrowe. To działalność, która u nas dopiero raczkuje, ale wiem, że za chwilę nastąpi wysyp takich farm. Wymaga tego poszukiwanie alternatywnych dla węgla źródeł energii. Poza tym zarządcy portów, Urzędy Morskie, a już wkrótce być może Muzeum Archeologiczne w Gdańsku.

Tworząc urządzenie do badania dna morskiego, wykorzystaliście swoje doświadczenia i zbudowaliście coś, czego zazdrości wam konkurencja. Jak zwykle jednak, by powstał ten sprzęt, potrzebne były środki. Postanowiliście skorzystać z pożyczki unijnej  na innowacje. O jakich kwotach mówimy?

Skonstruowanie naszego unikalnego w europejskiej skali urządzenia kosztowało 6,5 mln zł.

Kupa pieniędzy.

Dokładnie, a do tego potrzebna jest jeszcze jednostka pływająca, która holuje urządzenie badawcze. Najpierw myśleliśmy o dotacji. Jednak, gdy zbadaliśmy temat, okazało się, że procedury pozyskania środków zajmą tyle czasu, że wynikającą z tego korzyść przewyższą potencjalne straty, wynikające z sumy potencjalnie utraconych zleceń. Wedle naszych wyliczeń starania o dotację mogły potrwać nawet dwa lata. Wtedy pojawił się pomysł pożyczki na innowacje. Okazało się, że to dużo bardziej elastyczne rozwiązanie.

Ktoś wam pomógł w uzyskaniu tej pożyczki?

Tak. Specjaliści z Towarzystwa Inwestycji Społeczno-Ekonomicznych z Gdańska, podmiotu działającego na podstawie umowy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, pomogli nam sporządzić wniosek i przejść przez procedurę. Było z tym trochę zachodu, ale bez porównania mniej niż przy staraniach o dotację, czy o komercyjny kredyt.

Czy spłata tej pożyczki to duże obciążenie dla budżetu firmy?

Obciążenie jest dość duże, bo nasz system nie wykorzystuje jeszcze pełni swoich mocy przerobowych. W tej chwili czekamy na boom na rynku farm wiatrowych. Jestem jednak pewien, że wkrótce pracy będzie aż za dużo, bo koniunktura dla tych projektów jest coraz lepsza. Ale i tak raty tej pożyczki są zdecydowanie niższe od tych, które w najlepszym razie uzyskalibyśmy w bankach komercyjnych, więc pożyczka unijna zwycięża bezapelacyjnie.

Poleciłby pan innym przedsiębiorcom tę formę finansowania?

Zdecydowanie tak. Trzeba jednak pamiętać, że to rozwiązanie dla przedsiębiorców, którzy chcą zrobić naprawdę coś innowacyjnego.

Artykuł powstał we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego