Porzuciłem zarządzanie software housem, by pomagać uchodźcom – Kuba Lang (Od Granicy do Mieszkania)

Dodane: 10.06.2022

Kasia Krogulec

Udostępnij:

– Zakładanie fundacji jest podobne do zakładania startupu. Na koniec dnia jest to – w dużym uproszczeniu – firma usługowa, bo masz zespoły, które coś produkują. W naszym przypadku jest to pomaganie szpitalom w Ukrainie, czy wspomaganie ukraińskiej szkoły w Polsce – mówi Kuba Lang, współzałożyciel i prezes fundacji Od Granicy do Mieszkania.
Powołana w marcu br. fundacja OGDM „Od Granicy do Mieszkania”, od początku ataku Rosji na Ukrainę pomaga uciekającym stamtąd matkom i ich dzieciom. W Polsce wspiera ich w procesie asymilacji i rozpoczęciu edukacji. Pomaga też ukraińskim szpitalom, zaopatrując tamtejszą służbę zdrowia w niezbędne artykuły oraz sprzęt medyczny. Strategia fundacji opiera się na działaniach pomocowych opartych na piramidzie potrzeb Maslowa.

Po 3 miesiącach działalności OGDM zrzesza dynamicznie rosnącą grupę wolontariuszy z całego świata, w tym przedsiębiorców, prawników, pracowników korporacji, artystów czy nauczycieli. Kładzie nacisk na pomoc najmłodszym, doświadczającym tragicznych skutków kryzysu humanitarnego. Na początek chce uratować 100 tys. ukraińskich dzieci oraz ich matek.   

Od Granicy do Mieszkania prowadzi też fundraising – w tym poprzez donacje w kryptowalutach – chcąc pozyskać na rozwój, realizację celów statutowych i dalszą kompleksową pomoc fundusze w wysokości 15 mln dolarów.

W chwili wybuchu wojny w Ukrainie, jedni spontanicznie zaczęli przyjmować pod swój dach uchodźców, a Ty, chyba dość spontanicznie zdecydowałeś się zrezygnować z prowadzenia własnego software house’u. Dlaczego akurat taka decyzja?

Kuba Lang: Kiedy usłyszałem, co dzieje się na granicy polsko-ukraińskiej, postanowiłem rzucić wszystko i jechać tam, by pomagać. W międzyczasie poznałem ludzi, z którymi po kilku tygodniach stworzyłem fundację. Dwaj moi przyjaciele tworzyli ze mną projekt OGDM od samego początku – Antoni Rybiński (wiceprezes fundacji) i Michał Kaczmarek (przewodzi Radzie). Zrozumieliśmy, że budowanie teraz biznesu nie jest tak ważne, jak ratowanie ludzi.

Poza tym mam też osobiste pobudki. Mój dziadek, który przeżył siedem obozów koncentracyjnych, życzył mi, żebym nigdy nie doświadczył wojny i żeby moja córka była zawsze zdrowa. Dorastałem w aurze opowieści wojennych. A w domu, w którym się wychowałem, moja rodzina ukrywała Żydów. Te doświadczenia okazały się motorem napędowym do zmiany mojego życia.

Czy już wiesz, że Fundacja to Twój plan na życie, czy jednak jest możliwość, że wrócisz kiedyś do biznesu?

Odkryłem swoje powołanie, jeżeli chodzi o pomaganie innym, ale nie wykluczam, że nadal w jakimś stopniu będę związany z biznesem. Widzę, jak ten bagaż doświadczeń zawodowych i nawiązane do tej pory relacje przekładają się na niesienie pomocy i możliwości, jakie w tym kontekście mam. Postanowiłem to wykorzystać.

Zrezygnowałeś tylko z zarządzania firmą, czy całkowicie ją porzuciłeś?

Całkowicie ją porzucam, ponieważ sprzedaję w niej udziały. Niemniej – jest to dłuższy proces, wymagający czasu.

Jak zareagowali Twoi bliscy na wieść o rzuceniu pracy?

Moja najbliższa rodzina wspiera mnie od początku, jednak oczywiście pojawiały się pytania, czy to ma sens pod kątem finansowym. Nie ukrywam, że decyzja nie była łatwa.

Bardzo dobrą książką – pomagającą podejmować takie decyzje – jest „The Infinite Game” Simona Sineka. Sinek pisze, że niektóre decyzje czy rozgrywki są bardzo proste, zero-jedynkowe, tak jak mecz futbolu. Z dr    ugiej strony, czy można wygrać życie? Nie da się. Czy można być bardzo dobrym rodzicem? Przez cały czas na pewno nie, można się tylko starać.

Dopiero wchodzę w swój „pik” produktywności i kariery, jeszcze wiele może się wydarzyć. Jest mi łatwiej podjąć decyzję o zmianie drogi zawodowej w tym momencie życia, bo wiem, że jeszcze dużo przede mną, a jednocześnie dużo dobrych rzeczy mogę zrobić.

Fundacja działa na frameworku firm konsultingu strategicznego. Co to w praktyce oznacza?

Jest to podejście bazujące na pracy z dużą liczbą danych i hipotez. Dzięki temu generujemy i dostarczamy rozwiązania znacznie szybciej niż mogłaby to zrobić tradycyjnie działająca firma. Dla przykładu, w kontekście trwającej wojny w Ukrainie – najpierw zidentyfikowaliśmy problem, czyli przeładowane granice. Mieliśmy kilka hipotez, w jaki sposób ludzi z granic można przewozić szybciej, a przy okazji zapewnić im też nocleg. Bardzo jasno określiliśmy cele i równie szybko testowaliśmy te hipotezy. Sprawdzaliśmy między innymi, czy wynajmowanie autobusów jest najlepszym rozwiązaniem, bo w takim przypadku mamy przecież dwa razy większą liczbę osób, które jest trudniej rozlokować.

Sami kreujemy strategię działania, mając na uwadze dynamikę sytuacji wojennej. Przy czym jest dla nas priorytetowe, by jak najszybciej ją wdrożyć.

Skąd czerpaliście wiedzę, jak ma wyglądać Fundacja?

Założyliśmy, że jesteśmy w stanie w bardzo szybkim tempie dużo się nauczyć. Poza tym ważny jest network. Nie zastanawialiśmy się kogo potrzebujemy. Ważniejsze było dla nas to, że ktoś chce z nami współpracować. Jasno sprecyzowaliśmy nasze potrzeby oraz zweryfikowaliśmy, kto jakimi umiejętnościami dysponuje. Dużą przyjemność i satysfakcję sprawia nam praca bezpośrednio z ludźmi.

W jaki sposób Fundacja pozyskuje środki dla potrzebujących i na własne funkcjonowanie?

Obecnie są to donacje płynące bezpośrednio na nasze konto w złotych, dolarach lub euro. Mamy w planach zbierać fundusze również  w kryptowalutach. 70% środków pozyskujemy z zagranicy. W tej chwili pieniądze są w minimalnym stopniu przeznaczane na działania własne fundacji. Biuro, w którym pracujemy, dzięki naszemu partnerowi, mamy za darmo. Poza tym będziemy starać się oczywiście o granty i dotacje.

Czy koordynowanie pracy Fundacji ma coś wspólnego z zarządzaniem software housem? Czy musiałeś się czegoś nauczyć?

Zakładanie fundacji jest podobne do zakładania startupu. Na koniec dnia jest to – w dużym uproszczeniu – firma usługowa, bo masz zespoły, które coś produkują. W naszym przypadku jest to pomaganie szpitalom w Ukrainie, czy wspomaganie ukraińskiej szkoły w Polsce. Mamy różne programy. Oprócz tego jest dział kadr, finansów i marketingu, które są podobne do tych w software house’ie. Ciągle się uczymy, a zdobyte doświadczenie przekuwamy na kolejne plany. Ważna jest hiper-komunikacja i upewnianie się, że wszyscy zgadzają się z celami fundacji.

Co warto podkreślić, mamy kompletnie inny setup, jeśli chodzi o motywacje ludzi, bo duża część osób chce po prostu pomagać. Na dłuższą metę musi być to jednak w odpowiedni sposób zrekompensowane. Część wolontariuszy zostaje z nami tylko na krótki czas, ale i tak zostawia za sobą ogromny ślad, za co jesteśmy bardzo wdzięczni. Dzięki temu możemy iść te kilka kroków do przodu.

Jak wpływa na was psychicznie praca w Fundacji?

Co-founder OGDM stwierdził – pod czym w stu procentach mogę się podpisać – że naszym celem i marzeniem jest, żebyśmy nie musieli istnieć. Ale ponieważ potrzeba pomocy nadal istnieje, czujemy się ciągle zmotywowani. Tych emocji w pierwszych tygodniach było bardzo dużo, bo czuliśmy się bezsilni, zrozpaczeni i smutni. Musimy jednak twardo stąpać po ziemi. To, że udaje się pomóc przekłada się na ogrom satysfakcji. I to właśnie  w naszym przypadku jest taki trigger dopaminy, jak sprzedany projekt w świecie biznesu.

Czy tę pracę ma się cały czas w głowie?

Na samym początku nie dało się odciąć, większa część z nas miała problemy choćby z zasypianiem. Organizowaliśmy transporty dla ludzi, którzy byli daleko na wschód Ukrainy i idąc spać nie byliśmy pewni, czy jak się nad ranem obudzimy, oni będą jeszcze żyć. Wiedzieliśmy jednak, że to nie jest sprint, a raczej maraton. Po tych 100 dniach wojny nauczyliśmy się odnajdywać zdrową granicę między fundacją a życiem prywatnym. Nie da się pomóc każdemu, dlatego mamy bardzo jasno określone projekty pomocowe.

Jakie plany ma Fundacja?

Obecnie skupiamy się na jeszcze większym wsparciu szpitali w Ukrainie, m.in. poprzez dostarczanie tam artykułów medycznych. Współpracujemy w tej kwestii z grupą wolontariuszy, która tworzy siostrzaną fundację za granicą, tj. OGDM w Stanach Zjednoczonych. Oni pracują nad tym, żebyśmy stali się legalnym bytem w USA i mogli pozyskiwać jeszcze więcej – nie tylko pieniędzy, ale i pomocy medycznej.

Finalizujemy też umowę dotyczącą projektu ukraińskiej szkoły letniej w Warszawie. Warto, żeby dzieci z Ukrainy szły swoim programem edukacyjnym, nie polskim. Chcemy na początek poprowadzić szkołę dla najmłodszych dzieci i zweryfikować, czy ten projekt się uda.

W planach mamy też stworzenie bazy mieszkań dla ukraińskich rodzin, bo zauważalne – i w pełni zrozumiałe jest – że grupa osób gotowych wynajmować mieszkania Ukraińcom  jest coraz mniejsza. Pierwsza fala niesienia pomocy powoli mija. Poza tym Polacy nie są gotowi, by na dłuższą metę  wynajmować mieszkania komuś, kto nie ma stałego przychodu. Na początek myślimy o zorganizowaniu bazy 5-10 mieszkań dla potrzebujących.

 

icon-112px-padlock Created with Sketch.

Dołącz do naszego newslettera lub podaj swój adres, jeśli już jesteś naszym subskrybentem