Warszawa, 7 września 2026 roku.
Przed siedzibą Ministerstwa Cyfryzacji stoją roboty.
Nie metaforycznie. Nie są to pracownicy przebrani za C-3PO ani aktywiści w srebrnych kombinezonach. Około trzydziestu maszyn ustawiono w równych rzędach. Niektóre trzymają biało-czerwone flagi. Padają hasła: „chcemy regulacji, chcemy zasad, chcemy prawa”, „pora na zasady”, „nie czekajcie, regulujcie, brońcie miejsca pracy”.
Scena wygląda tak, jakby ktoś skrzyżował demonstrację „Solidarności” z Metropolis Fritza Langa, a następnie poprosił sztuczną inteligencję o wygenerowanie storyboardu do filmu reklamowego. Tyle że to dzieje się naprawdę. Roboty przyjechały pod ministerstwo, aby ostrzec ludzi przed robotami. I być może właśnie dlatego warto potraktować je poważnie…?
Proletariusze z baterią litowo-jonową
Historia technologii pełna jest maszyn, których ludzie najpierw się bali, potem nauczyli się używać, a wreszcie przestawali zauważać. Wystarczy wspomnieć chociażby mechaniczne krosno, lokomotywa, taśma produkcyjna, a nawet i komputer osobisty czy internet. Każda z tych technologii miała nieść ze sobą apokalipsę dla ludzi. Nic więc dziwnego, że ci ostatni przeciwko technologiom się burzyli.
Najbardziej spektakularnie protestowali luddyści, angielscy robotnicy niszczący na początku XIX wieku maszyny włókiennicze. W potocznej pamięci zostali karykaturą człowieka, który próbuje zatrzymać postęp młotkiem. To jednak uproszczenie. Luddyści nie prowadzili wojny z technologią jako taką. Walczyli przede wszystkim z modelem ekonomicznym jej zastosowania: z obniżaniem płac, degradacją kwalifikacji i utratą kontroli nad własną pracą.
Dwieście lat później młotki zostały w domu, a na demonstrację przyszły maszyny.
Akcję zorganizował Democratism, przedstawiający się jako ruch społeczny na rzecz debaty o wpływie AI i robotyzacji na rynek pracy. Jego deklaracja programowa jest ostrożna: automatyzacji nie da się zatrzymać, ale można próbować ustalić zasady, według których będzie wprowadzana. Trudno więc uznać, że protest był buntem przeciwko technologii. Mówiąc dokładniej, był buntem przeciwko pozostawieniu technologii samej sobie.
Kto trzyma pilota?
Democratism nie pojawił się znikąd. Jak ustaliła Gazeta.pl, za inicjatywą stoi Delta Robots — firma zajmująca się m.in. wynajmem robotów na wydarzenia. Partnerem merytorycznym ruchu jest Weegree, spółka-matka Delta Robots i przedsiębiorstwo działające na rynku pracy. Sama strona Democratism wymienia oba podmioty jako partnerów. Mamy więc do czynienia z paradoksem, który Philip K. Dick mógłby umieścić w fabule jednej ze swoich powieści. Sami przyznajcie – „firma zarabiająca na robotach organizuje protest robotów ostrzegających przed robotami”, to brzmi chwytliwie.
Można oczywiście wzruszyć ramionami i uznać całość za PR-owy happening. Organizator Grzegorz Kuliś zresztą nie ukrywał w rozmowie z Gazeta.pl, że akcja ma również walor wizerunkowy. Jednocześnie argumentował, że firmy funkcjonujące jednocześnie na rynku pracy ludzkiej i humanoidalnej widzą nadchodzącą zmianę wcześniej niż większość społeczeństwa. Interesujące jest to, że przedsiębiorcy sprzedający robotyzację zaczynają publicznie pytać, jakie będą jej społeczne koszty. To trochę tak, jakby producenci samochodów w 1908 roku wyszli na ulicę, żądając od władz kodeksu drogowego.
Być może mieliby w tym interes. Ale nie znaczyłoby to jeszcze, że sygnalizacja świetlna jest złym pomysłem.
Pięć milionów stanowisk
Demonstrujące humanoidy w miejskim krajobrazie są atrakcyjnym obrazkiem. Z łatwością przebijają się do mediów, czego dowodem choćby ten skromny tekst. O wiele trudniej ze zwróceniem uwagi mają suche dane. Dlatego my pozwolimy sobie je Wam zaprezentować, drogie czytelniczki i czytelnicy. Otóż – NASK i Międzynarodowa Organizacja Pracy zbadały podatność polskiego rynku pracy na generatywną AI. Wynik nie brzmi jak science fiction. 30,3 proc. miejsc pracy w Polsce — około 5,08 mln stanowisk — wykazuje pewien stopień podatności na automatyzację lub transformację związaną z GenAI. W przypadku około 817,5 tys. pracowników, czyli 4,9 proc. zatrudnionych, podatność jest najwyższa: znaczna część wykonywanych przez nich zadań może zostać zautomatyzowana.
Najbardziej narażeni nie są przy tym górnicy pracujący z kilofem ani robotnicy przy taśmie. Są nimi między innymi pracownicy biurowi.
To jedna z osobliwości obecnej rewolucji technologicznej. Przez dziesięciolecia wyobrażaliśmy sobie automatyzację jako stalowe ramię zabierające pracę człowiekowi w fabryce. Tymczasem pierwsza wielka fala generatywnej AI weszła nie przez bramę zakładu przemysłowego, lecz przez ekran laptopa. Międzynarodowe dane pokazują podobny obraz. Według ILO jedna czwarta pracowników na świecie wykonuje zawód w jakimś stopniu wystawiony na działanie generatywnej AI. Jednocześnie organizacja podkreśla coś, co ginie w nagłówkach o „końcu pracy”: bardziej prawdopodobna jest transformacja zawodów niż ich całkowite zniknięcie.
To niby dobrze, że AI może nie zabrać księgowej całej pracy. Ale to wciąż oznacza, że może zabrać jej 30 procent zadań. I wtedy rozpoczyna się prawdziwa ekonomia automatyzacji.
Czy dzięki temu księgowa będzie pracowała sześć godzin zamiast ośmiu za tę samą pensję? Czy wykona więcej pracy w osiem godzin? Czy firma będzie potrzebowała siedmiu księgowych zamiast dziesięciu? Czy trzech pozostałych zostanie analitykami? A może – bezrobotnymi?
Technologia sama nie odpowiada na żadne z tych pytań. Odpowiadają na nie właściciele przedsiębiorstw, rynek pracy, związki zawodowe, system edukacji i państwo.
Marx miał robota, Chaplin miał śrubokręt
Charlie Chaplin w Dzisiejszych czasach z 1936 roku stoi przy taśmie i dokręca śruby tak długo, aż sam zaczyna zachowywać się jak element maszyny. To jedna z najbardziej przenikliwych scen w historii kina o technologii, choć nie występuje w niej ani komputer, ani algorytm. Problemem Chaplina nie jest bowiem maszyna. Problemem jest podział korzyści wynikających z jej zastosowania.
Ta sama kwestia powraca dziś w znacznie bardziej wyrafinowanej postaci. Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacował, że sztuczna inteligencja może oddziaływać na około 40 proc. światowego zatrudnienia, a w gospodarkach rozwiniętych nawet na około 60 proc. stanowisk. W części przypadków będzie zwiększać produktywność człowieka. W innych może ograniczać zapotrzebowanie na pracę, presję płacową albo liczbę zatrudnianych osób.
World Economic Forum przedstawia jeszcze bardziej paradoksalny rachunek. Do 2030 roku wielkie trendy gospodarcze i technologiczne mogą doprowadzić globalnie do powstania około 170 mln nowych miejsc pracy, jednocześnie wypierając około 92 mln istniejących. Bilans pozostaje dodatni: 78 mln stanowisk. Tyle że, przyznacie sami, bilans makroekonomiczny jest kiepskim pocieszeniem dla człowieka, którego zawód znalazł się po niewłaściwej stronie tabeli.
Co więcej, według badanych przez WEF pracodawców robotyka i systemy autonomiczne mają być spośród analizowanych technologii największym netto czynnikiem wypierającym zatrudnienie — z szacowanym bilansem około minus 5 mln miejsc pracy. Dlatego zdanie „technologia stworzy więcej miejsc pracy, niż zniszczy” może być jednocześnie prawdziwe i społecznie niewystarczające. Operator wózka widłowego nie zostaje automatycznie inżynierem robotyki tylko dlatego, że w statystyce jeden zawód zniknął, a drugi powstał.
Pomiędzy tymi dwoma punktami znajduje się człowiek.
„Najpierw człowiek, później maszyna”
Do demonstrantów wyszedł minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Powiedział, że człowiek powinien pozostawać w centrum transformacji technologicznej i że algorytm nie może przejmować nad nim decyzyjności. Podsumował swoje stanowisko prostą formułą: „najpierw człowiek, później maszyna”.
Zgrabnie, nieprawdaż
Ale rok 2026 jest już momentem, w którym deklaracje zaczynają być mniej interesujące od architektury instytucjonalnej. Unia Europejska posiada AI Act. Systemy AI wykorzystywane w zatrudnieniu — między innymi przy rekrutacji, awansach, ocenie pracowników czy decyzjach dotyczących rozwiązania stosunku pracy — mogą należeć do kategorii wysokiego ryzyka. Powód jest prosty: algorytm decydujący o czyjejś karierze nie jest odpowiednikiem filtra upiększającego zdjęcie. Może wpływać na dochody, perspektywy zawodowe i podstawowe prawa człowieka.
Polska również wykonała już ważny krok legislacyjny.
I tutaj trzeba sprostować jeden szczegół pojawiający się w relacji Gazeta.pl z demonstracji. Ustawa o systemach sztucznej inteligencji nie jest już jedynie projektem „procedowanym w Sejmie”. Sejm uchwalił ją 11 czerwca, następnie rozpatrzył poprawki Senatu 3 lipca, prezydent podpisał ustawę 24 lipca 2026 roku, a akt został opublikowany w Dzienniku Ustaw pod pozycją 1003. Ustawa tworzy krajowe ramy nadzoru nad systemami AI i przewiduje m.in. Komisję Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji.
Ale to nadal nie rozwiązuje pytania postawionego przez roboty pod ministerstwem. Bo regulacja AI nie jest tym samym co polityka wobec automatyzacji pracy. Możemy stworzyć doskonale bezpieczny, transparentny i zgodny z prawem system AI, który jednocześnie pozwoli przedsiębiorstwu zwolnić jedną trzecią personelu.
I żaden audyt algorytmu tego problemu nie rozwiąże.
Radio, które zwolniło ludzi przed premierą przyszłości
Polska zdążyła już zresztą przeprowadzić niewielki eksperyment społeczny. W 2024 roku OFF Radio Kraków zastąpiło część współpracowników wygenerowanymi przez AI „prowadzącymi”. Eksperyment stał się głośny między innymi po wyemitowaniu wygenerowanego wywiadu z nieżyjącą Wisławą Szymborską. Po fali krytyki projekt zakończono.
Czytaj także: Dawna stolica staje się stolicą współczesnych kontrowersji: w OFF Radiu Kraków dziennikarzy zastąpiono… AI
Podczas warszawskiej demonstracji Gawkowski właśnie ten przypadek przywołał jako przykład sytuacji, w której państwo reagowało na zastosowanie AI. Był to drobny epizod, ale w miniaturze zawierał niemal cały przyszły spór.
Technologia działała, mogła być atrakcyjna ekonomicznie, ale prawnie pojawiały się pytania, a społecznie wywołała opór. I nagle okazało się, że pytanie „czy AI potrafi prowadzić radio?” jest znacznie mniej interesujące niż pytanie: czy chcemy radia, które może być prowadzone bez ludzi? Odpowiedź już znamy akurat w tym wypadku (nie, nie chcemy).
Migranci przypłyną w kontenerach
Najbardziej prowokacyjne zdanie warszawskiej demonstracji wypowiedział jednak nie robot i nie minister. Grzegorz Kuliś zwrócił uwagę, że Polska od lat prowadzi gwałtowne debaty dotyczące migracji, tymczasem przyszła konkurencja na rynku pracy może pojawić się w zupełnie inny sposób: cyfrowo, „kablami po Atlantyku” jako agenci AI albo fizycznie, w kontenerach z robotami humanoidalnymi z Chin.
Metafora jest efektowna, choć wymaga ostrożności.
Robot nie jest migrantem. Nie posiada praw politycznych, rodziny, potrzeb społecznych ani interesu obywatelskiego. Porównanie człowieka migrującego w poszukiwaniu pracy z maszyną może prowadzić na intelektualne manowce. Ale ekonomiczna intuicja ukryta pod prowokacją jest interesująca. Globalizacja XX wieku pozwoliła przenosić produkcję tam, gdzie praca była tańsza. AI może częściowo odwrócić ten mechanizm. Jak? Nie trzeba będzie przenosić fabryki do tańszego pracownika. Można sprowadzić tańszego „pracownika” do fabryki. Albo do biura.
Albo nie sprowadzać go wcale, bo będzie działał w chmurze.
Kto powinien protestować?
Pod koniec Metropolis Fritza Langa pojawia się słynna sentencja: pośrednikiem między głową a rękami musi być serce. Film powstał w 1927 roku. Prawie sto lat później brzmi naiwnie, ale problem pozostał zadziwiająco podobny. Mamy „głowę”: algorytmy coraz sprawniej planujące, analizujące i podejmujące decyzje. Mamy „ręce”: roboty coraz sprawniej poruszające się w świecie zbudowanym dla człowieka.
Brakuje odpowiedzi na pytanie, kto ustali reguły ich współpracy. Na razie pod Ministerstwem Cyfryzacji odpowiedzi domagało się trzydzieści maszyn. Stały grzecznie w szeregu, trzymając flagi.
To oczywiście był spektakl.
Ale historia technologii zna spektakle, które z czasem zaczynały wyglądać jak próby generalne. Największym błędem byłoby więc potraktowanie warszawskiej demonstracji jako dowodu, że roboty zaczęły mieć poglądy. To ludzie, którzy sprowadzają roboty na rynek pracy, uznali, że nadszedł moment, aby zacząć rozmawiać o tym, co stanie się z ludźmi.
A to już nie jest science fiction.