W świecie polskich startupów, gdzie marzenia o potędze częściej niż w Dolinie Krzemowej kończą się w salkach negocjacyjnych z widokiem na Wisłę, rzadko zdarza się spektakl tak widowiskowy, a zarazem tak przygnębiający. Przed państwem „Mydlana opera perowskitowa” – serial, w którym nauka jest tylko tłem dla walki o władzę, pieniądze i ocalenie twarzy.
Nie jesteście na bieżąco w tym tasiemcowym sporze? Tutaj znajdziecie najsensowniejsze streszczenie tego, co się do tej pory zadziało: Olga Malinkiewicz vs. inwestorzy: czego dowiedzieliśmy się z wywiadu w Kanale Zero?
Akt I: brazylijskie namiętności, czyli Olga i Dawid w labiryncie pożyczek
Fabuła tego toczącego się na naszych oczach spektaklu mogłaby zawstydzić scenarzystów „Niewolnicy Isaury”. W rolach głównych obsadzono postacie o skrajnie różnych temperamentach. Mamy Olgę Malinkiewicz – genialną fizyczkę, „złote dziecko innowacji”, która ze swoim świętym Graalem w postaci perowskitów powróciła z gorącej Hiszpanii, by w ojczyźnie, mniej gorącej, mniej kolorowej, budować świetlaną przyszłość. Adwersarzem Malinkiewicz jest Dawid Zieliński (Columbus Energy) – rzutki przedsiębiorca, król fotowoltaiki, który obiecał Oldze nie tylko miłość do technologii, ale przede wszystkim miliony na jej rozwój.
Miłe złego początki. Pierwsze odsłony późniejszego dramatu to sielanka. Ni mniej, ni więcej. Pieniądze płynęły, akcje Columbusa rosły na fali perowskitowego entuzjazmu, a nawiązanie biznesowej relacji między Saule a Columbus zdawało się być najfantastyczniejszym posunięciem, jakie mogło zdarzyć się w życiu Malinkiewicz i Zielińskiego. Jednak, jak to w telenowelach bywa, w kontraktach pojawiły się drobne druczki, a w relacjach – chłód. Malinkiewicz oskarża dziś Zielińskiego i inwestorów o to, że zamiast wspierać rozwój fabryki, założyli jej firmie finansowy kaganiec. Twierdzi, że pożyczki były instrumentem do przejęcia kontroli, a nie realną pomocą. Zieliński z kolei, niczym zdradzony, rozsierdzony, pałający gniewem kochanek, odbija piłeczkę: „zostaliśmy zauroczeni, a potem zaczęła się brutalna kwestia biznesowa”.
A tutaj znajdziecie wybór najciekawszych uwag i komentarzy o sporze Saule vs. Columbus: „Układziki”, „Messi w Barcelonie”, „patopraktyki”, „ofiara zemsty” i pytanie o brak efektów pilotaży perowskitów: najciekawsze komentarze po wywiadzie Olgi Malinkiewicz
Akt II: szpieg, który mnie kochał i spacer, którego nie było
Konflikt ten z każdą odsłoną staje się coraz bardziej groteskowy. Ale w tej grotesce jest coś innego niż w klasycznych operach mydlanych, które bawią, ale nie irytują. Patrząc na przejaskrawioną, nadekspresyjną grę aktorek i aktorów wiemy że mamy do czynienia z kampem. I jesteśmy w stanie czerpać z tego nawet pewną przyjemność (w ograniczonych dawkach, rzecz jasna). Inaczej jest w wypadku tego konfliktu. Zamiast kampu jest raczej cringe.
Olga Malinkiewicz, broniąc swego „trzeciego dziecka”, wytacza początkowo grube działa. Z jednej strony mamy emocjonalne wystąpienia w „Godzinie Zero”, gdzie naukowczyni opowiada o komornikach zostawiających jej 3000 zł na życie, z drugiej – oskarżenia o próbę wyprowadzenia technologii do Chin przez inwestorów. Pewnego rodzaju absurdem – można go uznać za element komiczny w tej dramie – jest sprawa wyroku sądowego na… 500 milionów złotych. Choć kwota ta wynikała z błędu pisarskiego sądu (miało być 5 mln), Malinkiewicz z tragicznym uśmiechem na ustach ogłosiła to światu jako dowód na systemowe niszczenie jej osoby. Groteska osiągnęła apogeum, gdy Dawid Zieliński, dzwoniąc do studia, zaprosił Olgę na „spacer w stronę Łazienek”, by bez fleszy mediów „dogadać się jak patrioci”. To już nie jest biznes, to teatr cieni, w którym argumenty merytoryczne zginęły pod ciężarem osobistych wycieczek i oskarżeń o kontakty ze wschodnimi służbami.
Akt III: wszyscy jesteśmy Olgą
Po pierwszej odsłonie wszystko zdaje się być jasne. Źli, smutni, bezduszni panowie z Columbus Energy bardzo źle potraktowali pełną dobrych intencji oraz pomysłów genialną naukowczynię. Narracja Malinkiewicz w „Godzinie Zero”, umiejętnie prowadzona przez stronniczego Krzysztofa Stanowskiego wywołuje w nas współczucie do pani Olgi. Nic więc dziwnego, że już na dwa kwadranse po zakończeniu transmisji „Godziny Zero”, polski LinkedIn płonie od ekspertyz, analiz, przestróg etc. Wszyscy od razu wszystko wiedzą i wszędzie o tym piszą.
Akt IV: lutuj mu! Lutuj!
Kilka dni po emisji widać było, że Columbus próbuje odpersonalizować spór i wprowadzić ramę „odpowiedzialnego inwestora”. Wkrótce potem pojawiła się narracja o „przejrzystości” i propozycjach rozmów (okrągłego stołu) oraz mocne tezy o braku przejścia do produkcji na skalę przemysłową. Jak przystało na magnata, pana, kogoś z wyższych sfer, Zieliński wchodzi w buty racjonalnego sponsora”, a Malinkiewicz ma zostać obsadzona jako strona „niespełnionej obietnicy”. Zaczyna on snuć narrację o „przejrzystości” i propozycjach rozmów (okrągłego stołu) oraz mocne tezy o braku przejścia do produkcji na skalę przemysłową. To klasyczna strategia: przenieść oś sporu z emocji na KPI (produkcja, komercjalizacja, „skalowalność”).
Owa „niespełniona obietnica” obiera inną drogę. Jako ta słabsza strona, decyduje się na krytykę relacji władzy, w jej wypowiedziach pojawiają się takie zwroty jak „wciągnięcie w spiralę”, konflikt o kontrolę i „sprawczość wynalazcy”. To przeciwieństwo narracji KPI — zamiast „czy produkowaliście”, mamy „kto i jak ustawia reguły gry”. Rzecz jasna, gry, w której Olga Malinkiewicz była z góry skazana na porażkę. I nie to z powodu bezdusznego fatum. Bezduszni są obaj panowie, Dawid Zieliński oraz Piotr Kurczewski. W tę emocjonalną narrację włączają się spragnione clickbaitów redakcje i publikują teksty mające prześwietlać, lustrować, wydobywać z mroku ponurego i złowrogiego Kurczewskiego.
Ta medialna eskalacja uruchamia nieobecnego do tej pory Kurczewskiego. Pod koniec grudnia pojawiła się informacja o prywatnym akcie oskarżenia przeciwko Oldze Malinkiewicz, wiązanym z jej publicznymi wypowiedziami (w tym w Kanał Zero) — czyli ruch, który jest jednocześnie narzędziem prawnym i komunikatem: „czas wziąć odpowiedzialność za słowa”. Tłem w tej odsłonie były oficjalne komunikaty spółki giełdowej oraz raportowe, w których konflikt pokazywano przez pryzmat procedur i sporów korporacyjnych.
Akt V: serio, jeszcze?
W sumie to nie wypada nam narzekać, że na tym nie kończy się ta historia. Sami się za nią wzięliśmy, to sami jesteśmy sobie winni. Bierzemy więc wdech i relacjonujemy działania odwetowe Malinkiewicz.
W połowie grudnia Zieliński komunikował w social mediach, że wystąpił o wstrzymanie egzekucji komorniczej wobec Malinkiewicz, przedstawiając to jako działanie „dla dobra spółki i technologii”. To komunikacyjnie bardzo mocny ruch: buduje obraz „twardego, ale fair” i pozwala odwrócić role (z oskarżonego w arbitra).
To się Oldze nie podoba. W styczniu 2026 wykonuje ona ruch z kategorii „przyciśnij reputacyjnie”: Malinkiewicz udostępniła nagranie dotyczące metod sprzedaży (wątek handlowców). Columbus odpowiadał, że to wewnętrzny materiał compliance, a firma nie akceptuje takich zachowań. W relacjach medialnych pojawia się też wątek działań Malinkiewicz w social mediach o charakterze performatywnym (np. akcje/formaty skierowane przeciwko konkretnym osobom). To pokazuje, że konflikt zaczął korzystać z logiki platform: „uwaga” staje się walutą, a „dowód” — treścią, która ma się klikać.
Pytacie, gdzie tu perowskity?
Nie pytajcie. Tu rzecz nie idzie już o perowskity, o tę technologię i polski miks energetyczny. Spór przestał mieć już charakter prawny, merytoryczny. Publiczna kłótnia ma działać na publiczność. Publiczna kłótnia ma być prosta: zamiast skomplikowanych analiz dotyczących stanu zaawansowania perowskitów — lepsze jest oburzenie moralne.
Akt VI: ad acta
Podobnie jak brazylijskie tasiemce, konflikt perowskitowy zdaje się nie mieć końca. Każda strona ma swoją armię prawników, swoje oświadczenia i swoją prawdę. Sprawa ugrzęzła w sądach, prokuraturach i sporach o zastawy rejestrowe na patentach. Widzimy klasyczny schemat soap opery: gdy wydaje się, że nastąpi przełom, pojawia się nowy wątek (jak np. tajemniczy doradcy czy blokowanie zbiórek na cele prawne, który skutecznie oddala nas od finału. Prawdopodobieństwo, że spór ten będzie ciągnął się latami, podczas gdy technologia perowskitowa na świecie ucieka polskim pionierom, jest niemal pewne.
Najsmutniejszym elementem tej opery jest spadające zainteresowanie widzów. My, obserwatorzy, którzy jeszcze kilka odcinków temu kibicowaliśmy Oldze Malinkiewicz jak narodowej bohaterce, dziś czujemy zmęczenie. Absurdalne zwroty akcji, wzajemne obrzucanie się błotem i brak konkretnych produktów na półkach sklepowych sprawiają, że perowskity stały się synonimem startupowej klątwy, a nie sukcesu. Zamiast przełomu w energetyce, dostaliśmy kłótnię o leasingi 20 samochodów czy handlowca-amatora dokuczającego panu Kazimierzowi.
Jest taka paremia, dobrze podsumowująca przebieg spektaklu ze spadającą oglądalnościa. „Actor venire debet instructior quam reus” – nie wiemy, czy w operach mydlanych takie zwroty się pojawiają, może więcej jest tam ludowych mądrości i prawd ulicy. „Powód powinien przyjść (do sądu) lepiej przygotowany niż pozwany” – gdyby udało się ten dość oczywisty warunek dopełnić, zamiast opery mydlanej mielibyśmy fantastyczny serial prawniczy, być może taki zahaczający nawet o poziom „Better Call Saul”.
A tak to póki co mamy „You Better Stop It”.