Biznes swój widzę ogromny (jak się cofnę)
Łukasz Szymański wrócił z urlopu. Rzecz godna odnotowania i poinformowania nas o tym. Wszak LinkedIn to miejsce, gdzie pisze się o pracy, a urlop z pracą się łączy. Jakoś. Łukasz Szymański, Marketing B2B and PR, przywozi nam nie tylko zdjęcie (np. Łukasz z papieżem w skali mikro), ale również swoje przemyślenia.
Jako że od dawna uważamy, że urlopowe przemyślenia to jest coś, czego słuchać zawsze warto, to nadstawiamy ucha. Pan Szymański wyraża swoje rozczarowanie pobytem w Watykanie.
„I to tyle? To jest ten ogrom?”, pyta sam siebie Łukasz Szymański, a my w tej zgrabnej frazie (czuć wyrobioną dłoń marketingowca) słyszymy refren naszego życia. Evergreen! Ile razy takie rozczarowanie rozdzierało nam serce. Autor posta potrafił to przeszywające uczucie zamknąć w kilku słowach. Jak jednego na mentora i konsultanta, Szymański Łukasz wie, że na samej obserwacji skończyć się nie może. Że jakąś lekcję musi wyciągnąć z tego, że on myślał, że budynki będą większa, a tak naprawdę są malutkie. Że przecież nie może skończyć posta po dwóch zdaniach i na słowie „zawód”.
Myślał Łukasz, niczym dobry pasterz nie chcąc zostawiać swoich owieczek na pastwę wilka – i wymyślił. Otóż, jeśli kiedyś pomyślimy „i to tyle?”, to Łukasz Szymański – uwaga, będzie ważny fragment – radzi, aby „czasem zrobić legendarny krok w tył” i spojrzeć na swój biznes „oczami Klienta, partnera albo pracownika”.
(Widać wyraźnie hierarchię świata Łukasza Szymańskiego – kto zasługuje na wielką literę, a kto nie.)
Łukasz daje więc dobry przykład i co prawda nie spogląda na swój biznes innymi oczyma, ale wdrapuje się na kopułę Bazyliki. Tam siedząc, na tej kopule, perspektywa mu się znacznie zmienia. A puenta posta na LinkedIn spływa na niego, post na LInkedIna pisze się sam.
Polak pokonuje Piekło Północy (jak się przymknie oko)
Najpierw kwestie geograficzne: raz do roku we Francji odbywa się bardzo trudny wyścig Paryż – Roubaix, nazywany właśnie Piekłem Północy. Kolarze muszą mierzyć się z licznymi fragmentami trasy, pokrytymi kostką brukową. W Polsce, funkcjonującej czasem jako Przedmurze Chrześcijaństwa, o żadnym piekle mowy być nie może. Przeciwnie. Mamy Częstochowę, czyli miasto, które swoją historią udowodniło, że dzięki bożej opatrzności poradzi sobie z każdym zagrożeniem.
I teraz przechodzimy do sedna: Polak (!) z Częstochowy (!!) twierdzi, że wygrał francuskie Piekło Północy (!!!)
Chodzi o Wojciecha Kluka, CEO Fabryki Rowerów, który o swoim triumfie poinformował w emocjonalnym wpisie. Wojciech swoimi mocarnymi kolarskimi nogami rozdeptał bruki, wcisnął piekielny wyścig w ziemię, nie dając szans nikomu. Podkreślał nasz bohater narodowy – wszak jako pierwszy rodak triumfował w tak trudnym wyścigu – że wygrał on z zawodowcami, że równych sobie nie miał, że to jest triumf jego życia.
Co prawda, zaraz po upowszechnieniu tej informacji, nieprzychylni ludzie zaczęli Klukowi Wojciechowi wypominać, że on to swoje zwycięstwo nieco… sfabrykował, by to ująć delikatnie, by nazwać rzecz elegancko.
Jak twierdzą zawistnicy, Wojciech nie startował w żadnym wyścigu, bo to zwykłe „Paris Roubaix Challenge”, podczas którego nikt nikomu nie mierzy czasu. Ba, ponoć na czas tego wyzwania nie jest nawet zamykany ruch uliczny. Słowem, że ten klukowy „Paris Roubaix Challenge” to jest nawet bardziej amatorski niż „Tour de Pologne amatorów”. I hajda na Kluka! I od razu wysyp komentarzy, że ten medal sobie sam Wojciech powiesił, bo nikt na tym „challenge’u” medali nie przyznaje. Że ten challenge to jest zdecydowanie krótszy niż ten rasowy wyścig. Że przecież nie ścigał się on z zawodowcami. Etc., etc., etc.
Nie daj się Wojciech! Jeździj sobie dalej, nie ustawaj w walce o kolejne kolarskie laury!
I wszyscy razem na cześć Wojciecha: „hip hip hura!”
I jeszcze raz, wszyscy razem: „Wojciech Kluk naszym przyjacielem jest!”
Ochotnik dźwignie ciężar reform (jak się zaprze)
Nie jest łatwo być prorokiem we własnym kraju. A już na pewno nie jest łatwo być prorokiem w kraju, który boryka się z nadpodażą mieszkań, ale brakuje mu startupów.
„Zamiast startupów mamy mieszkania, zamiast innowacji – bezpieczne aktywa” – powiedział „wprost”, a nawet „WPROST” na warsztatach organizowanych przez Ministerstwo Rozwoju i Technologii Szymon Kapturkiewicz, CEO w InterSynergy. Szymon „WPROST” Kapturkiewicz apeluje, że Polsce nie jest potrzebny kolejny blok, kolejny wysokościowiec, kolejny apartament. Tego, co Polsce, Polkom, Polakom trzeba to
„Realny Single Source of Truth dla startupów”.
Pewnie! Często, gdy nie możemy zasnąć, bo coś nie daje nam spokoju, to jest to właśnie brak w Polsce „realnego Single Source of Truth dla startupów”. Jak to dobrze, że Kapturkiewicz Szymon mówi takie rzeczy wprost, a nie jakimiś opłotkami, mówi to po prostu bez owijania w bawełnę. A jakby ktoś nie zrozumiał przekazu, to InterSynergy CEO dorzuca grafikę (Szymon Kapturkiewicz w kasku, na placu budowy, z tabliczką z napisem „Budujemy Startupy”, z białym napisem „Startup czy kolejne M2?”, z podpisem odręcznym „Szymon Kapturkiewicz”). To jest takie graficzne wprost wyrażenie myśli Szymona, żeby nikomu nic się nie pomyliło.
Bo nam do tej pory się myliło. Bo nam się wydawało, że w sumie takie M2 nie jest złe. Że raczej wolelibyśmy, aby tych mieszkań był choćby ciut-ciut więcej, bo może tańsze by były. Ale przyznajemy wprost: myliliśmy się.
Może dlatego, że nie dotarł do nas głos „realnego Single Source of Truth dla startupów”. Albo może to my pozostawaliśmy głusi na to? Na szczęście z tak wprost wyrażoną prognozą już dalej mylić się nie można.
„Często słyszę, że to nie ma sensu” – przyznaje nasz rynkowy guru. Nie dziwimy się: trudno jest pojąć racje tak oczywiste, że aż nieoczywiste. Przeciętny ludzki umysł odruchowo broni się przed niewygodnymi, przełomowymi prawdami.
Szymonie, budujmy te startupy! Albo idźmy o krok dalej: burzmy mieszkania i zróbmy więcej miejsca na więcej startupów!
I zakrzyknijmy wszyscy razem: „więcej startupów, a mniej mieszkań! Więcej startupów, a mniej mieszkań!”
Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.