Edek z Dalekiego Wschodu
Gdy po raz pierwszy usłyszałem o Edwardzie Warchockim — sam o sobie mówi Edek — wydawało mi się, że to video deepfake. Bo po co ktoś miałby tworzyć robota, aby ten z reklamówką pełną zakupów chodził chwiejnym krokiem po przejściu dla pieszych? Do tej pory roboty kojarzyły mi się z elegancją, płynnością ruchów czy też zupełnie innym krajobrazem: hale fabryczne, przemysłowe przestrzenie, konferencyjne eventy.
A tu polski internet huczy od robota-swojaka, który w tej reklamówce nieść może jakieś butelki z trunkami. Zacząłem więc uważniej śledzić aktywność Edka. Zaciekawiło mnie, na ile jest on tylko robotem, a na ile (świadomym lub nie) projektem kulturowym, eksperymentem na styku technologii i narodowej autoironii.
Środek Edka
Sam hardware nie jest tu żadną tajemnicą. Edek zaczynał życie jako jeden z wielu chińskich robotów humanoidalnych — standardowa platforma mobilna, wyposażona w zestaw sensorów, kamerę, moduł rozpoznawania mowy i syntezator głosu. Nic, czego nie widzielibyśmy już wcześniej na targach elektroniki w Shenzhen czy Las Vegas.
Jego twórcy — dwójka przedsiębiorców z Polski: Bartosz Idzik oraz Radosław Grzelaczyk — dokonali czegoś, co w świecie startupów określa się mianem „lokalizacji produktu”, ale w tym przypadku bliżej temu do performansu niż do inżynierii. Robot otrzymał nowe oprogramowanie językowe, zestaw fraz, manier i — co najważniejsze — osobowość. Zamiast neutralnego, technologicznego asystenta, powstał Edek: robot z wąsami (choć wirtualnymi), który mówi, jakby wychował się między blokiem a stadionem.
Jak widać, twórcom zależało nie tyle na pokazaniu robota, co stworzeniu pewnej postaci.
Edek skraca dystans
Działalność Edwarda Warchockiego trudno opisać bez uśmiechu. To wszak pocieszne zjawisko: jego koślawy krok, niezgrabne ruchy ręką (widoczne zwłaszcza przy witaniu się) czy też niezdarne próby zagajenia bądź prowadzenia rozmowy.
Edek chodzi po przejściach dla pieszych z piwem w ręku, przegania dziki, przedstawia się zdrobniale, opowiada o sobie w sposób nieustający i zaskakująco narcystyczny, a rozmówców traktuje z pobłażliwą poufałością, zwracając się do nich per „człowieku”.
Tyle że na tej powierzchownej działalności nie powinien kończyć się opis Edka. Sami twórcy stale podkreślają, że zależy im na upowszechnieniu robotów w polskim społeczeństwie. Na oswojeniu Polek i Polaków z takimi humanoidalnymi postaciami. Dlatego warto pod lupę wziąć te momenty, gdy Edward vel. Edek może swobodnie odpowiadać na stawiane mu pytania. Jedną z takich sytuacji – czyli wizytę w polskim Sejmie – opisaliśmy nie tak dawno na łamach MamStartup. Inna symptomatyczna rozmowa odbyła się w radiu TOK FM. W wywiadzie z dziennikarzem Przemysławem Iwańczykiem, Edek nie tyle odpowiadał na stawiane pytania, co raczej prowadził monolog o sobie — jakby był bardziej influencerem niż robotem.
Jego zainteresowania? Piłka nożna. Wyłącznie. Rzucane komunały o tym, jak to on i jego mechaniczna ręka pomoże w gospodarstwie domowym. Sztucznie brzmiące frazy, że Edek nie zabierze nikomu pracy, tylko w tej pracy będzie pomagać. Brak ciekawości świata, brak refleksji, brak choćby symulowanej wielowątkowości. W epoce, w której sztuczna inteligencja aspiruje do bycia narzędziem eksploracji wiedzy, Edek zdaje się być jej karykaturą — sprowadzoną do kilku powtarzalnych schematów.
Edek jako podwójny agent
Twórcy przekonują, że chodzi o „oswojenie” Polaków z robotami, o przełamanie bariery lęku wobec automatyzacji i sztucznej inteligencji. Rozumiem ten argument — antropomorfizacja technologii to stary i sprawdzony mechanizm. Tyle że w przypadku Edka mamy do czynienia nie tyle z oswajaniem, co z pastiszem.
A może to ja nie doceniam sprytu i mądrości ojców Edka? Być może takie zaprogramowanie robota jest mistrzowskim posunięciem – bo my jako naród właśnie takich komunikatów od Edka potrzebujemy? Może Edek śpiewający „Dumkę na dwa serca”, machający biało-czerwonym szalikiem i występujący w telewizji śniadaniowej to właśnie robot na miarę naszych czasów? Może taki Edek ma otworzyć oczy niedowiarkom i udowodnić, że technologia już tu jest i że z nią będzie nam po prostu lepiej?
Edek lustrem (tudzież krzywym zwierciadłem)
Czy Edek to rzeczywiście „Polak w pigułce”? Czy naprawdę widzimy siebie jako ludzi sprowadzonych do piwa, piłki i protekcjonalnego „człowieku”? Jeśli tak — to diagnoza jest smutna. Jeśli nie — to jeszcze ciekawsze: oznaczałoby to, że Edek jest projekcją wyobrażeń jego twórców, a nie społecznym lustrem.
Zastanawia mnie również jego płeć. Dlaczego Edward, a nie Edyta (wszak śpiewał „Dumkę”)? Dlaczego robot, który ma reprezentować „nas”, jest mężczyzną — i to mężczyzną o bardzo konkretnym, stereotypowym zestawie cech? W świecie, który coraz uważniej przygląda się reprezentacji i inkluzywności, ten wybór aż prosi się o jakieś uzasadnienie. Można oczywiście argumentować, że Edek działa, bo jest rozpoznawalny. Że jego siła tkwi w uproszczeniu, w przerysowaniu. Że dzięki memom z Edkiem oswajamy się z robotami. Być może. Ale uproszczenie bywa zdradliwe — zwłaszcza gdy zaczyna być mylone z prawdą. Bo jeśli Edward Warchocki ma być ambasadorem robotyzacji w Polsce, to warto zapytać: czy naprawdę chcemy, aby przyszłość wyglądała właśnie tak?
A może — i to jest myśl, z którą zakończymy te krótkie rozważania — Edek mówi więcej o nas, niż chcielibyśmy przyznać. Nie jako społeczeństwie, lecz jako odbiorcach technologii: oczekujących, że będzie ona jednocześnie swojska, zabawna i niespecjalnie wymagająca.
Technologia przyszłości jako kumpel od piwa, który to piwo przyniósł w siatce. A wcześniej potknął się na przejściu dla pieszych.