Czy jednak młode, technologiczne firmy rzeczywiście mogą coś ugrać na tej zmianie? A może local content to rozwiązanie skrojone wyłącznie pod duże podmioty i państwowych czempionów?
Gospodarczy plac budowy
Polskie podejście do local content zostało zarysowane m.in. przez Ministerstwo Aktywów Państwowych. W oficjalnym komunikacie rząd wskazuje, że chodzi o „maksymalizację udziału krajowych przedsiębiorstw w realizacji strategicznych inwestycji oraz wzmacnianie ich kompetencji technologicznych i produkcyjnych”. Już sama ta definicja sugeruje, że mamy do czynienia nie tylko z próbą przesunięcia zamówień w stronę polskich firm, lecz z ambicją budowania trwałych kompetencji w gospodarce.
W praktyce local content oznacza preferowanie krajowych dostawców w dużych projektach — zwłaszcza w sektorach takich jak energetyka czy infrastruktura — ale również tworzenie całych ekosystemów wokół tych inwestycji oraz transfer know-how do lokalnych przedsiębiorstw. To podejście nie jest odosobnione. W podobny sposób swoje przewagi budowały Norwegia w sektorze oil & gas czy Korea Południowa w przemyśle elektronicznym, gdzie państwo odgrywało aktywną rolę w kształtowaniu rynku.
Na pierwszy rzut oka startupy nie wydają się naturalnym beneficjentem takiej polityki. Local content kojarzy się raczej z wielkimi kontraktami infrastrukturalnymi, przemysłem ciężkim i zamówieniami publicznymi, które z definicji premiują skalę i doświadczenie.
To jednak tylko wycinek większej całości.
Spójrzmy na to szerzej
Każda duża inwestycja generuje bowiem znacznie szerszy ekosystem potrzeb, wykraczający daleko poza stal, beton czy turbiny. W tle pojawia się zapotrzebowanie na oprogramowanie, analizę danych, rozwiązania IoT, systemy cyberbezpieczeństwa czy automatyzację procesów. To właśnie przestrzeń, w której startupy nie tylko operują, ale radzą sobie całkiem dobrze. Jeśli państwo zacznie realnie egzekwować lokalność dostaw, duże spółki — często przyzwyczajone do współpracy z globalnymi dostawcami — będą musiały szukać partnerów bliżej siebie. I właśnie ten pośredni aspekt polityki local content może otworzyć drzwi dla młodych firm technologicznych.
Istotnym elementem tej układanki jest także rozwój kompetencji. Local content nie ogranicza się do prostego „kupujmy polskie”, lecz zakłada budowę zdolności technologicznych w kraju. To potencjalnie oznacza większe nakłady na badania i rozwój, większą otwartość dużych podmiotów — w tym spółek Skarbu Państwa — na współpracę oraz presję na tworzenie technologii lokalnie. W takim środowisku startupy mogą funkcjonować nie tylko jako podwykonawcy, ale jako partnerzy w tworzeniu rozwiązań, dostawcy innowacji czy integratorzy nowych technologii.
Z perspektywy makroekonomicznej local content działa jak mechanizm wzmacniający krążenie wartości w gospodarce. Jak zauważa OECD, lokalne łańcuchy dostaw zwiększają wartość dodaną pozostającą w kraju i sprzyjają dyfuzji innowacji. W praktyce oznacza to więcej kapitału pozostającego w obiegu krajowym, a więc więcej potencjalnych klientów, partnerów i inwestorów dla startupów.
Climate techy mogą wrócić do gry
W polskich realiach szczególnie istotnym polem testowym dla tej polityki może okazać się energetyka. Transformacja energetyczna, obejmująca rozwój offshore, energetyki jądrowej czy odnawialnych źródeł energii, to projekty o skali liczonych w setkach miliardów złotych. Jeśli local content zostanie wdrożony konsekwentnie, powstaną nowe przestrzenie dla firm rozwijających technologie z obszaru climate tech, systemów zarządzania energią czy zastosowań sztucznej inteligencji w przemyśle.
Równie ważna może być rola spółek Skarbu Państwa jako pierwszego klienta. Dla startupów jedną z największych barier jest brak referencji i możliwości przetestowania rozwiązania w realnych warunkach. Polityka local content, jeśli zostanie dobrze zaprojektowana, może częściowo przełamać tę barierę, zmuszając duże podmioty do sięgania po lokalne rozwiązania — także te oferowane przez młodsze firmy.
Nie można jednak ignorować ryzyk. Istnieje realne zagrożenie, że local content stanie się jedynie formalnym wymogiem, który będzie obchodzony poprzez tworzenie pozornie lokalnych struktur opartych na zagranicznych technologiach. Równie prawdopodobny jest scenariusz, w którym największymi beneficjentami polityki okażą się duże, już ugruntowane firmy, a startupy pozostaną na marginesie. Do tego dochodzi kwestia biurokracji — procedury zamówień publicznych i wymogi formalne mogą skutecznie zniechęcić młode firmy, które działają w znacznie szybszym tempie niż administracja.
Ryzyko protekcjonizmu
Dlatego kluczowe znaczenie będzie miało to, w jaki sposób local content zostanie wdrożony w praktyce. Jeśli duże projekty będą projektowane w sposób umożliwiający udział mniejszych podmiotów, jeśli pojawią się realne programy pilotażowe i uproszczone ścieżki współpracy, a także dostęp do finansowania umożliwiającego realizację kontraktów, wtedy startupy mogą rzeczywiście stać się beneficjentami tej zmiany.
Local content ma potencjał, by stać się jednym z ważniejszych impulsów rozwojowych dla polskiego ekosystemu technologicznego w nadchodzących latach. Nie jako narzędzie protekcjonizmu, lecz jako platforma budowy nowoczesnej gospodarki opartej na wiedzy i technologii. W tym sensie stawką nie jest jedynie zwiększenie udziału polskich firm w projektach, ale coś znacznie bardziej ambitnego — zdolność do tworzenia technologii, które będą konkurencyjne nie tylko lokalnie, ale również globalnie. I właśnie w tym miejscu rola startupów może okazać się kluczowa.